Archiwum autora: Lechosław Siewierski

Informacje o Lechosław Siewierski

Rodzimowierca z powiatu będzińskiego, poszukujący prawdy o historii Polaków. Propagujący różne treści, ale często krytyczny do nich.

Wytłumaczenie czym jest 5G – strach przed nauką

„To dawka czyni trucizną”

5G powoduje raka, powoduje tak samo jak 4G, 3G bo jak można żyć zdrowiu gdy widzi się tak wiele shitu w internecie.

Lekcja fizyki na poziomie szkoły podstawowej!

Jakie fale mogą nam dawać raka? Ano, ultrafioletowe na przykład. Albo promienie X. Albo Gamma.

A co one takiego mają ze sobą wspólnego?

Częstotliwość, wyższą niż ~750THz. Powyżej tej częstotliwości, mamy tak zwane promieniowanie jonizujące które jest w stanie spowodować realny uszczerbek na zdrowiu.

No dobrze, to w takim razie co z falami o mniejszej częstotliwości, co one mogą spowodować?

Otóż, one co najwyżej mogą nam coś zagrzać. I to też przy odpowiednich warunkach.

Fajnym przykładem jest kuchenka mikrofalowa – działa na częstotliwości 2.45GHz. Dlaczego akurat takiej? Ano dlatego, że przy takiej częstotliwości cząsteczki wody drgają na tyle szybko, by zapewnić dobre pochłanianie, a tym samym i szybkie ogrzewanie potrawy. Innymi słowy, mamy całkiem sensowne warunki zamiany promieniowania elektromagnetycznego na ciepło – i nic więcej.
Należy jednak zwrócić uwagę na to, że do ogrzania takiej wody musimy mieć źródło mikrofal o mocy w granicach tysiąca watów. To, jakby nie patrzeć, całkiem sporo. Na dodatek, żeby cokolwiek zagrzać, to mikrofalówka musi być elektromagnetycznie szczelna – jej wnętrze musi ładnie odbijać promieniowanie, żeby nie wydostawało się na zewnątrz, ponieważ były by to zwykłe straty i niebezpieczeństwo dla człowieka spowodowane tym, że coś przypadkiem mogło by się rozgrzać do sporej temperatury i kogoś poparzyć. Sumaryczne – dzięki dużej mocy i szczelności mikrofalówki, możemy w niej coś zagrzać

Skoro 1kW to sporo, to jak on się ma do mocy promieniowanych przez nadajniki telekomunikacyjne?

Otóż, nadajniki telekomunikacyjne promieniują moce rzędu kilku watów. Kilkaset do tysiąca razy mniej.

Mało tego, sama moc promieniowana to nie wszystko. Każda fala elektromagnetyczna jest tłumiona przez powietrze. Na dodatek, tłumienie rośnie kwadratowo wraz z odległością, więc moc w ten sam sposób spada.

Maksymalny limit mocy pola elektromagnetycznego w Polsce to 0.1W/m^2. Jak to się ma do praktyki?

W praktyce, w miastach – gdzie gęsto jest od nadajników wszelkiego rodzaju – można spodziewać się że nasz telefon odbierze sygnał o mocy, załóżmy, -20, może -30 dBm. dBm to jednostka logarytmiczna, wiec zamieńmy ją sobie na jednostkę liniową. -20dBm to ekwiwalent 0.00001W, czyli 10 mikrowatów. -30dBm to 0.000001W, czyli już 1 mikrowat. I tak dalej, co 10 decybeli mamy wzrost/spadek o jeden rząd wielkości. Można sobie bez problemu sprawdzić moc odbieranego sygnału w ustawieniach telefonu.

Jak widzimy, nie dość że częstotliwości radiowe nie mogą nam realnie zaszkodzić, to na dodatek ich moce są naprawdę znikome. Kilka rzędów większy wpływ na nasze zdrowie ma promieniowanie słoneczne, które realnie może spowodować jakiś uszczerbek na nim.

To tak gwoli wyjaśnienia, bo szurostwo zaczyna coraz śmielej podnosić lament na temat 5G.

Autor: #WojciechOlech

Reklamy

Pieniądz w rękach naszych przodków

O pieniądzu…

Pieniądz nie został przez nikogo wynaleziony: tak naprawdę wyłonił się sam, w miarę wzrostu skali produkcji i wymiany towarów. Przeszedł przy tym poważną ewolucję: od pieniądza towarowego, poprzez pieniądz bity, aż po stosowany dziś powszechnie pieniądz elektroniczny.

Początkowo ludzie nie potrzebowali pieniędzy: wytwarzali bowiem dobra na użytek własny oraz swojej rodziny – w tym stadium rozwoju społeczeństwa nie dochodziło więc do wymiany pomiędzy jednostkami. Każdy produkował tyle, ile potrzebował do konsumpcji.

Wraz z rozwojem wspólnot plemiennych pojawiała się stopniowo specjalizacja: poszczególne grupy osób zajęły się produkcją określonych dóbr – część wytwarzano w celu zaspokojenia własnych potrzeb, pozostała część natomiast stanowiła nadwyżkę, która mogła być wymieniona na dobra, produkowane przez inne grupy (rodzina, produkująca skórę bydlęcą, mogła wymieniać ją na przykład na miód). Tak też narodził się handel wymienny: w tym modelu gospodarki wymieniano towar na towar.

Handel wymienny nie był jednak sprawą łatwą napotykał na poważne trudności, a jego ograniczenia zlikwidowało wprowadzenie pieniądza towarowego np. jeśli pieniądzem było zboże, sprzedawca skór wymieniał je na określoną ilość zboża, po czym z otrzymanym zbożem udawał się na poszukiwania odpowiedniej ilości miodu.

W źródłach historycznych można znaleźć około 150 różnych towarów, które pełniły funkcje pieniądza. Nie wszystkie jednak były wygodne w użyciu, dlatego właśnie zaczęto zastępować towary powszechnego użytku metalami – tak narodził się pieniądz metalowy. Początkowo używano metali nieszlachetnych: żelaza, brązu czy miedzi, później zastąpiono je metalami szlachetnymi: srebrem i złotem. Tak powstał pieniądz kruszcowy.

Początkowo pieniądze były odważane (pieniądz ważony) – za dany towar otrzymywano określoną ilość pieniądza, uformowanego w sztabki, później w miejsce niewygodnego pieniądza ważonego wprowadzono pieniądze w kawałkach (pieniądz odliczany), które można było odliczać. Pierwotnie kawałki te miały formę kulek. Tu jednak pojawił się problem psucia pieniądza: nieuczciwi pośrednicy wlewali do kulek tańszy metal, a z zaoszczędzonego w ten sposób złota tworzyli kolejne pieniądze. Tym negatywnym zjawiskom starano się przeciwdziałać: najpierw spłaszczono kulki, by utrudnić ich fałszowanie, następnie rozpoczęto stawiać na nich pieczęcie, potwierdzające zawartość złota, utrudniające fałszerstwa (przeróbki czy spiłowywanie). W ten właśnie sposób pojawił się pieniądz bity, znany dziś pod postacią monet.

Posługiwanie się monetami nie było jednak zbyt wygodne. Dlatego właśnie rozpoczęto ich deponowanie u złotników, którzy w zamian wydawali kwity depozytowe, które potwierdzały ulokowanie srebrnych czy złotych monet. Jak nietrudno się domyśleć, złotnicy ci z czasem przekształcili się w bankierów, a wystawiane przez nich noty bankowe były pierwszymi banknotami, czyli pieniędzmi papierowymi.

Jan Słomka opisuje:

„Najwięcej było pieniędzy papierowych, a około roku 1860 były jeszcze w obiegu kwity dworskie, opiewające na różne kwoty, od kilku do kilkudziesięciu grajcarów, podobne do dzisiejszych biletów kolejowych, różnego koloru, stosownie do wartości, jaka była na nich wyszczególniona. Znaczyły one tyle, co państwowe pieniądze, każdy je brał chętnie w takiej wartości, na jaką były wystawione i to nie tylko w obrębie obszaru dworskiego, który je wydał, ale w całej okolicy, gdzie dwór był znany.”

