Archiwum kategorii: Ekonomia

Pakiet Mobilności, czyli jak kraje „starej” unii rozpoczęły wojnę z polską branżą transportową

Pakiet Mobilności, czyli jak kraje „starej” unii rozpoczęły wojnę z polską branżą transportową.


Polska jest prawdziwą potęgą europejską w dziedzinie transportu samochodowego. Nasi przewoźnicy dominują w Europie i pomimo znacznego spadku rentowności w transporcie,nadal dynamicznie się rozwijają w zestawieniu z firmami zachodnimi.
Niemcy i Francja przegrywają walkę o rynek transportowy więc postanowiły zniszczyć polski transport międzynarodowy.

Najpierw wprowadzono MiloG w Niemczech, czyli płacę minimalną. Przepisy wprowadzają szereg utrudnień dla polskich przedsiębiorców, a ich nieprzestrzeganie skutkuje bardzo wysokimi karami.

18835783_1754895857859192_8560901585665299517_n.png

Kolejny krok to wprowadzenie Loi Macron, czyli odpowiednika niemieckiej płacy minimalnej. Francuzi poszli jeszcze dalej i żeby świadczyć usługi we Francji należy min.:
-posiadać pełne akta dotyczące oddelegowania, z potwierdzeniami wpłat włącznie, wyliczenia godzinowe, urlopy itd.

-kopię powołania przedstawiciela na terenie Francji na okres minimum 18 miesięcy
-dokument powołania przedstawiciela przetłumaczony na język francuski.

Sankcje z tytułu naruszeń to od kilkuset euro aż do 50000 euro.
Następnie wprowadzono we Francji i Belgii zakaz odbierania 45h tygodniowego odpoczynku w kabinie ciężarówki. Za nieprzestrzeganie zakazu jest kara nawet do 30000 euro we Francji. Belgowie nakładają „tylko” 1800 euro. Podczas jednej kontroli ukarano 46 kierowców na łączną kwotę 113 tys. euro!

Od 25 maja podobny zakaz funkcjonuje w Niemczech i kwota mandatu wynosi 2000 euro. 500 dla kierowcy , a 1500 euro dla firmy.

Zupełnie przypadkowo firmy „starej” unii zatrudniające polskich , bułgarskich i rumuńskich kierowców, robią fałszywe meldunki na terenie tych krajów i kierowcy nadal spędzają 45h w kabinie ale już legalnie! Ponadto dojazdy kierowców po kilkaset kilometrów do pracy nie stanowią problemu, pomimo że dyrektywa 561/2006 określa to dość precyzyjnie.

Żeby jednak wykryć łamanie przepisów u rodzimych przewoźników, organy kontrolujące musiałyby ich kontrolować. Służby zdecydowanie bardziej skupiają się na polskich firmach.

Pakiet mobilności będzie chyba ciosem po którym polska branża transportowa nie będzie w stanie konkurować i straci swoją pozycję na rynku europejskim.
Wprowadzenie obowiązku płacy minimalnej dla kierowcy po spędzeniu 3 dni np.we Francji to oczywista zagrywka w interesie Francji i Niemiec. Zakładając że kierowca spędzi w danym miesiącu 4 dni we Francji i 4 dni Niemczech, będzie podlegał niemieckim i francuskim przepisom o płacy minimalnej, ze wszystkim wymogami. Nawet jeśli przewoźnik będzie przejeżdzał tranzytem przez dany kraj to i tak zapłaci!
Walka z polskimi przedsiębiorcami to również walka o kierowców. W Niemczech i we Francji krytycznie brakuje kierowców. Już dziś ich transport samochodowy opiera się na kierowcach z nowych krajów członkowskich.

Działania naszych zachodnich sąsiadów mają się nijak do ich wezwania o solidarność w sprawie kryzysu imigracyjnego, który sami wywołali. Stosują ewidentny protekcjonizm pod przykrywką troski o kierowców.

Polsce nie pozostaje nic innego jak zebrać koalicję i zablokować kolejny atak na naszą branżę, która generuje ponad 11% PKB. Należy pamiętać że transport i jego peryferia to około 1 milion osób. Skutki kryzysu w transporcie odczujemy wszyscy.

Reklamy

Monopol na wolnym rynku

Jeszcze jedno video – tym razem o monopolu na wolnym rynku.

Poniżej jeszcze przytoczę historię z filmu o Herbercie Dow. Człowiek który sprzedawał Brom w USA i który wkroczył na rynek europejski, gdzie monopolistą był niemiecki kartel.

Dzisiaj nie byłoby to możliwe w tak prosty sposób, bo często tacy monopoliści na rynku mają za sobą rządy, specjalne licencje i dofinansowania rządowe.

 

Herbert Dow wynalazł tani sposób na wytwarzania bromu. Założył firmę The Dow Chemical Company w Midland w stanie Michigan.

Na przełomie XX wieku, sprzedawał ten środek chemiczny używany do celów przemysłowych w całym USA za cenę . Jednak nie mógł zacząć sprzedaży za granicą, ponieważ międzynarodowy rynek był kontrolowany przez gigantyczny niemiecki kartel chemiczny, który sprzedał brom w stałej. Niemcy dali Herbertowi do zrozumienia, że będą trzymać się z daleka od amerykańskiego rynku, tak długo, jak Dow i inni amerykańscy dostawcy pozostaną jedynie na rynku amerykańskim.

