Archiwa tagu: historia

Likwidacja gimnazjów to konieczność

Zgadzam się całkowicie z autorem i dodam jeszcze to że marsze i protesty nauczycieli, to protesty przeciwko ochronie swoich miejsc pracy. Miejsc pracy ponieważ część nauczycieli straci pracę, bo nie będzie ich za dużo. Nikt z nich, albo prawie nikt nie myśli o tym że to dla nich szansa, szansa na stworzenie konkurencji dla szkół publicznych, mając doświadczenie w oświacie mogą tworzyć szkoły prywatne – nawet gimnazja ( promocje będą wg licznika szkoły podstawowej, a wewnętrzna numeracja wg pomysłu szkoły). Wolny rynek powinien pokazać że czy jest miejsce w oświacie dla takich nauczycieli czy powinni się przekwalifikować.

Zapraszam do czytania.

n_2129_1.jpg

Zaproszenie na protest 27 maja 2008 roku, ZNP protest zawsze i wszędzie.

Przedruk ze strony: http://kontrowersje.net/nauczyciele_kod_ostatecznie_przekonali_e_likwidacja_gimnazj_w_to_konieczno

Ciekawe czy ktoś policzył wszystkie marsze i protesty ORMO II, które dla niepoznaki przechrzciło się na Komitet Obrony Demokracji. Ciekawi mnie to z jednego powodu, a mianowicie chciałbym wiedzieć ile cystern pary poszło w gwizdek. Żadna z tych planowanych prowokacji, udających autentyczny bunt społeczny nie wywarła na mnie najmniejszego wrażenia i nie przekonała, że coś się z tego może narodzić. Dziś po raz pierwszy się przestraszyłem i zasmuciłem jednocześnie, gdy na ulicę wyszedł KOD nauczycielski. Przerażenie i smutek głównie wzięły się stąd, że kilkoro demonstrantów zostało zaczepionych przez reporterów i udzieliło odpowiedzi na żywo.

Nie były to opinie oszlifowane do wieczornych wydań, ale tak zwane setki, czyli co się powiedziało, to już się „nieodpowie”. Na pytanie, dlaczego Pani/Pan protestują, klasyczne ciała pedagogiczne, emocjonalnie, na poziomie klas wczesnoszkolnych, kaleczyły zdania tak nieludzko, że nie przypominało to języka polskiego. Pragnę uspokoić wszystkie nauczycielki i nauczycieli, że nie jest to ocena zawodu i środowiska, ale tej części, która wyległa na ulicę. Naprawdę słabo się człowiekowi robi, gdy pomyśli, że tacy ludzie odpowiadają za edukację naszych dzieci. Przeszedłem przez trzy poziomy szkolnictwa, starą podstawówkę, stare liceum ogólnokształcące i niestety nowe studia, które uważam za żadne osiągnięcie. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć że jakieś 70% nauczycieli, to byli święci ludzie. Potrafili z nami wytrzymać i pomimo niesamowitego oporu materii, włożyć nam do głów przynajmniej tyle wiedzy, żebyśmy się nie kompromitowali, jak nauczyciele na marszach ZNP i KOD.

pHyktkqTURBXy9jOTNmZDUyNjg2ZTQwODE0YjgyZDUzNDI3ZTk5ODg5Mi5qcGVnkZMCzQNSAA.jpg

ZNP 2016, 18 lat, a protesty ciągle takie same

Do zawodu nauczyciela mam najwyższy szacunek, jest to naprawdę ciężki kawałek chleba i te wszystkie głupie opinie, że nauczyciel to 4 godziny pracuje i ma 3 miesiące urlopu, są wypowiadane przez ludzi nie mających pojęcia, co to za orka. Obserwuję to każdego dnia, bo mam w najbliższej i dalszej rodzinie nauczycielki i powiem, że za żadne skarby bym się nie zamienił, wolałbym w cementowani taczkami zawracać. Tym smutniej się na sercu robi, że cześć z tych ciężko pracujących ludzi, również fizycznie, o czym mało kto wie, wystawiła tak nędzne świadectwo całemu środowisku. Piszę o całym środowisku, ponieważ we wszystkich serwisach mówi się o „protestach nauczycieli”, co jest oczywiście totalną bzdurą, ale z powodu wygłupów mniejszości, normalna większość musi się tłumaczyć. Protesty przeciw likwidacji gimnazjum w wykonaniu KOD nauczycieli to z całą pewnością jeden z ważniejszych argumentów za przeprowadzeniem reformy.