 Z czasem bankierzy zorientowali się, że można emitować noty, które nie mają pokrycia w posiadanym złocie: było mało prawdopodobne, że nagle wszyscy posiadacze złotych monet zgłoszą się po swoją własność. W ten sposób powstawał stopniowo system pieniądza, znany w dzisiejszych czasach: stopniowo ograniczano wymienialność pieniądza na złoto, zamieniając system pełnej wymienialności najpierw na system sztabowo-złoty (banknoty mogły być wymieniane tylko na złote sztaby, co oczywiście oznaczało, że znaczna część społeczeństwa była pozbawiona takiej możliwości), a następnie na system dewizowo-złoty (banknoty były wymieniane na obce waluty, które można było dopiero wymieniać na złoto). Dziś pieniądze będące w obiegu nie są już wymienialne na złoto – ostatnim krajem, który zrezygnował z wymienialności, były Stany Zjednoczone (w roku 1971).

Pieniądz w postaci monet i banknotów okazał się z czasem mało wygodny. Okazało się, że o wiele wygodniej jest zdeponować gotówkę w banku, a rozrachunki regulować za pomocą przelewów lub czeków. W ten sposób pojawił się na rynku pieniądz bezgotówkowy (zwany często depozytowym). Najnowszym wynalazkiem cywilizacji jest natomiast pieniądz elektroniczny, którym posługujemy się w momencie realizacji płatności za pomocą kart magnetycznych: wypłacając gotówkę w bankomacie (wymieniając jednostki elektroniczne na fizycznie istniejące banknoty) lub też płacąc kartą w sklepie (przekazując jednostki elektroniczne na rachunek bankowy sklepu).

Wygląd pieniądza w latach 1740 – 1930 – przykłady

Grosz wikariacki - 1740 r. Na rewersie orzeł cesarski z pięciopolową tarczą herbową
na piersiach. Na tarczy tej herby Polski, Litwy i Wettinów. AUGUST III (1733 - 1763)
Grosz wikariacki – 1740 r. Na rewersie orzeł cesarski z pięciopolową tarczą herbową
na piersiach. Na tarczy tej herby Polski, Litwy i Wettinów. AUGUST III (1733 – 1763)
Papierowy talar Księstwa Warszawskiego z roku 1810 r.

Papierowy talar Księstwa Warszawskiego z roku 1810 r.
Talar Księstwa Warszawskiego 1812 r.
Talar Księstwa Warszawskiego 1812 r.
10 złotych (1,5 rubla) z 1837 r.

10 złotych (1,5 rubla) z 1837 r.
50 groszy z 1846 r.

50 groszy z 1846 r.
1 Rubel z 1866 r.

1 Rubel z 1866 r.
1 rubel z 1898 r.
1 rubel z 1898 r.
5 rubli z 1909 r.

5 rubli z 1909 r.
20 marek z 1917 r.
20 marek z 1917 r.
100 złotych z 1919 r.

100 złotych z 1919 r.
10 milionów marek z 1923 r.
10 milionów marek z 1923 r.
  10 złotych z 1930 r.
10 złotych z 1930 r.

Wartość pieniądza na przykładzie zaboru austryjackiego ok. lat 1860-1890

  • ok. 1860 r. – 6 morgów razem z łąką, ogrodem i placem, oraz z domu i budynków gospodarskich – z urzędu oszacowane do 300 złr
  • ok. 1863 r. – chłop ze wsi nie wydawał więcej niż 30 reńskich, przy czym najwięcej wynosił wydatek na buty
  • czarne barankowe czapki, podszyte białym barankiem, z tyłu spinane siwą wstążką, wysokie i dużych rozmiarów w cenie 6–7 reńskich
  • buty szyte dratwą i pierwsze buty »na kołkach« czyli zbijane kołeczkami szewskimi od 2 do 4 reńskich
  • 1865 r. – 3 morgi (ok. 1,7 ha) gruntu pierwszej klasy w ładnym położeniu za 600 złr.
  • 1874 r. – 5 morgów – przeciętnie po 200 złr. i dochodziła do 400 złr
  • 1880 r. – konia chłopskiego – 30 złr., lichego – za 5–10 złr.; krowę – 25 złr.; za cielę tygodniowe brało się 80 grajcarów do półtora reńskiego; karmika pasionego (tucznik) – 30 złr.; samorę chudą (maciorę) do chowania – 15–25 złr.; prosię ssące 4-tygodniowe – 1–2 złr.; gęś – 50- 60 ct.; kura – 20-30 ct.; jajko kurze – 1 cent
  • 1880 r. – parobkowi płacili wtedy zwyczajnie 15 złr. na rok; dziewce płacili 5 do 10 złr. na rok; najemnikowi zaledwie 15–25 grajcarów dziennie. Prócz tego parobek i dziewka dostawali na kolędę po 1 złr., wyrostek i pastuch po 50 ct., a miało to wtedy dużą wartość. i służba wyglądała tej kolędy przez cały rok.
  • 1880 r. – łokieć lnianego najlepszego płótna – od 35 do 40 grajcarów, a konopnego od 30–35 grajc., pacześnego od 25–30 grajc., zgrzebnego od 20–25 grajcarów.
  • 1880 r. – „wyrobienie” paszportu kosztowało tylko 15 cnt
  • 1880 r. – szycie kamizeli – 50 cnt
  • 1880 r. – nowy kożuch – 15 złr.; buty dla parobka kosztowały 3–4 złr., dla dziewki 2–3 złr., dla pastucha 1½–2 złr.
  • 1880 r. – dobry kowal zarobił nawet 2 złr. W ciągu dnia pracy
  • 1880 r. – beczka duża 3-korcowa 1 r.; miotła 2 –3 cnt.
  • 1880 r. – kwaterka (¼ l.) oleju – 10–15 cnt
  • 1880 r. – kwarta okowity kosztowała 24 grajcary
  • pomiędzy 1890 i 1895 r. – 4 morgi po 400 złr.,
  • 1890 r. – sąg kubiczny kamienia wapiennego „przy Wiśle” kosztował 8 złr., a z dostawą do Tarnobrzega 40 złr., bo sam galar kosztował 120 złr.
  • po 1895 r. – za morgę płacili po 3.000 koron.

Reński austrjacki (złr.) = 100 centów (grajcarów). W roku 1893 wprowadzono w państwie austriackim korony, których szło dwie na reńskiego. Korona równa się 100 halerzom i mniej więcej 2 złp.

Wartość pieniądza na przykładzie zaboru rosyjskiego ok. 1890 roku

  • W Królestwie Polskim, w guberni lubelskiej, w powiecie janowskim w Księżomierzu – ładna posiadłość: dom w dobrym stanie, zabudowanie gospodarskie i 14 morgów gruntu w jednym kawałku – około 1.000 rubli, gdy w Galicji koszt przekraczał 6.000 reńskich
  • w drugiej połowie XIX w. golenie u fryzjera kosztowało 10 kopiejek.
  • 1890r – robotnik dziennie Warszawa ok. 55 kop, a stolarz 160 kop
  • 1896 r – murarz ” Lublin 128 – 153 kop
  • 1895 r – ceny były następujące
    • korzec mąki pszennej Lublin 2 – 5 rubli;
    • grochu 9 – 10 rubli;
    • ziemniaków 1 – 2 rubli;
    • 4 główki kapusty ok. 1 kop;
    • garniec wódki ok. 6 rubli;
    • łokieć lnianego płótna Warszawa 30 – 50 kop;
    • chleba pytlowego funt Królestwo Polskie 4 kop;
    • razowego 3 – 4 kop;
    • mięsa baraniego ok. 12 kop;
    • cielęcego 11 – 15 kop; wieprzowego 10 – 16 kop; słoniny 14 – 17 kop;
    • masła 35 – 45 kop; mleka garniec ok. 30 kop; jaj 100 – 140 – 240 kop;
    • cukru ok. 55 kop; soli ok. 6 kop; pszenicy korzec Lublin 8 – 9 rubli,
    • żyta Warszawa 6 – 8 rubli
  • 1897 r. – 9 mórg ziemi w Księstwie Łowickim za 200 rubli.
Opracowanie własne z wykorzystaniem: „Pamiętników” Jana Słomki; strony http://www.tf.pl,;
P.Adam Nojszewski i P. Waldemar Fronczak – wypisy z google.pl.genealogia;
Józef Andrzej Szwagrzyk "Pieniądz na ziemiach polskich X - XX w"


04 marzec 2005 rok, stankiewicze.com

Powstawanie nazwisk

Artykuł z nieistniejącej już strony: stankiewicze.com

(Opracowanie na podstawie danych zebranych z różnych stron www)

W I Rzeczpospolitej nazwiska były, ale nie dla wszystkich …

Jako element identyfikacji pojawiły się w polskiej myśli prawniczej dopiero w drugiej połowie XVIII w., a obowiązek ich posiadania wprowadziły państwa zaborcze.