Ostatecznie firma Dow postanowila rozwinąć skrzydła. Rozpoczęła eksport do Anglii i łatwo było jej pokonać niemiecki brom o wyższej cenie 49 centów. Wszystko szło dobrze przez jakiś czas, aż przedstawiciel niemieckiego kartelu przyleciał do Michigan i zagroził Dow, że jeśli nie zaniecha sprzedaży w Europie, kartel ekonomicznie zniszczy jego firmę. Wkrótce potem Niemcy wprowadzili swoje groźby w życie.

W USA zaczęły pojawiać się oferty sprzedaży niemieckiego bromu w sprzedaży za 15 centów za funt, znacznie poniżej ceny Dow. Kartel zalał rynek amerykański, oferując ten produkt chemiczny poniżej własnych kosztów produkcji, chcąc aby firma Dow Chemicals zbankrutowała. Ale Dow przechytrzył ich. Wstrzymał sprzedaż na rynku amerykańskim i potajemnie zaczął wykupywać cały niemiecki brom, który mógł dostać. Dow przepakowywał zakupiony za 15 centów brom jako swój własny produkt i wysyłał go do Europy oferując go za 27 centów, nawet w Niemczech. Niemcy zastanawiali się:

1) Dlaczego Dow nie zbankrutował i nie wypadł jeszcze z biznesu. Przecież tego typu zagrywki działały wcześniej na konkurentów w Europie i

2) dlaczego nagle zapotrzebowanie na brom w USA wzrosło do tak dużego poziomu?

Kartel, aby przyspieszyć klęskę Dow obniżał cenę najpierw do 12 centów, a następnie do 10 centów. Dow kupował więcej i więcej, sprzedając go w Europie i zyskuje ogromny udział na starym kontynencie. W końcu Niemcy złamali się i musieli obniżyć swoje ceny. Dow złamał niemiecki monopol chemiczny i rozszerzył znacznie swoją działalność, a klienci zyskali lepszy dostęp bromu w niższych cenach.

Dow powtórzył później tę samą sztuczkę z niemieckim monopolistami barwników i magnezu. Do dziś jest to podręcznikowy sposób radzenia sobie w sytuacji, gdy monopolista stosuje ceny dumpingowe. Oczywiście zakładając, że na produkt jest szerokie zapotrzebowanie i można go sprzedać pod własną marką.

„Wyzysk” na wolnym rynku #czy kapitalista krzywdzi biednych?

Ciekawy film na temat kapitalistów którzy są tak demonizowani przez lewicę, którzy uważają że kapitalista jest złem totalnym, który czerpie korzyść z niewolniczej pracy pracowników swojej firmy.

 

W filmie mamy przykład na podstawie wioski i 3 rolników, którzy jeden z nich bogaci się dzięki swojej pomysłowości i dzięki temu daje pracę innym rolnikom lub im dzieciom którzy są na innym poziomie intelektualnym lub społecznym.

Autor nie wyjaśnił, ale właśnie w ten sposób tworzą się i tworzyły od zawsze elity społeczne, bo mając więcej, stać nas na lepsze wychowanie dzieci i wnuków.

O propagandzie w mediach zachodnich – Matthew Tyrmand o antypolskiej roli Anne Applebaum

Przegląd Tygodnia w Klubie Ronina tym razem był nieco nietypowy. Była to rozmowa Matthew Tyrmanda i Marcina Makowskiego. Tłumaczyła Maria Kądzielska. A mówiono o mediach, kulisach ataków zagranicznej prasy na Polskę, niechlubnej roli Anne Applebaum, oraz jak można się przed tym bronić.

Tematem rozmowy było przede wszystkim działanie polskich mediów, oraz takich osób jak Anne Applebaum, które za pośrednictwem zaprzyjaźnionych redakcji na Zachodzie powodują ukazywanie się antypolskich publikacji w zachodniej prasie, a które następnie wracają do Polski jako opinie Zachodniej prasy. Tyrmand podał przykłady takich redakcji i takich osób z Anne Applebaum na czele.

Innym przykładem są „standardy” BBC, gdy stronniczy i propagandowy materiał przygotowała Maja Rostowska, córka byłego wicepremiera Rostowskiego z Platformy Obywatelskiej.

Anne Applebaum ma szerokie kontakty zagranicą (Waszyngton, Berlin, Londyn, Paryż, Bruksela), publikuje m.in. w londyńskim Telegrafie. Przytoczył też nazwisko Jacksona Diehla, z Washington Post, którego Applebaum jest informatorką. Takie publikacje są z kolei cytowane w New York Timesie i kolejnych mediach.

Zdaniem Tyrmanda to nie jest tylko polski problem, ale jest to problem globalny. Media na zachodzie przestały być przekaźnikami informacji, a stały się propagatorami konkretnego światopoglądu. Posługują się tzw. ekspertami, którzy sami się mianują na tę funkcję. Eksperci w Polsce z organizacji pozarządowych są często finansowani z pieniędzy z Brukseli, więc też nie mogą być obiektywni.