Z mojej wiedzy wynika, że nauczyciele nie tylko in gremio nie są przeciwnikami likwidacji gimnazjum, ale głośno lub po cichu czekają na ten dzień z utęsknieniem. Nie ma w tym oczekiwaniu na zmianę żadnych motywacji i preferencji politycznych, jedynie lata fatalnych doświadczeń. Głównym argumentem, powtarzającym się wśród myślących nauczycieli, jest szkoła-patologia. Zgromadzić w jednym miejscu burzę hormonów, ze wszystkimi jej zachciankami i pierwszymi doświadczeniami, o których nie mówi się rodzicom, to pomysł czysto szatański. Zupełnym przeciwieństwem jest naturalna ciągłość edukacyjna i środowiskowa, którą daje podstawówka. Osiem lat w jedne szkole to wystarczająco długa perspektywa, aby pochylić się nad własnym rozwojem, nie zapominając o punkcie wyjścia. Ósmoklasista widząc pierwszoklasistę, może sobie uzmysłowić albo chociaż skojarzyć, że w życiu wszystko ma swój czas i swojej miejsce.

30df4703f457cbebf473925c0167f01e.jpg

Nie ma lepszego sposobu na edukację i socjalizację, niż sztafeta pokoleń. Gimnazjum to dżungla najgłupszych rywalizacji, kto przyjdzie w droższych ciuchach, kto więcej wypił, kto się z kim przespał. W podstawówce starsi nie rywalizują z młodszymi, ale podniosą z posadzki, gdy się zaryje „jedynkami”, uśmiechną się na wspomnienie tornistrów i nożyczek do papieru. Po prostu dzieci poruszają się w zupełnie innym i naturalnym dla dzieci środowisku, bo podstawówka to większe i mniejsze dzieci, w przeciwieństwie do gimnazjum, gdzie sami „dorośli”. Nauczyciele KOD, protestujący w tak głupi i żenujący sposób zachowują się jak gimnazjaliści w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Nie widziałem w tym smutnym i przerażającym marszu, cienia racjonalności i troski, jedynie zwyczajną gimnazjalną burzę hormonów. Forma i treść jaką popisali się nauczyciele KOD, daleko wychodzą poza polityczne wygłupy i w sposób bolesny pokazują jak ważna jest edukacja. Mam ten komfort, że oceniając pomysły na reformy edukacji, jak również ich pomysłodawców, nigdy nie kierowałem się politycznymi sympatiami. Do PiS ciągle zgłaszam olbrzymie pretensje za likwidację szkoły dla sześciolatków. Była to szkodliwa decyzja, podjęta w absurdalnie histerycznych warunkach. Zawsze można i trzeba protestować przeciw złym rozwiązaniom, ale szczególnie nauczyciele powinni to robić tak, jak szkoła uczy, czego dziś na ulicach Warszawy nie było ani widać i ani słychać.

 

 

Jedwabne – morderstwo Niemców na Żydach – wywiad z naocznym świadkiem

Relacja kobiety Hiernonimy Wilczewskiej która obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych, a która widziała na własne oczy to co wydarzyło się w Jedwabnem, co jest niezbitym dowodem  razem z pozostałymi takimi wywiadami gdzie mowa jest o morderstwie Niemców, gestapowców na żydach z Jedwabne. Relacja jest szczegółowa.