Bulla Gnieźnieńska z 1136 r. wymienia ok. 300 imion własnych, takich jak Witosza, Pozdziech, Dobek, Będziech. Niezbyt wyszukane, ale na początek wystarczyły. Ludzi było niewielu, żyli w oddalonych od siebie osadach, miastach czy zamkach. Z upływem czasu jednak przybywało nas i trzeba było jakoś odróżniać jednego od drugiego,  zaczęto więc dodawać przezwiska albo przydomki.

Tworzono przezwiska od nazw rzemiosł, pochodzenia, zwierząt, roślin, cech charakteru, miesięcy. Takie zawołania były i szlacheckie, i chłopskie. Z biegiem lat przezwiska, określenia odmiejscowe, przydomki zaczęły pełnić funkcję nazwisk. Wpisywano je do metryk i dokumentów, przekazywano z pokolenia na pokolenie.

Od nazw miejscowości powstawały nazwiska z końcówkami -ski lub -cki. Tego, co mieszkał w Woli, nazwano Wolskim, tego, co w Łęczycy – Łęczyckim. Właściciel kilku wsi mógł używać kilku nazwisk. Bracia, z których każdy miał swoją wioseczkę, mogli nazywać się inaczej. Żony zwały się niekiedy i po ojcu, i po mężu, i po majątku. Mężczyźni żeniąc się niekiedy przyjmowali nazwisko żony lub po prostu tworzyli nowe, od nazwy majątku, w który wchodzili. Synowie też mogli wybrać nazwisko ojca (albo matki, albo jeszcze jakieś inne, które im do smaku przypadło). W drugiej połowie XV w. przezwiska czy nazwy odmiejscowe zaczynają zanikać. Nazwiska na -ski rezerwuje dla siebie szlachta i od tej pory stają się one najbardziej pożądane. Szlachta o nazwiskach przydomkowych czy przezwiskowych masowo zmienia je na inne, zakończone na -ski i już przy nich pozostaje. Zanika w tym czasie dużo pięknych, archaicznych nazwisk. Co ambitniejsi mieszczanie i chłopi też pragną mieć nazwisko na -ski. Przybierają więc samą końcówkę lub tworzą zupełnie nowe zbitki, takie jak zadziwiający Gwiazdomorski czy równie dziwnie brzmiący Ruzamski.

W XV w. powstaje też duża grupa bardzo charakterystycznych nazwisk odherbowych, takich jak Akszak herbu Akszak, Mikulicz herbu Mikulicz lub Korczak herbu Korczak. Szlachta dołącza te przydomki do nazwisk, bo chce się odróżnić od innych rodzin noszących to samo nazwisko, a często gęsto nieszlacheckich, mieszczańskich lub nawet chłopskich. Stąd Lis-Olszewscy czy Nowina-Konopkowie.

Pod koniec XV w. kościoły, zgodnie z ustaleniami soboru trydenckiego, zaczynają prowadzić księgi parafialne, co przyczynia się do stabilizacji przezwisk, nazwisk czy przydomków szlachty, mieszczan i chłopów.

Pierwszymi dokumentami potwierdzającymi i ustalającymi nazwiska były indygenaty (przyznanie szlachectwa polskiego obcej szlachcie) i nobilitacje (nadanie szlachectwa). Właśnie przy tej okazji lub przy potwierdzaniu szlachectwa (a obowiązywała taka procedura zgodnie z ustaleniami konstytucji 1603 i 1613 r.) zmieniano sobie nazwiska na lepiej brzmiące.

Obowiązek prowadzenia ksiąg metrykalnych został uchwalony 11.XI.1563 r. na Soborze Trydenckim. Początkowo prowadzono tylko księgi zaślubionych. W Polsce reforma soboru trydenckiego wchodziła powoli najpierw w lwowskiej prowincji kościelnej, potem w poznańskiej. Praktycznie w Polsce synod piotrkowski z 1607 r. nakazał duchowieństwu prowadzenie ksiąg : Ochrzczonych, bierzmowanych, zaślubionych, komunikujących na Wielkanoc i status animarum czyli spisów wiernych. Gdzieś po 1631 r. utarło się prowadzenie ksiąg ochrzczonych, zaślubionych i zmarłych. W niektórych parafiach nadal prowadzono, nawet do czasów współczesnych, księgi bierzmowanych, spowiadających się na Wielkanoc i Spisy Dusz (Wiernych) W lI poł. XVIII wieku wprowadzono nakaz sporządzania odpisów i przekazywania ich do Sądów Grodzkich. Można dodać, że w niektórych parafiach polskich zapisy metrykalne prowadzono już przed soborem trydenckim (np. Kościół Mariacki w Krakowie , regestr zaślubionych od 1548 r. Stanin w siedleckim od 1550 r. czy Bochnia od 1559 r.)

Do czasów zaborów ciągle jeszcze nie mieli nazwisk chłopi: przywiązani do majątków, na których pracowali, aż po przełom XVIII i XIX w. mieli tylko imiona i często przezwiska. Wiek XIX to czas stabilizowania się nazwisk. Przeprowadzono spisy ludności i zreformowano zapisy ksiąg metrykalnych. Zazwyczaj legalizowano istniejące już nazwiska, przezwiska czy przydomki lub nadawano nowe tym, którzy ich nie posiadali.

Rządy zaborcze przeprowadziły również legitymizację szlachectwa. Część szlachty straciła wówczas prawa szlacheckie, bo nie miała stosownych dokumentów, pieniędzy albo głowy, by załatwiać skomplikowane formalności prawne.

Natura nie lubi próżni, więc pojawiło się od razu sporo rodzin, które przypucowywały się, jak mówił lud, do starych herbów i nazwisk. Sprytni prawnicy powoływali świadków, tworzyli wyimaginowane rodowody. Tym procederem zajmował się między innymi ojciec naszego narodowego wieszcza Mikołaj Mickiewicz, prawnik z Nowogródka. Stworzył, niejako przy okazji, fikcyjne genealogie i koligacje zarówno dla swojej rodziny jak i dla rodziny żony Barbary z Majewskich. Dał dzięki temu zatrudnienie całym pokoleniom mickiewiczologów, którzy po dziś dzień dojść nie mogą, czy Mickiewicze to prawdziwa szlachta i czy Majewscy to neofici.

W XX w. nazwiska były już – w zasadzie – stałe. Zmieniano je czasami ze względu na znaczenie, starając się zatrzeć wulgarne, ludowe czy żydowskie brzmienie, a niekiedy ze snobizmu.