Jako najgorszych „specjalistów” od Polski Tyrmand wymienił Henry’ego Foya, Jana Czerskiego, Henry’ego Lucasa, Macieja Bartkowskiego, a z tytułów Financial Times i The Economist. które zajmują się ekonomią i w związku z tym mogą narobić największych szkód, a wiele z osób piszących w ten sposób o Polsce to znajomi Anne Applebaum.

24613860366_73837d22c2_c.jpg

Maciej Makowski: „To nie są przypadki, jak prześledzi się koneksje to widać jak wąskie i malutkie jest to środowisko, powiązane jak system naczyń połączonych – cytują jedni drugich, opiniują, polecają się nawzajem i dziwnym zbiegiem okoliczności ci ludzie mają podobne, liberalno-lewicowe poglądy.”

Na pytanie w jaki sposób Polska powinna przeciwstawiać się tej narracji płynącej z zagranicy Matthew Tyrmand odpowiedział, że młodzi, wykształceni Polacy powinni pisać po angielsku na zachodnich platformach mediowych, a kluczem jest aktywność obywatelska – należy pisać listy, artykuły, również po angielsku.

O tabloidach w Polsce, przemilczaniu Matthew Tyrmanda przez GW, Pudelku, „skorumpowanym polityku Sikorskim, który zlecał tłumaczenie swoich przemówień znajomemu, byłemu ministrowi Wielkiej Brytanii, za które ten pobierał horrendalne sumy”, „najgorszym człowieku w Polsce – Romanie Giertychu”. Czy wolność słowa powinna być absolutna, aferze taśmowej, działaniach Belki, Balu Dziennikarzy i pani Marii Bnińskiej, współorganizatorce balu w filmie poniżej:

 

Źródło: http://blogpress.pl/node/22279

Arbuzy i fałszywe arbuzy – czyli uważaj co kupujesz

Arbuzowy problem…

Lato tuż tuż, a tu problem jak co roku..skąd wziąć prawdziwego arbuza? Teraz każdy pewnie popuka się w głowę i pomyśli, że arbuzowych „fejków” nie ma…no jak można arbuza podrobić i po co? Okazuje się, że sprytnie Turcy cypryjscy potrafią świetnie podrabiać arbuzy (i nie tylko :P). Ktoś nie znający tematu (czyt. turyści) dają się łatwo złapać. W Turcji ten proceder został już bardzo dawno zabroniony, po dużych targach podobno chodzą specjalne „komisje” i sprawdzają: kto ma podróbkę arbuza ten dostaje mandacik i to nie mały…
Niestety w naszej „bananowej republice” nikt nie chodzi, nie sprawdza, nie daje mandatu, więc podrabianie arbuzów kwitnie w najlepsze. Zaczęło się to chyba jakoś ze 3 lata temu lub więcej i co roku jest coraz gorzej. W zeszłe lato udało nam się „upolować” prawdziwego arbuza tylko z 3-4 razy 😦 Oczywiście powinno być tak, że będąc w sklepie czy na targu można poprosić sprzedawcę o przekrojenie owocu, jednak ostatnio pojawiły się odmowy. Uczciwy sprzedawca jeśli zależy mu na kliencie ma już przekrojony owoc, którego można nawet spróbować, inny powie, że „tak mam pseudo arbuzy, bo prawdziwe będą za tyle, a tyle dni dopiero”. Takich osób jest jednak mało. Jak więc sprawdzić czy arbuz, który chcemy kupić jest tym prawdziwym, a nie podrobionym? Są na to sposoby 🙂
Arbuz podrabiany powstaje z połączenia arbuza  i..dyni – swojej kuzynki.

Takie połączenia na pierwszy rzut oka nie jest łatwe do zauważenia. Pseudo arbuz wygląda podobnie do normalnego, jest okrągły lub podłużny, mniejszy lub większy, ma skórkę zieloną z charakterystycznymi dla arbuzów jaśniejszymi paskami…Dopiero przy bliższemu przyjrzeniu się lub „wymacaniu” owocu można zobaczyć charakterystyczne dla dyni „żłobki” wędrujące wzdłuż owocu (od bieguna do bieguna). Czasami widać je na pierwszy rzut oka, czasami trzeba „zmacać”. Do tego przy uderzeniu ręką odgłos jest „dyniowaty” tzw. głuchy, pusty – podobny do tego jaki wydaje uderzona dynia. Natomiast po przekrojeniu owocu różnica jest widoczna od razu: pseudo arbuz nie jest czerwony i soczysty, jest różowy, lekko czerwonawy, ma mało soku, do tego w smaku jest mało słodki – owszem smak arbuza jest zachowany, ale to nie jest ta słodycz i miękkość jaka zawsze jest u normalnego arbuza.  Do tego pestki nie są czarne lub ciemnobrązowe lecz mają różne odcienie i posiadają czasami białawe „żyłki”. Dla porównania zdjęcia poniżej:

Arbuz prawdziwy:

                
Pseudo arbuz powstały z dyni:

                