 

A co na to historycy?

Grupa przetrzymywanych na rynku żydowskich mężczyzn (około 40–50 osób, w tym rabin) została zmuszona do rozbicia pomnika Lenina, który stał na skwerku przy rynku od czasu zajęcia miasta przez wojska radzieckie. Około południa grupa polskich mieszkańców Jedwabnego zmusiła tych mężczyzn do zaniesienia połamanego pomnika pod stodołę, znajdującą się za miastem. Tam mężczyźni ci zostali przez prowadzących ich Polaków zabici, a ich ciała razem z połamanym pomnikiem wrzucono do wykopanego wcześniej dołu.

Po południu kolejna grupa jedwabieńskich Żydów, w liczbie około 300 osób, została również wyprowadzona z rynku. W grupie tej znajdowały się osoby różnej płci i wieku, mężczyźni, kobiety i dzieci. Ludzi tych polscy mieszkańcy Jedwabnego wprowadzili do drewnianej, krytej strzechą stodoły znajdującej się za miastem, a następnie stodołę zamknęli, oblali naftą i podpalili. Pojawiały się pojedyncze relacje, że zdarzenie to dokumentowali fotograficznie Niemcy, jednak zdjęć takich nie odnaleziono. Śledztwo IPN dowiodło, że zabójstwo to zostało zaplanowane i dokonane przez polskich cywilnych mieszkańców Jedwabnego i okolicznych miejscowości, w liczbie około 40 mężczyzn uzbrojonych w kije, orczyki i inne narzędzia. Zbrodni dokonano z niemieckiej inspiracji – niemieccy żandarmi i funkcjonariusze SD znajdowali się tego dnia w mieście i swoją obecnością przyzwalali na dokonanie morderstwa.

Po dokonaniu zbrodni sprawcy i inne osoby zrabowały dobytek zamordowanych. Pozostała część mieszkańców Jedwabnego zachowała się biernie w czasie morderstwa i rabunków. Śledztwo IPN nie ustaliło, czy bierność ta wynikała z zastraszenia przez sprawców zbrodni, czy z przyzwolenia na nią.

https://www.wikiwand.com/pl/Pogrom_w_Jedwabnem

Prawda, że są to dwie różne relacje? Nie ma mowy o żadnych Polakach, a jedynie o Niemcach w czarnych mundurach gestapo.  Tomasz Gross, żyd z Gdańska jawnie wmawia opinii publicznej i „zmusza” historyków do uważania to zrobili Polacy, jakby to on tam był.

Pytanie dlaczego stary pomnik został zlikwidowany, a zamiast niego postawiony inny który ma bardziej neutralny opis.

Stary pomnik w Jedwabnem – Miejsce kaźni ludności żydowskiej. Gestapo i żandarmeria hitlerowska spaliła 1600 osób, 10 lipca 1941 rok.

 

Neutralne, oraz co gorsza wmawianie wszystkim że żydzi byli jak napisano na pomniku WSPÓŁGOSPODARZAMI TEJ ZIEMI! Należy pamiętać i wiedzieć, że ŻYDZI NIGDY nie byli współgospodarzami, oni są WIECZNYMI GOŚĆMI na TEJ ZIEMI!

A-438_Mogiła-pomnik,_na_cmentarzu_żydowskim,_1941_Jedwabne_B&W.jpg

Nowy pomnik – Pamięci żydów z Jedwabnem i okolic. Mężczyzn, kobiet, dzieci współgospodarzy tej ziemi. Zamordowanych, żywcem spalonych w tym miejscu 10 lipca 1941 roku.

 

Poniżej jeszcze wykład Leszka Żebrowskiego, który ma te same wnioski co naoczny świadek tej zbrodni:

 

Podsumowując:

Zbrodnia w Jedwabnem, została w 1941 roku na terenie okupowanej przez Niemcy Polski, została dokonana przez Niemców, z ich inicjatywy i pod ich kontrolą, jak tysiące podobnych zbrodni niemieckich w Polsce i bez jakiegokolwiek udziału sprawczego jakiegokolwiek Polaka.
Przypisywanie tej zbrodni w 1941 roku polskiej ludności Jedwabnego jest takim samym absurdem jak mówienie  o „Polskich obozach koncentracyjnych”.

