Archiwum kategorii: Sport

Justyna Kowalczyk: Moja Białoruś

Materiał z gazety internetowej sport.pl czyli korporacja medialna AGORA, pewnie umieścili pochlebny dla Białorusi materiał nie z powodów prorosyjskich jak nie którzy sądzą, ale po prostu że mało kto czyta dłuższe wypowiedzi sportowców. Dlatego tym bardziej milo przeczytać taki artykuł.

Do Terespola dojechaliśmy o trzeciej nad ranem. Na granicy kolejek nie było. Bus zapakowany po sam sufit, troje ludzi i jeden pies. Z podróży niewiele pamiętam, bo umęczona spałam jak zabita: jeszcze rankiem przebiegłam po niższych partiach Tatr dystans równy maratonowi. Cała papierologia na granicy, czyli wypełnianie deklaracji, podbijanie pozwoleń, sprawdzanie papierów zwierzaka, zajęła około dwóch godzin. Dobry czas. Zdarzało się, że staliśmy sześć – pisze Justyna Kolawczyk.

Świat za Bugiem nie jest mi ani obcy, ani straszny. Polubiłam go od pierwszego odwiedzenia. Pierwszy raz, czyli 16 lat temu, jechaliśmy całą, wtedy jeszcze 12-osobową, kadrą pociągiem z Warszawy do Mińska. Ależ to była przygoda! Taszczyliśmy każdy swoją torbę po wielkim wagzale. Torba narciarza biegacza nie może być ani mała, ani lekka, bo i buty do klasyka oraz do łyżwy, i crossówki, i te na siłownię, i te do niesportowej części dnia. I po kilka zmian odzieży letniej i jesiennej. Książki, bo każde z nas się jeszcze uczyło. Torba bez kółek oczywiście, nikogo nie było stać na takie luksusy. Każdy miał jeszcze po dwie pary nartorolek i kilka par kijków. Ciężko to było ogarnąć. Trener przed wyjazdem przestrzegał, byśmy zabrali ze sobą zapas papieru toaletowego i czegoś do jedzenia. Ja miałam poupychane kaszki dla niemowląt. Były na czasie, bo kilka miesięcy wcześniej zostałam po raz pierwszy ciocią. Na miejscu okazało się, że jedzenia jest tyle, że kaszki wróciły do kraju w postaci ciut zaokrąglonych bioder, a papier pozostał w szafie.

Ciężko mi czasem uwierzyć w rzeczy, które słyszę na temat Białorusi u nas w kraju. Wielokrotnie tu byłam i widziałam, jak kraj się zmienia. Pamiętam jeszcze sklepy wiejskie, w których na półkach nie było prawie nic. Pamiętam rynek, czyli wielkie zadaszone targowisko, w którym obok mięsa sprzedawano żywe kury. Pamiętam, jak budował się pierwszy hipermarket. Dzisiejsza Białoruś to unikalne połączenie przeszłości z czasów komunistycznych z zachodnim kapitalizmem. Paradoksy gonią paradoksy, ale ludzie lubią swój kraj i dobrze im się w nim żyje. Pewnie część z was pomyśli, że tak działa propaganda. Nie do końca. Moi znajomi Białorusini są sportowcami. Jak ja ciągle wyjeżdżają to do Skandynawii, to do krajów alpejskich, to do Ameryki. Złego słowa na temat ojczyzny od nich nie usłyszycie. Oczywiście, że nie jest na Białorusi jak na Zachodzie, ale wielu za tym Zachodem tak bardzo nie tęskni. Co mnie w tym kraju najbardziej ujmuje? Porządek i jedzenie. Nie ma walających się śmieci. Mińsk wygląda, jakby dwa razy dziennie ktoś go odkurzał. Żule nie pałętają się po ulicach. Jest bezpiecznie. Nie ma slumsów. Nawet najbiedniejsze miejsca wyglądają w miarę schludnie. No i żywność. Czarny chleb, który pozostaje świeży przez prawie tydzień. Prawdziwe drożdżówki na cieście drożdżowym. Kurczak na talerzu bez tony antybiotyków. Miód prosto z pasieki. Łyżka tłustej, zdrowej śmietany dokładana prawie do każdego posiłku. Szynka, która jest szynką, a nie wyrobem chemicznym. To, co białoruskie, to w większości przypadków produkt naturalny i smaczny. Pewnie dlatego nie ma problemów z otyłością wśród młodzieży. Dla dzieciaków wciąż najfajniejszą rozrywką jest ganianie po lasach. Sportowcy są dla nich idolami. Bo sportowiec to ktoś taki, kto bardzo ciężko pracuje i reprezentuje ojczyznę na arenie międzynarodowej.

A żeby dobrze reprezentował, to musi mieć gdzie pracować.

Centrum przygotowań olimpijskich dla zimowych dyscyplin sportu w Raubiczach to jedna z wielkich baz, stworzona jeszcze za czasów ZSSR. Białorusini nie zniszczyli prezentu, który otrzymali po rozpadzie Związku Radzieckiego, a wręcz przeciwnie – raz na kilka lat gruntownie go remontują i unowocześniają obiekty. To, co zrobili przez ostatnie pięć lat, przeszło jednak wszelkie oczekiwania. Stworzyli nartorolkową autostradę! Trasa ma 6,5 km długości i 6 m szerokości. Bardzo ciężkie podbiegi przeplatane są szybkimi, ale bezpiecznymi, bo dobrze wyprofilowanymi, zjazdami. To najlepsza trasa, na jakiej kiedykolwiek trenowałam. Co 30 metrów ustawione są wielkie słupy z reflektorami. Zawody można rozgrywać nawet o północy. Są też trzy strzelnice biatlonowe, w tym jedna w hali. Kosztowało to około 70 mln dol. Ponadto z wcześniejszych lat pozostały: całoroczne kryte hokejowe lodowisko, stoki dla narciarskich akrobatów, hala i siłownia. Rolkostrada w Raubiczach wytrenowała Białorusinom wielu multimedalistów mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich w biatlonie, wśród nich trzykrotną złotą medalistkę z IO w Soczi Darię Domraczewą.

W politykowanie się nie bawię, bo się na polityce ani trochę nie znam. Pięć sprzątaczek na jednym piętrze hotelowym przyjęłam już dawno za normę. Jeśli tubylcy tak żyją, to ich sprawa, ja tu jestem tylko gościem. A tubylcy mówią, że żyją skromnie, ale są szczęśliwi. Ci, którzy odwiedzili Polskę, dziwią się, dlaczego u nas płaci się za to, by po górach pochodzić, dlaczego na plaży ludzie się tak dziwnie odgradzają i dlaczego często słychać tylko narzekanie. Ci, którzy nie byli, współczują nam, że w tym całym kapitalizmie dzieci w Polsce głodują. Tak w telewizji słyszeli. Propaganda, jak widać, działa w obie strony.

Justyna Kowalczyk

http://ekstra.sport.pl/ekstra/1,147051,18811378,justyna-kowalczyk-moja-bialorus.html