Dlaczego zatem tak trudno znaleźć prawdziwego arbuza? Okazuje się, że prawdziwy arbuz daje mniej owoców niż ten podrabiany. Kiedy siejemy arbuza ten potrafi dać do np. 5 ton owocu, a ten zrobiony z dyni, aż np. 15 ton – jest różnica? ano jest…a co dalej…wiadomo: chodzi o pieniądze…więcej sprzeda się owocu = więcej kasy…a cena za „podrabiańca” jest taka sama jak za normalnego: ostatnio po 0.99TL lub 1 TL za kg owocu (dane z targu w Famaguście). Prawdziwe arbuzy pojawiają się też znacznie później niż podrabiane, bo od mniej więcej połowy czerwca – prawdziwy potrzebuje jednak dłuższego dojrzewania. Trzeba niestety poczekać trochę, dlatego jeśli chcecie teraz kupować tu arbuzy to się wstrzymajcie, chyba, że wam jest wszystko jedno. Nam nie jest i dlatego czekamy na te prawdziwe chociaż ślinka kapie i chce się już zjeść.
Swoją drogą ciekawe kiedy tutejsi (rząd) wpadną na pomysł tak jak to zrobiła Turcja i zakażą sprzedaży pseudo arbuzów? Śmiem wątpić, że w ogóle do tego dojdzie…Kocham arbuzy i mogłabym tylko to jeść przez całe lato, ale niestety jak tak dalej pójdzie, to prawdziwego arbuza będę jeść może 2-3 razy tylko jeśli najpierw uda się go znaleźć…Tak właśnie przedstawia się ten tutejszy arbuzowy problem…

Na koniec mini słowniczek dla kupujących:

arbuz – karpuz (tr.)
dynia – kabak (tr.)

Deflacja – Ratunek dla naszych portfeli

Autor: Jan Lewiński
Wersja PDF
Posłuchaj komentarza w wersji audio

deflacjaLipcowa deflacja na pierwszy rzut oka wydaje się nie mieć precedensu. Trzeba przyznać, że komentatorzy zręcznie podkręcają temat, opisując zjawisko jako „historyczne” i zachodzące po raz pierwszy od czasu prowadzenia przez GUS statystyk. Niektórzy usiłują odmalowywać obraz zaiste apokaliptyczny,przywołując stary keynesowski mit spirali deflacyjnej, niczym czarna dziura wysysającej całą aktywność gospodarczą wszechświata. Inni, na czele z byłym wicepremierem Janem Vincentem-Rostowskim, na szczęście tonują nieco te alarmistyczne tromtadracje.

Kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki

Na początek warto rozprawić się z papierowym tygrysem lipcowej deflacji. Eksperci przypominają, że znaczna jej część (jeśli nie całość) to rezultat statystycznej anomalii – przyrostu inflacji bazowej na skutek wprowadzenia odmiennego sposobu liczenia przez GUS cen niektórych owoców i warzyw (np. zlikwidowano podział na młode i stare ziemniaki) i wzrostu cen wywozu śmieci. Porównując więc inflację cen rok do roku w lipcu, z definicji odwołujemy się do poprzedniego roku, w którym doświadczyliśmy skoku inflacji do 1,1% z 0,2% w ujęciu rocznym. W takim kontekście drastyczna deflacja cenowa w szokującej rynki wysokości 0,2% – przyprawiająca o palpitacje co trwożliwsze duszyczki – przestaje robić wrażenie.

Za spadkiem cen kryją się też, rzecz jasna, czynniki fundamentalne – przede wszystkim dobra pogoda, dzięki której na rynku pojawiły się tańsze warzywa (spadek przeciętnego ważonego poziomu cen o 9,4%), owoce (4%), cukier (3,2%) i ryż (1,1%). Sklepy musiały też zrobić coś z towarami, które na skutek lekkiej zimy zaległy w magazynach – w posezonowych wyprzedażach obniżano najczęściej ceny obuwia (spadek o 3,6%) i odzieży (2,6%). Do tego wszystkiego doszła kwestia zawirowań gospodarczych na rynkach wschodnich, a przede wszystkim sankcji gospodarczych wobec Rosji. Nawet jeśli sankcje nie miały (jeszcze) bezpośredniego wpływu na wielkość sprzedaży, to trzeba mieć na uwadze, że przedsiębiorcy muszą planować swoje działania w warunkach niepewnej przyszłości. Widmo sankcji mogło w pewnym (oczywiście niemierzalnym) stopniu wpłynąć na spadek cen.

Być może jednak istotniejsze z punktu widzenia przedsiębiorców było pragnienie zdobycia klientów, którzy borykają się z innym, rzadko podnoszonym (i nic dziwnego) problemem. Wspomniałem już o wzroście kosztów wywozu śmieci – ale nie tylko te koszty rosną. Od wielu lat nie jest rewaloryzowana kwota wolna od podatku, co przy nominalnie (ale już niekoniecznie w kategoriach realnych[1]) rosnących płacach coraz mocniej ciąży na najuboższych (w grupie 20% osób o najniższych dochodach żywność pochłaniała jeszcze w 2013 roku 55,8% całej kwoty ich wydatków). Nie dziwi, że – zgodnie ze statystykami GUS – od dłuższego już czasu co roku znacząco spada konsumpcja najbardziej podstawowych artykułów żywnościowych. Weźmy choćby najświeższe dostępne dane[2]:

W 2013 r. najbardziej spadło spożycie ryb (o 19,0%), serów (o 12,6%), wędlin i przetworów mięsnych (o 11,6%) oraz tłuszczów zwierzęcych (o 10,5%). Zmniejszyło się również spożycie owoców (o 0,6%), dla których w roku poprzednim zanotowano największy wzrost.