Ciekawą, nigdzie indziej w świecie nie spotykaną grupę nowo powstałych nazwisk stanowiły tzw. nazwiska wojenne. Legioniści w pepeesowskiej konspiracji posługiwali się pseudonimami. Po odzyskaniu niepodległości – za zgodą sejmu w 1921 r. – otrzymali prawo uzupełnienia nazwiska o legionowy pseudonim. Powstały wówczas Orlicz-Dreszer, Rydz-Śmigły, Scewola-Wieczorkiewicz, Norwid-Neugebauer i mnóstwo innych. Przy tej okazji posiadacze tych mniej wdzięcznych zamieniali je na bardziej efektowne, i tak np. legionista Maślanka staje się Grudzińskim, a legionista Leń – Ziemiańskim.

Szczególne podziękowanie chciałbym wyrazić wszystkim paniom z Czytelni Archiwum Państwowego Oddział w Grodzisku Mazowieckim, a także Panu K. Sz. (nie pytałem o zgodę na umieszczenie pełnego nazwiska) z Archiwum Państwowego Oddział w Mławie, za życzliwość i pomoc przy odszukiwaniu materiałów archiwalnych, a także Paniom z USC w Płońsku oraz Muzeum w Oświęcimiu za udostępnienie niezbędnych mi materiałów

Pakiet Mobilności, czyli jak kraje „starej” unii rozpoczęły wojnę z polską branżą transportową

Pakiet Mobilności, czyli jak kraje „starej” unii rozpoczęły wojnę z polską branżą transportową.


Polska jest prawdziwą potęgą europejską w dziedzinie transportu samochodowego. Nasi przewoźnicy dominują w Europie i pomimo znacznego spadku rentowności w transporcie,nadal dynamicznie się rozwijają w zestawieniu z firmami zachodnimi.
Niemcy i Francja przegrywają walkę o rynek transportowy więc postanowiły zniszczyć polski transport międzynarodowy.

Najpierw wprowadzono MiloG w Niemczech, czyli płacę minimalną. Przepisy wprowadzają szereg utrudnień dla polskich przedsiębiorców, a ich nieprzestrzeganie skutkuje bardzo wysokimi karami.

18835783_1754895857859192_8560901585665299517_n.png

Kolejny krok to wprowadzenie Loi Macron, czyli odpowiednika niemieckiej płacy minimalnej. Francuzi poszli jeszcze dalej i żeby świadczyć usługi we Francji należy min.:
-posiadać pełne akta dotyczące oddelegowania, z potwierdzeniami wpłat włącznie, wyliczenia godzinowe, urlopy itd.

-kopię powołania przedstawiciela na terenie Francji na okres minimum 18 miesięcy
-dokument powołania przedstawiciela przetłumaczony na język francuski.

Sankcje z tytułu naruszeń to od kilkuset euro aż do 50000 euro.
Następnie wprowadzono we Francji i Belgii zakaz odbierania 45h tygodniowego odpoczynku w kabinie ciężarówki. Za nieprzestrzeganie zakazu jest kara nawet do 30000 euro we Francji. Belgowie nakładają „tylko” 1800 euro. Podczas jednej kontroli ukarano 46 kierowców na łączną kwotę 113 tys. euro!

Od 25 maja podobny zakaz funkcjonuje w Niemczech i kwota mandatu wynosi 2000 euro. 500 dla kierowcy , a 1500 euro dla firmy.

Zupełnie przypadkowo firmy „starej” unii zatrudniające polskich , bułgarskich i rumuńskich kierowców, robią fałszywe meldunki na terenie tych krajów i kierowcy nadal spędzają 45h w kabinie ale już legalnie! Ponadto dojazdy kierowców po kilkaset kilometrów do pracy nie stanowią problemu, pomimo że dyrektywa 561/2006 określa to dość precyzyjnie.

Żeby jednak wykryć łamanie przepisów u rodzimych przewoźników, organy kontrolujące musiałyby ich kontrolować. Służby zdecydowanie bardziej skupiają się na polskich firmach.

Pakiet mobilności będzie chyba ciosem po którym polska branża transportowa nie będzie w stanie konkurować i straci swoją pozycję na rynku europejskim.
Wprowadzenie obowiązku płacy minimalnej dla kierowcy po spędzeniu 3 dni np.we Francji to oczywista zagrywka w interesie Francji i Niemiec. Zakładając że kierowca spędzi w danym miesiącu 4 dni we Francji i 4 dni Niemczech, będzie podlegał niemieckim i francuskim przepisom o płacy minimalnej, ze wszystkim wymogami. Nawet jeśli przewoźnik będzie przejeżdzał tranzytem przez dany kraj to i tak zapłaci!
Walka z polskimi przedsiębiorcami to również walka o kierowców. W Niemczech i we Francji krytycznie brakuje kierowców. Już dziś ich transport samochodowy opiera się na kierowcach z nowych krajów członkowskich.

Działania naszych zachodnich sąsiadów mają się nijak do ich wezwania o solidarność w sprawie kryzysu imigracyjnego, który sami wywołali. Stosują ewidentny protekcjonizm pod przykrywką troski o kierowców.

Polsce nie pozostaje nic innego jak zebrać koalicję i zablokować kolejny atak na naszą branżę, która generuje ponad 11% PKB. Należy pamiętać że transport i jego peryferia to około 1 milion osób. Skutki kryzysu w transporcie odczujemy wszyscy.

List do Jean-Claude Juncker’a

WIELCE SZANOWNY PANIE PRZEWODNICZĄCY! LIST C. KAŹMIERCZAKA DO JC JUNCKERA

pjimage-16-16

 

Warszawa, 23.05.2017

Szanowny Pan
Jean-Claude Juncker
Przewodniczący Komisji Europejskiej
Bruksela

Wielce Szanowny Panie Przewodniczący!

Z rosnącym niepokojem patrzę, jak chce Pan wysłać tysiące uchodźców, którzy cudem uniknęli śmierci z rąk Asada bądź ISIS, pod jarzmo kaczystowskiego reżimu w Polsce. To po to ci ludzie narażając życie płynęli na dziurawych łajbach do nowoczesnej i postępowej Europy, żeby teraz zesłał ich Pan do KatoCiemnogrodu na Wisłą, który budzi takie przerażenie Sił Postępu?

Ma Pan serce jak step ukraiński, Panie Przewodniczący!

Jeśli mi Pan nie wierzy – posłucha Pan niekwestionowanych Autorytetów Moralnych. Przecież reżyserka Holland wyraźnie mówi, że obecnie w Polsce jest gorzej niż za Hitlera i Stalina, a aktorka Janda w sposób jednoznaczny stwierdza, „że ludzie w Polsce nigdy nie bali się tak jak teraz”. Aktorka Cielecka zaś „czuje się w tramwaju jak żydowskie dziecko za okupacji”. Taki los chce Pan zgotować tym cudem uratowanym ludziom?

Panie Przewodniczący! Nie dziwią mnie te opinie. W naszym kraju nie jest dobrze. Począwszy od zbrodniczego pozbawienia prenumeraty przez rządowe agencje Gazety Wyborczej, poprzez niedopuszczenie do udziału w programie na TVP Info charyzmatycznego Jarosława Marciniaka jako reprezentanta KOD, w miejsce zaproszonego Mateusza Kijowskiego, a skończywszy na wykluczeniu posła Szczerby z obrad Sejmu za wyrażenie uczuć do Marszałka tej samej płci. To tylko wybrane, niektóre zbrodnicze czyny kaczystowskich siepaczy.

Kto jak kto ale Pan, jako chrześciajnin dumny członek Chrześcijańsko-Społecznej Partii Ludowej nie powinien posyłać ludzi do piekła!

Nie lepiej jest w gospodarce. Morawiecki z Kowalczykiem tak zastraszyli polskich przedsiębiorców, że ci biedni ze strachu nie mogą spać po nocach i wykręcili zawstydzający drugi w wysokości wzrost gospodarczy w Europie, zatrudnili milion Ukraińców a bezrobocie doprowadzili do najniższego o poziomu w historii III RP. Wszystko to ze strachu przed reżimem Szydło. I polski rząd zamiast nad tym ubolewać – bezwstydnie chwali się tymi wynikami nienawiści, wszędzie je eksponuje, za nic mając uczucia innych narodów Europy! Wstyd i żenada!