W 2013 r. wzrosło jedynie spożycie makaronu i produktów makaronowych (o 2,8%), a spożycie masła pozostało na tym samym poziomie.

Ze względu na skalę problemu warto chyba dodatkowo podkreślić, że spadek spożycia w ciągu zaledwie roku o prawie 20% jest – trudno to ująć inaczej – dramatyczny. Dla porównania – w 2011 roku konsumpcja cukru spadła o 9,2%, jabłek o 12%, a ryb o 4,4%. Jednocześnie do tego stopnia rosną nominalne wydatki konsumpcyjne w najbiedniejszych gospodarstwach domowych, że przeciętnie wydatki przerastają ich dochody rozporządzalne (muszą więc być zasilane długiem lub działaniem w szarej strefie). Patrząc z tej perspektywy dobrym lekiem na deflacyjne lęki (apopliforizmosfobię) byłaby po prostu obniżka obciążeń podatkowych i uproszczenie regulacji dławiących aktywność przedsiębiorców.

Czym jest deflacja?

(Ewentualna) efemeryczność tego konkretnego przypadku statystycznego nie oznacza, że warto pochopnie zamykać temat. Deflacja stała się zjawiskiem tak niesłychanie zohydzonym w przekazie medialnym i w ekonomii głównego nurtu, że mimo wszystko warto poważnie się nad nim zastanowić.

Aby to zrobić, na początek zdefiniuję deflację (oraz inflację). Ekonomiści jeszcze w pierwszej połowie XX wieku zjawiska te rozumieli jako spadek (wzrost) podaży pieniądza w obiegu gospodarczym[3] – jako że kiedyś mieliśmy do czynienia z pieniądzem kruszcowym, to taka definicja była z pragmatycznego punktu widzenia najbardziej precyzyjna i jednoznaczna (dalej w tekście będę nazywać ją deflacją(inflacją) podaży pieniądza). Dzięki niej dało się opisywać zjawiska monetarne jasno i prosto, prędko docierając do sedna takich fenomenów jak choćby psucie pieniądza[4].

Jednakże wkrótce po Wielkim Kryzysie, czyli pożarze, który tak szczodrze polewał benzyną etatyzmu prezydent USA Herbert Hoover, a później jego następca Franklin Delano Roosevelt[5], nastąpił adwent kościoła Keynesa[6]. Zgodnie ze stanowiskiem adherentów „największego ekonomisty XX wieku” (i nie tylko ich), deflacja (inflacja) oznaczać powinna spadek (wzrost) średnich ważonych cen pewnego koszyka dóbr konsumpcyjnych (na potrzeby tego artykułu będziemy używać nazwy deflacja (inflacja) cenowa).

Wprawdzie definicja deflacji (inflacji) cenowej brzmi skomplikowanie, jednak „pocieszmy” się, że w tym przypadku pozory nie mylą. Bazę monetarną wcześniej można było dosłownie wziąć do ręki i obiektywnie wskazać, zmierzyć oraz policzyć, otrzymując wskaźnik deflacji (inflacji) podaży pieniądza. Ten wskaźnik zastąpiono liczbą wyrażającą pewną abstrakcyjną właściwość matematyczną (średnią ważoną) zbioru innych liczb – cen niektórych dóbr konsumpcyjnych notowanych przez ankieterów urzędów statystycznych w wybranych „reprezentatywnych statystycznie” sklepach. O deflacji bądź inflacji zadecydować może sam sposób kategoryzacji tych dóbr. Podobny skutek będzie miała zmiana metodologii przyporządkowania wag dobrom, których ceny uśredniamy.

Deflacja (inflacja) cenowa z punktu widzenia ekonomicznego jest wskaźnikiem niezwykle zwodniczym, gdyż na ruchy cen wpływa wiele elementów (można wręcz powiedzieć, że są to wszystkie poszczególne wybory wszystkich z osobna uczestników rynku). Zmiana cen mówi o świecie gospodarczym tyle, że coś (zwykle nie wiemy co) na te ceny wpłynęło. Jeszcze mniej mówi średnia – ich spłaszczona do pojedynczej liczby ilustracja[7].

Co więcej, od lat nawet w głównym nurcie wiadomo, że wskaźnik cen konsumenckich (CPI) dotknięty jest – eufemistycznie mówiąc – pewnymi defektami. Nie mierzy – najważniejszych z punktu widzenia przedsiębiorców – relacji pomiędzy cenami. Da się go też „oślepić”, pozostawiając na metce starą cenę i obniżając jakość produktu. Dzięki temu przedsiębiorcy mogą obronić – przynajmniej krótkookresowo – część zysków, kryjąc się przed rosnącymi kosztami działania w warunkach inflacji podaży pieniądza wywołującej presję na wzrost cen. Instrumentarium antyinflacyjne jest zresztą dość bogate i od lat na własne oczy przekonujemy się, jak działa w sklepach. Poza stopniową utratą jakości, obserwujemy też powolne zmniejszanie się wagi towarów bez zmiany wielkości opakowańczy kładzenie w marketingu nacisku na formę sprzedaży, elitarność oraz luksusowość dobra (reklama może, ale nie musi tu iść w parze z faktami).

Słabe argumenty przeciw deflacji

Wady metodologiczne inflacji cenowej to nie wszystko. Pozostał jeszcze sam deflacyjny chochoł. Większość antydeflacyjnej mitologii rozbroić jednak nad podziw łatwo (i zostało to już zrobione gdzie indziej).

Naiwni zwolennicy keynesowskiej ideologii twierdzą, że utrzymująca się deflacja cenowa wywołuje tak zwaną spiralę deflacyjną. Źródłem tego przekonania jest nadmierna wiara w schematy neoklasycznego modelu gospodarki. Najprostsza interpretacja wygląda tak, że długotrwały spadek cen sprawia, że konsumenci zaczynają powstrzymywać się przed zakupami, oczekując ich dalszego spadku. Przedsiębiorcy widzą, że klienci nie chcą kupować ich produktów, więc obniżają ceny. To tylko pogłębia deflację, jeszcze silniej zachęcając klientów do powstrzymywania zakupów. Zarazem obniżony popyt na dobra konsumpcyjne zmusza przedsiębiorców do zamykania fabryk, zwalniania pracowników i obniżek pensji. Mniejszy portfel gotówkowy konsumentów nie pozwala im na dalsze zakupy, znów obniżając ceny w sklepach. Tak oto redukcja agregatowego popytu pociąga skurczenie się agregatu podaży, a co za tym idzie płac. To doprowadza do redukcji agregatowego popytu, który… itd. Niby jest w tym rozumowaniu jakaś logika, ale po chwili zastanowienia zaczynają się rodzić uzasadnione pytania i wątpliwości.

Po pierwsze, jak to się dzieje, że konsumenci przewidują spadek cen, ale nie potrafią przewidzieć spadku płac, który zmniejsza przewagę odkładania konsumpcji nad jej szybką realizacją?

Po drugie, dlaczego keynesiści nigdy nie obawiają się symetrycznego problemu spirali inflacyjnej? Przecież w jej przypadku konsumenci zapewne tak zwiększą agregatowy popyt, chcąc kupić wszystkie dobra, zanim ich cena wzrośnie, że wnet ich gotówka przyniesie niebotyczne zyski producentom, skorym teraz płacić pracownikom tak dużo, iż po chwili inflacja będzie nie do opanowania, eksplodując supernową hiperinflacji! Keynesiści najwyraźniej powinni zażarcie sprzeciwiać się jakimkolwiek równowagowym modelom gospodarczym. Jest wszak „jasnym”, że każda gospodarka pieniężna jest immanentnie niestabilna, eskalując nieuchronnie wprost ku paszczy cenowego szaleństwa.

Po trzecie, model spirali deflacyjnej ignoruje jakiekolwiek rozważania na temat fundamentalnych źródeł wzrostu cen:

  • spadku cen wywołanego przez wzrost produktywności (zwiększający siłę nabywczą pieniądza),
  • spadku cen spowodowanego budowaniem zasobów gotówkowych przez uczestników gospodarki (przewidujących potrzebę zabezpieczenia się przed mającymi nadejść kłopotami gospodarczymi albo antycypujących przyszły wzrost podaży, który zrównoważą swoim popytem),
  • spadku cen wywołanego przez skurczenie się wcześniej wykreowanego ex nihilo kredytu bankowego (spowodowane przez runy na banki bądź wycofanie akcji kredytowej przez sam system bankowy) czy wreszcie
  • spadku cen wywołanego wywłaszczeniem przez rząd posiadaczy (najczęściej w ramach środków na depozytach bankowych) pieniądza.

W każdym z tych przypadków dochodzi do innego rodzaju procesów gospodarczych, prowadzących gospodarkę w nieco innym kierunku.

Po czwarte, od kiedy to uczestnicy gospodarki powstrzymują się od konsumpcji tylko dlatego, że w skali roku cena kupowanego przez nich towaru spadnie o ułamek procenta? Nawet jeśli tak uczynią, to jak wielka jest skala tego wstrzymywania się przed konsumpcją? Czy rzeczywiście kilku marginalnych klientów jest w stanie zniszczyć rynek? Czy deflacja kiedykolwiek w historii doprowadziła do podobnego zjawiska? Odpowiedź jest jasna: nie[8].

Po piąte, zyski przedsiębiorstw wynikają nie z nieustannego wzrostu cen, lecz z różnic pomiędzy cenami czynników produkcji a cenami sprzedaży dóbr finalnych. W warunkach spadających cen konsumpcyjnych przedsiębiorcy w procesie imputacji cenowej doprowadzają do obniżenia wyceny pierwotnych czynników produkcji – dlatego też spadek cen sam z siebie nie musi być dla nich szkodliwy[9].

Wśród argumentów przeciw deflacji wymienia się też wiele innych, zwykle stanowiących jakieś rozszerzenie analizy problemu spirali deflacyjnej. Przykładowo, deflacja uniemożliwiać ma bankom centralnym prowadzenie polityki monetarnej (ze względu na rzekomąniemożność wprowadzenia ujemnych stóp procentowych), utrudniając również spłatę wierzytelności dłużnikom (to prawda, że stracą osoby zadłużone; gospodarka jednak składa się również z wierzycieli i posiadaczy oszczędności, którzy zyskają – dlatego gospodarka „ogólnie”, jako pole aktywności jednych i drugich, nie straci), w tym skarbowi państwa oferującemu obligacje. Te twierdzenia były już obalane, dlatego ze względu na inflację podaży akapitów w niniejszym artykule odeślę Czytelników do źródeł: tu, tu, tu i tu.