I jeszcze ten Marczuk – polecam Panu przyjrzeć się ptaszkowi – odebrał dotacje państwowe do teatru aktorki Jandy, który latami świetnie radził sobie rynkowo, i przeznaczył je na zbrodniczy program 500+, który zlikwidował w 90% ubóstwo wśród dzieci. Te brudne, zabrane kulturze pieniądze, są znakiem hańby rządzących i obrazem męczeństwa aktorki Jandy.

Panie Przewodniczący! Apeluje do Pana sumienia! Pan nie każe tych biednych ludzi zsyłką do mojego strasznego kraju! Ale jeśli Pan nie posłucha mnie jednak i okaże się Pan bezwzględny – to może im jednak jakieś cross-cultural szkolenie zrobić, bo naród u nas ciemny i dziki i za obmacywanie kobiet w tramwaju to można w ryj dostać i to od całkiem trzeźwego. Wiem, że w to ciężko uwierzyć.

Zapraszam Pana do mojej umęczonej przez kaczystowski reżim Ojczyzny, żeby osobiście Pan się przekonał, że wysyła Pan ludzi do piekła. Jako dodatkową zachętę informuję Pana, że w najmniej postępowym regionie, u mnie na Podlasiu, „Duma Puszczy Knyszyńskiej” nigdy nie wysycha, a miejscowa ludność tylko szuka pretekstu, żeby okazać swoją gościnność.

Łącze należne wyrazy
Cezary Kaźmierczak
Prezes Komitetu Obrony Uchodźców w Organizacji

gr-1

Źródło: http://wei.org.pl/
Data: 2017-05-23

Pięć powodów, aby wycofać katechezę ze szkół

Źródło: http://mediumpubliczne.pl/2017/02/piec-powodow-aby-wycofac-katecheze-ze-szkol/

Ten artykuł nie powstał po to, by wyśmiać status Kościoła w życiu codziennym wierzących Polaków. Nie powstał też, by atakować sumiennych nauczycieli katechezy. Powstał dlatego, że bardzo trudno jest nam rozmawiać o katolicyzmie obecnym w polskich szkołach w sposób nie ubliżający nikomu – bez antyklerykalizmu lub poczucia, że porusza się temat tabu, bez zbytniej asekuracyjności, strachu przed zakwestionowaniem autorytetów. A jeśli coś jest trudne, to nierzadko oznacza, że warto (trzeba!) podjąć trud.

Postarałam się napisać ten tekst szczerze i logicznie. Mam nadzieję, że nikt z czytających nie poczuje się urażony, oraz że dostarczę merytorycznych argumentów tym, którzy czują moralny sprzeciw wobec katechezy w szkołach publicznych, ale nie chcą bazować na agresji i kpinie w stosunku do osób wierzących.

Dlatego właśnie piszę niniejszy wstęp, który wygląda jak jedno, przydługie samousprawiedliwienie. Zazwyczaj rozmowie o religii w szkołach towarzyszy lekceważenie: lekceważenie krytykujących jako osób nowomodnych i bez kręgosłupa moralnego albo lekceważenie katolików jako tych krótkowzrocznych i pozbawionych wewnątrzsterowności.

Głęboko wierzę w dyskurs pozbawiony lekceważenia.

  1. Wolna wola dzieci

Przywykliśmy myśleć o szkole jako o systemie opresyjnym. Prywatnie uważam, że to forma współczesnego niewolnictwa, chociaż na pewno nie tylko z winy nauczycieli, a często z winy rodziców – szczególnie w kontekście lekcji religii.

Pamiętam, że raz podczas rekolekcji szkolnych poproszono mnie o uciszenie grupki gimnazjalistów, którzy przeszkadzali księżom w trakcie zajęć rekolekcyjnych. Przycupnęłam więc obok nich i zaczęłam im tłumaczyć, prosić ich. „Chłopcy, czemu jesteście tak głośno, czemu zachowujecie się lekceważąco? Podjęliście zobowiązanie duchowe. Nie musieliście przecież zapisywać się na religię, mogliście wybrać etykę albo nie chodzić na żaden z tych przedmiotów”.

Bo oni tacy są. Mają swoją godność. Zachowują się odpowiednio, kulturalnie, angażują się… O ile sami wybiorą, w czym mają uczestniczyć. To naprawdę mało skomplikowany mechanizm. Każdy z Was funkcjonuje wedle identycznego. Tylko że uczniowie odpowiedzieli: „Ale proszę pani, my się na religię nie zapisywaliśmy. Rodzice nas zapisali”. Przypominam, że to są ludzie, którzy też mają swoje prawa.

Powiedzcie mi, proszę, jak można zmusić świadomego, myślącego człowieka, by uczestniczył w uroczystościach, których nie akceptuje, nie rozumie i nie chce rozumieć? Czy to jest słuszne? W imię czego? Ślubu kościelnego, który potomek być może zechce wziąć za kilkanaście lat? Rozumiem Was. Martwicie się o swoje dzieci. Ale wiedzcie, że nawet jeśli „zaliczanie” bez przekonania kolejnych sakramentów jest dla kogoś wystarczającym pretekstem, by uczęszczać na szkolne zajęcia katechetyczne, to tak się składa, że – wbrew temu, co twierdzą niektórzy proboszczowie – ocena z religii na świadectwie nie jest wymogiem przystąpienia do ślubu kościelnego. Kiedy uznacie, że Wasze dzieci są wystarczająco dorosłe, by decydować o swoim życiu duchowym? Ile muszą mieć lat? 10? 14? 18? A może 22?

Jeśli uczeń nie chce chodzić na katechezę, a jednak został na nią zapisany, zostanie zmuszony do modlitwy. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to obrzydliwe. Zapisanie dziecka na religię powinno być poprzedzone szczerą rozmową, tym bardziej, że rodzice bardzo często sami nie chodzą do kościoła. I tutaj kłania się powód drugi.

2. Poza katolicyzmem i ateizmem

W obiegowej retoryce często się zakłada, że każdy, kto nie chodzi do kościoła, jest ateistą. Więcej – osobom, które głośno mówią, że nie utożsamiają się z wykładnią Kościoła Katolickiego, odmawia się np. prawa do obchodzenia Bożego Narodzenia, które jest przecież niczym innym, jak przekształconym świętem pogańskim, utrzymującym się dziś w wielu domach jako tradycja rodzinna, a nie praktyka sakralna.

Warto tu przypomnieć, że choć przytłaczająca większość Polaków została ochrzczona, to regularnie modli się i uczestniczy w Mszach tylko jedna trzecia społeczeństwa polskiego. A ilu uczniów chodzi na religię? Prawie wszyscy. Dowodzi to, że rodzice albo są hipokrytami, albo… Albo nie mają podstawowej wiedzy religioznawczej (bo i skąd?) i nie zdają sobie sprawy, że można wierzyć w Boga, ale nie godzić się na doktrynę kościelną. Nic nie stoi na przeszkodzie.

Katolicyzm to tylko jeden z odłamów chrześcijaństwa, które zresztą w swych pierwotnych założeniach nie zawsze było zbieżne z dzisiejszymi dogmatami katolickimi. Co więcej, istnieją też agnostycyzm deistyczny, deizm, panteizm. Mamy w kulturze dorobek filozofów i teologów, którzy dowodzili, że człowiek nosi w sobie wrodzone dobro i sam posiada narzędzia moralne, by rozpoznać, co należy w życiu czynić. C. S. Lewis pisał, że jest przekonany, iż każdy człowiek przychodzi na świat świadom nieśmiertelności swojej duszy.

W takim ujęciu religia byłaby czymś rozpoznawalnym indywidualnie, intuicyjnie, bez pomocy z zewnątrz.

Nikogo nie namawiam na ten anarchizm duchowy. Uświadamiam tylko, że nikt nie jest (i nie powinien!) zmuszać innych do uznawania jakiejkolwiek drogi wyznaniowej. Tych dróg jest wiele, a wiążące się z nimi decyzje (Kto jest moim autorytetem duchowym? Czy przyjmuję gotowe wartości, czy próbuję je tworzyć sam?) trzeba podjąć samemu.

3. Kompetencje katechetów

Spotkałam w moim życiu wielu nauczycieli. Dobrych, złych, sumiennych, uprzejmych, wywyższających się. Wielu. Ale wszyscy byli nauczycielami. Nie wszyscy katecheci są nauczycielami.

Nauczyciel to osoba, która uzyskała wykształcenie i odbyła praktyki pozwalające jej na zdobycie uprawnień, dzięki którym może podjąć pracę dydaktyczną. Odbyła rozmowę o pracę, dzięki której została zatrudniona przez dyrektora danej placówki. Katecheta jest osobą oddelegowaną do nauczania przez kurię. Dyrektor nie ma nad tym pracownikiem żadnej władzy. Może wizytować lekcje, udzielać porad albo reprymend. Nie może katechety zastąpić, nie może go zwolnić.

Nie znaczy to oczywiście, że religię w szkołach prowadzą wyłącznie osoby niewykształcone, bez przygotowania pedagogicznego i merytorycznego, ale czasem tak jest. Naprawdę. Każdego dnia do szkół wpuszcza się osoby pozbawione uprawnień, które uczą Wasze dzieci. Osoby bezradne wobec wyzwań wychowawczych, nieprzygotowane merytorycznie i metodycznie, osoby, które zaniżają w oczach dzieci i rodziców status przedmiotu, który jest przecież przedmiotem wyjątkowym.

4. Status lekcji religii w szkole

W szkole dzieją się rzeczy. Uczniowie biegają, rzucają butelkami (każdy nauczyciel wie, że chodzi o tzw. flipy – rzucanie butelką w taki sposób, by upadła na zakrętkę), krzyczą, żartują. Czasem przeklinają, czasem flirtują. Uczą się, dłubią w telefonach, dokazują, śmieją się, płaczą. Istny cyrk na co dzień.

Czy ktokolwiek naprawdę spodziewa się, że dwudziestosześcioosobowa grupa szóstoklasistów wejdzie z godnością do sali lekcyjnej, by tam się skupić, wyciszyć i podjąć dyskurs teologiczny? By szczerze odmówić modlitwę?

No właśnie.

Nieszczęsna katecheza, wrzucona gdzieś pomiędzy geografię i wychowanie fizyczne, traci na wartości. Ośmiesza sama siebie. Oceny z religii? Za co? Za serce wkładane w modlitwę na pokaz? Czy za pamięciowe opanowanie definicji sakramentu albo listy grzechów danego typu?

Wymaga się od uczniów, by odmawiali modlitwę i uczyli się o sakramentach nie dlatego, że mają taką duchową potrzebę, ale dlatego, że zadzwonił dzwonek. Religia nie jest przedmiotem. Religia jest wyzwaniem duchowym. Oczyma wyobraźni widzę zajęcia z religii: ktoś gra na gitarze, ktoś śpiewa. Szczere rozmowy o Bogu. Dzielenie się nadziejami, obawami. Wszyscy siedzą w kole, równi wobec sacrum. Może na łące? A może po prostu na plebanii, w bezpośrednim sąsiedztwie świątyni.

Mało który przewodnik duchowy jest na tyle pewny siebie, swojej wiary i swego autorytetu w oczach dzieci, by postawić to pytanie: po co nam religia? Czemu tu jesteście? Czego ode mnie oczekujecie? Odpowiedź nie byłaby dla przeznaczona niego, lecz dla samych uczniów, by mogli znaleźć w sercach inne miejsce dla religii, niż… Między geografią i wychowaniem fizycznym.

5. Uniwersalizm lekcji etyki

W tej chwili uczniowie (a w praktyce ich rodzice) stają przed wyborem: zapisać dziecko na religię, etykę, oba przedmioty lub żaden z nich.

O czym w ogóle jest ta cała etyka? Mało kto wie, a jeszcze mniej osób próbuje się tego dowiedzieć. Niesłusznie. Lekcje etyki to szlachetny, nieodzowny wkład w rozwój intelektualny i emocjonalny każdego dziecka. Każdego – ochrzczonego, nieochrzczonego, z rodziny tradycyjnej, z rodziny „niepełnej”.

Czym jest piękno? Co to znaczy „dobrze żyć”? Jak być sprawiedliwym? Jakie prawa ma człowiek? Kim jest autorytet?

Filozofowanie jest częścią życia, ale tutaj intuicję trzeba wzbogacić dorobkiem cywilizacyjnym (tekstami filozofów, poetów, wideoreportażami) oraz rozwojem umiejętności myślenia i wypowiadania się. Każdy dobry etyk uwzględnia w procesie dydaktycznym ćwiczenia z logiki, argumentacji, retoryki. Pozwalają one rozwinąć kompetencje potrzebne każdemu człowiekowi. Każdemu. I w tym tkwi przewaga etyki nad religią: etyka jest przedmiotem egalitarnym i potrzebnym każdemu uczniowi. Powinna być obowiązkowa jako element programu wychowawczego każdej placówki edukacyjnej.

Współuczestniczenie całego oddziału klasowego w lekcjach etyki przekładałoby się na integrację między dziećmi oraz budowanie grupowego systemu wartości, być może miałoby też zauważalny wpływ na zmniejszenie się liczby zachowań dyskryminujących w polskich szkołach.

Bo dyskryminacja jest naszym problemem społecznym. Ze względu na płeć, wiek, pochodzenie, wyznanie, stopień zamożności, pełnosprawności, wygląd, orientację seksualną, polityczną. Tak naprawdę każdemu z nas przydałby się solidny kurs etyki.

A religia jest kwestią intymną każdego, również niedorosłego, człowieka.

red. Natalia Wilk-Sobczak, 2017-02-16

 

Ewa Maruszak ·
Niestety odpowiada przez nie robienie nic z tym co robi kościół. Brak wyraźne sprzeciwu wierzących pozwala kościółowi na takie działanie. A co do ataku ma kościół to powiem tak na codzień spotykam się z atakami w mniejszym lub większym stopniu na wyznawców innej wiary na ateistów agnostyków zwał jak zwał robią to właśnie katolicy i nie przepraszaja za to nikogo. Przeciez oni bronia swojej wiary. To oczywiście jest generalizacja bo znam też kilku mądrych katolików ale to są akurat wyjatki. Lekceważenie arogancja brak tolerancji to powszechne praktyki wśród katolików. Wystarczy być innym. Nie mniej zgodzę się z wpisem i uważa że nie wolno się zachować w sposób który zwyczajnie jest zły tylko dlatego że druga strona tak postępuje.

 

Magdalena Ewa Bargieł
dobry tekst – choć zawsze mnie boli, że żeby podjąć taki temat trzeba przeprosić, ukorzyć się , że się „śmiało” go poruszyć – więc już na dzień dobry stawia to autorkę tekstu na pozycji proszącej o uwagę . Generalnie dobrze skonstruowane punkty – ale autorka nie wzięła pod uwagę jednego argumentu – pieniędzy z puli państwa Polskiego – a to jest argument który przesłania wszelkie logiczno- racjonalne myślenie tych którzy celowo dokonali wprowadzenia religii KK w szkołach. Zgadzam się, że dzieci powinny mieć możliwość wyboru – ale to krok dla wielu Rodziców nieosiągalny z ich emocjonalnego pułapu

 

Piotr Wróblewski ·
Pamiętam jak religia wróciła do szkoły. Ucieszyłem się, bo jako chyba 15 latek naiwnie myślałem, że to będzie nauka o religiach – czyli religioznawstwo. Jakże się pomyliłem i zawiodłem jednocześnie. Katecheza przeniesiona z salek kościelnych, która to miała taki niezapomniany klimat i na którą chodzili głównie Ci co chcieli, stała się teraz czymś tak banalnym i społecznie przymusowym.
Oszczędziłem tego swoim synom.
A jaki skutek przynosi nauka religii w szkole? W przeciągu ponad 25 lat, czyli jakby nie patrzeć okresu kiedy to pokolenie ludzi religijnych powinno wprowadzić zasady miłosierdzia w swoim otoczeniu wszystko wygląda zupełnie odwrotnie. Nietolerancja, agresja i śmierć wrogom ojczyzny wznoszone są na piedestały, a pomoc wojennym uchodźcom to lewactwo.