Skoro deflacja nie jest tak straszna, jak ją malują, to dlaczego główny nurt polityczny (i ekonomiczny) poświęca jej aż tyle uwagi?

Ekonomia w służbie polityki

Jako mniej istotny powód możemy wymienić towarzyszący radykalnemu zerwaniu z polityką twardego pieniądza zwrot w retoryce nadwornych ekonomistów. Przeskoczywszy na inne pozycje, musieli po orwellowsku zmienić i język – dzięki odpowiedniej przemianie narracji odwrócili uwagę opinii publicznej od dokonującej się wskutek inflacji podaży pieniądza konfiskaty ich mienia.

Dla ekonomistów specjalizujących się w badaniach statystycznych miało to też znaczenie praktyczne: mierzenie bazy monetarnej stało się trudniejsze (a z pewnością przestało być wiarygodne), gdy rządy – na długo przed odejściem w Bretton Woods od „czystego” standardu złota – poczęły rezolutnie fałszować podaż papierowego pieniądza, aby z kieszeni podatników sfinansować wysiłek militarny wojen światowych. Dzięki ich wytężonej pracy pieniądz stał się pojęciem tak bardzo oddalonym od towarowego konkretu, że w ogóle trudno w jego przypadku o jednoznaczną definicję podaży.

Ale jest motyw ważniejszy. W XX wieku uzależnienie istnienia państwa od możliwości cichego zagarniania własności przez kreację pieniądza stało się kompletne. Nie da się jednak uciec od ekonomicznych konsekwencji inflacjonistycznej polityki pieniężnej, na czele z inflacją cenową. Urzędnicy państwa nie są ludźmi pozbawionymi wyobraźni – wielu z nich to doskonali pragmatycy, zdający sobie sprawę z tego, że położenie łap na zbyt wielkim kawałku tortu zniszczy ich najistotniejszy atrybut, jakim jest mimikra. Rozumny złodziej wie, że najlepiej dlań działać w cieniu. Jeśli politycy doprowadzą do hiperinflacji, zaszkodzą sobie nie tylko bezpośrednio (nie mogąc czerpać pełnymi garściami z kurczącej się siły nabywczej pieniędzy w ich portfelach), ale też pośrednio (sprzeciw opinii publicznej może w rzadkich i zazwyczaj sterowanych przez politycznych konkurentów przypadkach doprowadzić do utraty władzy i wpływów). Wyborca – „przeciętny Kowalski” – powinien przecież żyć w błogiej nieświadomości myszkowania cudzych rąk po jego portfelu.

Ekonomiści musieli zająć się leczeniem objawowym, aby ukryć pasożytniczy tryb życia swoich mocodawców. Druk pieniądza i pobudzanie akcji kredytowej via system bankowy – czyli przyczyna choroby – z ich punktu zaczepienia koniecznie musiały przetrwać, ale jej widoczne i kłopotliwe skutki zewnętrzne miały zostać zamiecione pod dywan. To między innymi dlatego wielu ekonomistów skupiło się przede wszystkim na kwestii kontroli przeciętnego poziomu cen konsumpcyjnych, i to ta wielkość zaczęła służyć za wyznacznik „właściwej” polityki stóp procentowych czy w ogóle pieniężnej. Dlatego celem stała się względnie niska, kilkuprocentowa inflacja cen konsumpcyjnych, a nie zabezpieczenie siły nabywczej społeczeństwa przed zakusami polityków.

Gdyby było inaczej, a ekonomistom zafiksowanym na inflacji cenowej naprawdę zależało na gospodarce i przy tym rzeczywiście uznawali, że ceny są aż tak ważnym kryterium dobrej polityki gospodarczej[10], to martwiliby się zmianami zachodzącymi pomiędzy cenami w najrozmaitszych ważkich sektorach gospodarki. Zamiast tak obsesyjnie zajmować się CPI, czyli średnią internalizującą przeciwstawne ruchy różnych cen i ignorującą sytuację poszczególnych rynków, roztrząsaliby np. kwestię obecnej w Polsce od ponad półtorej roku deflacji PPI lub mieliby baczenie na inne, mniej ogólne, indykatory cenowe.

Dlatego zamiast pacjenta raz na zawsze wyleczyć z przyczyny choroby, czyli z mieszania się rządu w kwestie pieniężne, i zająć się drobniejszymi dolegliwościami ekonomicznymi, to w chwale bohaterów ratujących gospodarkę przed kolejnymi nadchodzącymi po sobie kryzysami (recesja, kryzys, hiperinflacja, deflacja), ekonomiści poczęli dyrygować gospodarkami i frenetycznie przerzucać cudze mienie z konta na konto.

Podsumowanie

Niestety, na rozdmuchiwaniu problemu deflacji zarabiają ludzie znajdujący się najbliżej łańcucha pokarmowego państwa, tuż przy jego politykach i urzędnikach. Ofiarą deflacyjnych lęków padają podatnicy, którzy będą musieli finansować skup żywności przez Agencję Rynku Rolnego (ostatnio odbywa się to w propagandowej otoczce „charytatywnej” działalności banków żywności). Podatnicy nie wesprą więc swoimi dobrowolnie wydanymi pieniędzmi tych przedsiębiorców, którzy mogliby wykazać się większym wyczuciem rynku i jego potrzeb, sprawniej znajdując alternatywne kanały dystrybucji, nowe rynki lub metody wykorzystania tych dóbr. Zamiast tego będą przymusowo dotować to, co w spolitycyzowanej gospodarce najgorsze, premiując najgłośniej narzekające nieporadne firmy, grupy wpływu politycznego oraz cwaniaczków z szerokimi plecami.

 

[1] Przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na osobę mierzony rok do roku i skorygowany o inflację cenową wzrósł w 2013 roku zaledwie o 0,7%.

[2] Krystyna Siwiak (kierownik zespołu), Sytuacja gospodarstw domowych w 2013 r. w świetle wyników badania budżetów gospodarstw domowych, Wydział Badania Gospodarstw Domowych ZUS, Warszawa 2014, s. 14.

[3] Joseph T. Salerno, „An Austrian Taxonomy of Deflation – with Applications to the U.S.”, The Quarterly Journal of Austrian Economics, Vol. 6, No. 4 (Winter 2003): 81-109, s. 82-83.

[4] Jan Lewiński, „Deflacja a polityka”, [w:] Mateusz Machaj (red.), Pod prąd głównego nurtu ekonomii, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2010, s 161-190.

[5] Murray N. Rothbard, Wielki Kryzys w Ameryce, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2010, s. 134 i nn.

[6] Bez specjalnej złośliwości powiedzieć można, że Keynes przyszedł niejako na gotowe. Najpierw bowiem – jeszcze w 1929 roku – stosowano już w praktyce „keynesowskie” rozwiązania gospodarcze (przede wszystkim naciskano na przedsiębiorców, aby podnieśli płace, co miało się przełożyć na wzrost popytu katalizującego w założeniach ożywienie gospodarcze), a dopiero potem – w 1936 roku – Keynes wydał Ogólną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza.

[7] Wskaźnik inflacji przeciętnego poziomu cen ma pewne ograniczone zastosowania. Może być choćby istotną wskazówką informującą o inflacji podaży pieniądza – ale tylko o ile ta znalazła ujście w portfelach nabywców, zmieniając na rynku wiele cen jednocześnie. Nowe pieniądze mogą wpłynąć choćby do sektora bankowego, który je z różnych względów postanowi zatrzymać w swoich skarbcach i powstrzyma się od wzmożenia akcji kredytowej. Poziom cen w takiej sytuacji może pozostać stabilny. Podobnie stanie się, gdy wzrost gospodarczy wywoła wzrost siły nabywczej pieniądza, równoważąc wzrost inflacji podaży pieniądza. (Innymi słowy dzięki wzrostowi produktywności wzrośnie liczba towarów dostępnych za te same co dawniej pieniądze.)

[8] Ze względu na objętość niniejszego artykułu pomijam tu celowo przywoływany czasem przykład deflacji, która nastąpiła w czasie Wielkiego Kryzysu w Ameryce. Został on dostatecznie dobrze opisany we wspominanej wyżej książce Wielki Kryzys w Ameryce. Tu wystarczy powiedzieć, że kłopot został wywołany nie przez zjawiska deflacyjne, lecz przez nakręcaną wcześniej inflacją podaży pieniądza bańkę giełdową, której pęknięcie doprowadziło do zapaści cen akcji. Deflacja była w tym przypadku niezbędna do oczyszczenia się rynku z nadmiaru pieniądza i do powrotu właściwych relacji cenowych. To właśnie walka z deflacją, z „rozmachem” prowadzona przez kolejnych prezydentów USA, przedłużyła i zaogniła kryzys.

[9] Jeśli mogą doprowadzić do spadku cen pierwotnych czynników produkcji. Może się też zdarzyć, że w przypadku ich konkretnej działalności koszty nie spadają, podczas gdy spada zapotrzebowanie ludności na ich usługi. Tak stało się niegdyś choćby w przypadku przemysłu dziewiarskiego, gdy nowe maszyny wypierały mniej produktywną pracę ludzką, umożliwiając klientom zakup tańszych ubrań i kierując pracę dziewiarek na nowe tory, redukując koszty w innych sektorach. Podobny los spotkał karoce, zastąpione przez umożliwiające szybszą, wygodniejszą i ostatecznie tańszą podróż samochody, „demokratyzując” transport osobowy.

[10] Zdaniem spadkobierców tradycji austriackiej szkoły ekonomii nie istnieje coś takiego jak „słuszny” poziom cen (nie tylko przeciętnie czy sektorowo, ale też w przypadkach konkretnych towarów) poza tym, jaki zostanie ustalony przez uczestników rynku w procesie intersubiektywnej wyceny w dokonywanej przez nich wymianie.

 

źródło: http://mises.pl/blog/2014/09/05/lewinski-deflacja-%C2%AD-problem-ktorego/