 

Wacław Rogulski ·
Etyka bardziej uczłowiecza nasze czyny,słowa,myśli.Jest skierowana w sronę odpowiedzialności,szacunku,godności,miłości do człowieka.Religia natomiast ubóstwia wszystko,i dobro i zło,ale nie jest skierowana na człowieka wolnego.Nie spętanego chrztem.

 

Maciej Różalski
Niestety tekst w sporej części oderwany od rzeczywistości.

1. Rodzice najczęściej dostają kwity w sprawie religii do podpisu, niejednokrotnie przekonałem się, iż podpisują je bez zaznajomienia z treścią. Szkoły działają na granicy prawa, bo wedle przepisów to rodzice świadomie mają wystąpić do szkoły o organizację religii, a nie szkoła do rodziców (tam, gdzie szkoła nie daje kwitów często reli nie ma). Ale to pikuś, bo pierwsze wywiadówki są pod koniec września / na początku października, ale rela jest już w planie, dzieciaki są na nią prowadzone pomimo, iż nie zostały na nią zapisane, co już jest złamaniem prawa, niejednokrotnie jest to przyczyną konfliktu, gdy w grupie trafi się dziecko niekatolickie. Trafiają się nawiedzone dyrekcje szkół, do tego stopnia, że robią wszystko, by niekatolikom obrzydzić życie. Polega to na choćby umieszczaniu reli pomiędzy normalnymi lekcjami. Znam przypadek, gdzie klasa ze 100% frekwencją na reli miała ją na początku i końcu, natomiast dokładnie równoległa klasa, gdzie kilkoro nie chodziło na relę, „musiała” mieć ją w środku. Oczywiście „nic się nie dało” z tym zrobić, ale tylko do czasu, gdy w sytuacji zorientowali się niekatoliccy rodzice. Oczywiście afera, tym większa, że tylko bodajże dwóch przedmiotów w tych klasach uczyli różni nauczyciele. Pierwszy efekt afery? Dyrekcja zniknęła plan lekcji z www szkoły.

2. Szkoły często organizują imprezy religijne, najczęściej msze w intencji patrona, na rozpoczęcie / zakończenie roku. Odbywa się to kosztem zajęć lekcyjnych (co jest niezgodne z przepisami), o ile na każdą inną wycieczkę poza szkołę rodzic musi wyrazić zgodę, tak o mszach najczęściej jest tylko informowany. A znam przypadek, gdzie takich „mszy w intencji” było w ciągu roku z pięć (plus jeszcze rekolekcje), ale klasa nie dostała zgody na wyjście do teatru, bo „trzeba gonić z programem”. Przy takich imprezach często znowu jest afera, bo dzieciak jest brany za wszarz i prowadzony wbrew woli swojej i rodziców. Znam przypadek, gdzie dzieciak został odesłany do domu, bo nikt w szkole nie wpadł na to, że nie wszyscy pójdą na mszę i trzeba im zapewnić opiekę – oczywiście skończyło się aferą. Rok komunijny jest wręcz groteskowy, bo dokładnie wszystko bywa podporządkowywane pod organizację komuni. Klasówki, sprawdziany, wyjścia (których często brak). Bywa, że co bardziej nawiedzeni rodzice potrafią zrobić nauczycielom awanturę o to, że ten ma czelność robić sprawdzian, a tu dzieci na próby przecież muszą chodzić.

3. Rodzice najczęściej zajmują się narzekaniem, jojczeniem, marudzeniem w szatni, po cichu, tak, by nikt nie słyszał. Nie ma żadnej solidarności między rodzicami, jest tylko wypychanie frajera, który zrobi aferę. I to często nawet w sprawach, które ocierają się o prokuratora – np znęcanie się nad dziećmi. Więc nie ma co liczyć na choćby śladową odwagę, czy choćby minimalne zainteresowanie, co się na reli dzieje (potem jest zdziwienie, że dzieciak zaczyna bzdury opowiadać, np jedynak zaczyna sie dopytywać rodziców, czy to prawda, że mu rodzeństwo zamordowali). Znam przypadek, gdzie dziewczynka zsiusiała się, bo katechetka nie wypuściła jej do ubikacji. Dziecko jest tylko dzieckiem, niemniej rodzic dziewczynki wykazał się wręcz niebywałą dojrzałością, bo nie zrobił z tym kompletnie nic. Rodzic, który zaczyna się dopytywać, grzebać, rzucać przepisami z miejsca dostaje łatkę zadymiarza. I to od innych rodziców, najczęściej tych, którym brak kręgosłupa, by zająć stanowisko w dowolnej sprawie.

4. Nie oczekiwałbym od zdecydowanej większości rodziców motywacji religijnej. Oni nie zapisują swojego dzieciaka na relę dlatego, że są wierzący. Najczęściej nie są, nie chodzą do kościoła, nie uczestniczą w obrządkach – to są „niewierzący, czasem praktykujący”. Zapisują, bo „babci będzie przykro”, „co ludzie powiedzą”, „ojtam, ojtam, co to szkodzi”, „bo wszyscy chodzą”. Takich, którzy zapisują z przekonania jest może kilkoro / kilkanaścioro na szkołę. Niejednokrotnie kwestia sprowadza się do tego, że w danej grupie trafia się kilkoro nawiedzonych i zaczyna się afera np o promocję gender za pomocą malunku tęczy w przedszkolu i tym podobne. Takie coś robi jedna do kilku osób, kilkaset siedzi cicho bojąc się wychylić – „nie chcę się konfliktować”, „ja tam każdemu dzień dobry chcę mówić”. Groteskowe? Tak.

5. Religia w szkole, to nie kwestia przekonań religijnych, tylko częściej wygodnicztwa. Znam przypadek pańci, która straszliwie protestowała przeciwko mszy w godzinach wieczornych, czyli po zajęciach w szkole. Upierała się straszliwie, by ta odbyła się w trakcie zajęć. Dlaczego? Jak się w końcu wysypała, dlatego, że zapisała dzieciaka na angielski, musiałaby to odwołać i przepadłaby jej kasa. Więc można odwołać „darmowe” zajęcia w szkole publicznej robiąc przy tej okazji zamieszanie, bo dziubdziuś pańci musi wieczorkiem potuptusiać na angielski.

Taka jest rzeczywistość. Bezrefleksyjna, chadzająca po najmniejszej linii oporu.

 

Roman Pleszyński ·
Religia powinna być ośmieszana!!! Dlaczego? Ponieważ na to zasługuje. Oburzonym na taką (z pozoru skrajną) postawę, wierzącym lub niewierzącym, opowiadającym się za dialogiem konstruktywnym przypomnę, że ateiści ośmieszają, chrześcijanie kiedyś więzili, torturowali, palili, mordowali. Jest postęp. Przytoczę słowa jednego z największych wspólczesnych naukowców, o gigantycznym dorobku, laureata Nobla, jednego z twóców Modelu Standardowego, Stevena Weinberga: „Jednym z wielkich osiągnięć nauki jest — nie tyle uczynienie wiary religijnej niemożliwą do zaakceptowania dla inteligentnych ludzi, ale przynajmniej umożliwienie im bycie niereligijnymi. Nie powinniśmy z tego rezygnować.”

 

 

Antypolacy chcą majdanu w Polsce

 

Ostatnich dniach nasila się atak na rząd Rzeczypospolitej Polskiej, sam nie jestem jego miłośnikiem, ale to co się dzieje ze strony opozycji przechodzi ludzkie pojęcie, pojawiają się różne wpisy oraz agresywne zachowania przeciwko politykom partii rządzącej.

Mądrość ludowa mówi, że poznać, że polityk kłamie najłatwiej po tym, że rusza ustami. Raz na jakiś czas jednak i tej grupie społecznej zdarza się powiedzieć – zapewne przez przypadek – prawdę. Ostatnio na przykład zdarzyło się to Michałowi Broniatowskiemu, naczelnemu Forbesa.

MAŁA INSTRUKCJA co musi się stać, żeby powstał Majdan.
To było tak:
1. Nośny społecznie powód, który zmobilizuje MŁODZIEŻ. Starzy na mrozie nie wysiedzą. Wystarczy dwa-trzy tysiące gotowych zostać na noc, ale za to dziesiątki tysięcy gotowych wspierać ich na miejscu za dnia
2. Duży PLAC w centrum miasta (Plac Defilad się nie nadaje, bo nie ma go jak obronić), a w sąsiedztwie duży BUDYNEK PUBLICZNY, który można zająć (i obronić). To jest niezbędne ze względów logistycznych, sztabowych, centrum prasowego, toaletowych…
3. Początkowe drobne utarczki z milicją, powstrzymane (jak dzisiaj) przez posłów. POSŁOWIE muszą być gotowi postawić własne namioty z wywieszką „Biuro poselskie”, żeby zapewnić immunitet
4. Namioty należy stawiać jak OBÓZ WAROWNY. Plus przenośne toalety i zapas drewna.
5. Władza bezmyślnie i krwawo atakuje po kilku dniach (i nad ranem) obozującą młodzież. Na drugi dzień MILION ludzi demonstruje na placu i w okolicach.
6. RADA MAJDANU czyli przedstawiciele demonstrantów i LIDERZY ZJEDNOCZONEJ OPOZYCJI, którzy muszą jeszcze zorganizować FUNDUSZE na żywność, opał, wynajęcie sprzętu nagłaśniającego i zbudowanie trybuny, itp.
7. Oddziały SAMOOBRONY. Tu trzeba się mocno pilnować, żeby uniknąć prowokacji
8. Stała obecność ARTYSTÓW na scenie i wsparcie DUCHOWNYCH

Michał Broniatowski


Tak tak, wiem że to dziennikarz, a nie polityk. Ale w tym wypadku nie opisuje rzeczywistości tylko stara się ją kreować – więc przymknijmy na to oko.
Michałek najwyraźniej zapomniał, że nie jest osobą prywatną i wrzucił na swój profil na FB instrukcję, która w punktach tłumaczy jak zrobić w Polsce majdan. Taki sam jak na Ukrainie. A że jego profil śledzi ponad 1000 osób, to się i smrodek zrobił konkretny.
I nie ma się co dziwić. Cóż bowiem czytamy w tej instrukcji?

Zaczyna się niewinnie. Od tego, że trzeba wymyślić jakiś nośny powód. Taki, który na ulicę wyciągnie młodzież. Bo, jak sam przyznaje, pogodę mamy średnią i dziadki długo na mrozie nie wytrzymają. Nawet te z UB.

Już w drugim punkcie robi się ciekawiej. Otóż pan naczelny radzi, aby zająć jakiś duży plac. Najlepiej taki, żeby w pobliżu stał jakiś budynek użyteczności publicznej. Który będzie można potem okupować.

Jednak najciekawiej robi się w punkcie piątym. Otóż według niego władza po kilku dniach krwawo zaatakuje zgromadzoną na placu młodzież. I myślicie, że to go martwi? Wprost przeciwnie – wtedy, mówi otwartym tekstem redaktorek, na ulice wyjdą miliony. I wreszcie ten cały KOD nabierze rozpędu i będą mieli ten swój wymarzony majdan!
Widzicie, KOD ma jeden zasadniczy problem. Nie ma poparcia w społeczeństwie. I to nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim przez to kto nimi dowodzi. Otóż wszystkie rewolucje zawsze występowały w obronie proletariatu. Rewolucjoniści francuscy twierdzili, że walczą o poprawę bytu chłopów i mieszczan, ciemiężonych przez szlachtę i kler, chociaż jej liderzy jak jeden mąż wywodzili się z bogatej burżuazji. Bolszewicy twierdzili, że walczą o poprawę bytu robotników – chociaż wśród członków obecnych na pierwszym kongresie nie było ani jednej osoby, która w ogóle widziała fabrykę od środka. Ba, nawet nasza opozycja z lat PRLu – zapoczątkowana przecież głównie przez inteligencję – założyła Komitet Obrony Robotników, a w słynnych już 21 postulatach mieliśmy na jednej tablicy żądanie respektowania wolności słowa, a parę punktów dalej postulat zapewnienia odpowiedniej liczby miejsc w żłobkach dla dzieci kobiet pracujących. Sacrum, ale z odpowiednią dawką profanum.

15590310_1807280066212399_8404986289387459034_n.jpg

A o co walczył KOD? O przestrzeganie konstytucji, poszanowanie trybunału, wolność słowa, etc. Abstrahując nawet od tego, że pod tymi hasłami kryła się obrona bardzo partykularnych interesów, nie jest to coś, co może porwać tłumy. Bo o takich rzeczach fajnie pogadać w kawiarniach Warszawki czy Krakówka, ale zwykły człowiek, który kombinuje jak tu przeżyć do pierwszego za 1800 na rękę i utrzymać z tego rodzinę, to ma takie sprawy, pardon my French, głęboko w dupie. Jego interesuje to, że dzięki 500 plus może dzieciaki zabrać pierwszy raz w życiu nad morze, a na zimę kupić im nowe buty. To, że Tomcia Lisa dobra zmiana wypierdoliła z dobrze płatnej posadki nie interesuje go wcale.
Młodzież to co innego. Młodzież jest idealistyczna, skłonna do poświęceń. Ba, ale jest tylko jeden problem. Taki, że nam się młodzież nam się zbiesiła i zamiast skakać z Giertychem to łazi na jakieś marsze niepodległości i inne faszystowskie spędy. Jak to zmienić? Ano prosto – dać im dobry powód do wkurwu. Taki, który rozgrzeje im serduszka. Liczebność nie musi być duża – ot tyle, żeby władza spanikowała i zaczęła ich pacyfikować. A potem to już pójdzie samo, na ulice wyjdą miliony i będą mieli tą swoją wymarzoną rewolucję. A że przy okazji kilku gówniarzy straci zdrowie a nawet życie?
A kogo to kurwa obchodzi?

„Plan Broniatowskiego” jest realizowany. Mogą zacząć się prowokacje antysemickie. Rosyjska agentura i polscy ubecy na ich usługach dobrze wiedzą, że to najskuteczniejsza metoda wzniecenia oburzenia Zachodu. Robili to już wiele razy. „Pogrom kielecki” urządzili dokładnie wtedy, gdy było trzeba, by świat nie zajmował się tym, kto mordował w Katyniu. Nie twierdzę, że wszyscy uczestnicy manifestacji antyrządowych są świadomi w czym uczestniczą, wręcz przeciwnie – sądzę, że większość nie wie, jakiej akcji jest częścią.

„Plan Broniatowskiego” pomija kilka elementów, które – jak uczy historia – mogą być kolejnymi etapami. Mogą zacząć strzelać snajperzy. Oskarżona zostanie oczywiście władza. Mam nadzieję, że wszystkie służby są w stanie najwyższego alertu. A my przyglądajmy się uważnie wydarzeniom i bądźmy gotowi na reakcję w obronie… tak, w obronie Polski.

Mnie zastanawia dlaczego nie interweniuje prokuratura? Skoro mamy jasne przepisy w stosunku do tego.

Cz-6NF9XgAEWxy5.jpg

A zamiast tego pojawiają się coraz silniej takie akcje w mediach społecznościowych ja ta:

C0BZiw8WIAA5tL5.jpg

Źródła:

To jest inna sytuacja

wPolityce.pl

Broniatowski, Facebook:

instrukcjawgbroniatowskiego