Jest rzeczą fizycznie niemożliwą, aby spowitej terrorem okupowanej Polsce, gdzie na przykład chociażby tylko za samo posiadanie odbiornika radiowego, można było stracić życie w więzieniu, aby polska cywilna ludność miasteczka mogła mieć przy sobie broń czy też mogła zorganizować i przeprowadzić na własną rękę jakąkolwiek akcję zbrojną czy pacyfikacyjną bez wiedzy i kontroli (wraz z przyzwoleniem) Niemców. Osoba propagująca takie absurdy wystawia tylko świadectwo albo o poziomie swojej wiedzy, albo wręcz złej woli lub też o chęci fałszowania historii z sobie tylko wiadomych pobudek i powodów.

W tym kontekście pomocą była jakakolwiek pomoc, rozumiana w jak najszerszym tego słowa znaczeniu. Począwszy od przechowywania Żydów u ukryciu, a skończywszy na dostarczaniu im ubrania, wody czy pożywienia. (Za próbę pomocy Żydom zginęła rodzina pani Hieronimy)
Kary te były wykonywane na Polakach z najwyższą surowością. Z tego powodu w Polsce zginęła rozstrzelana przez Niemców nie tylko rodzina Ulmów czy Baranków, ale wiele tysięcy Polaków i ich polskich rodzin których przyłapano na pomocy swoim sąsiadom pochodzenia żydowskiego.

 

Le mémorial du pogrom de Jedwabne - The memorial of the pogrom o

Miejsce spalenia drewnianej stodoły.

Przewodnik młodego rasisty 3: Trzy kolory

Jestem rasistą. To znaczy uznaję pojęcie rasy jako jednego z kryteriów podziału ludzkości. Tak jak i uznaje je 75% polskich antropologów. Ci amerykańscy są bardziej bojaźliwi i 56% nie chciało udzielić odpowiedzi na pytanie, czy uznają ten niepoprawny politycznie podział. I tak – rasy różnią się między sobą zarówno predyspozycjami fizycznymi jak i intelektualnymi. Wiem, że to nieładnie tak mówić, ale… takie są fakty.

Niezależnie jaki mamy kolor skóry, jedno jest pewne – wszyscy współcześnie żyjący ludzie należą do jednego gatunku. Choć… nie wszyscy w równym stopniu. W czasach, kiedy jeszcze byłem na studiach (studiowałem przez chwilę antropologię kulturową), obowiązywała wykładnia, że wczesne hominidy („małpoludy”) raczej nie mieszały się z Homo sapiens. Badania genetyczne udowodniły niedawno, że jednak tak się działo (tu podziękowania dla mojego dyskutanta z poprzedniego wpisu z tej serii za podlinkowanie tego tekstu). Otóż współcześni ludzie, poza rdzennymi Afrykanami, posiadają pewien wkład genów Neandertalczyków, gdzieś tak między 1 a 4%. Te grupy Homo sapiens, które pozostały w Afryce, nigdy nie kontaktowały się ze wspomnianym wymarłym gatunkiem. Ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa krzyżowały się z innymi hominidami, które zamieszkiwały wtedy czarny ląd. Musimy bowiem pamiętać, że setki i dziesiątki tysięcy lat temu nie byliśmy jednymi przedstawicielami gatunku homo i do kontaktów – także seksualnych – zapewne dochodziło dość często. Tym bardziej więc różnice rasowe nie powinny nas dziwić – dziwne byłoby raczej to, gdybyśmy nie potrafili ich zaobserwować.

Rasizm kojarzy się z segregacja rasową i innymi mrocznymi kartami historii ludzkości. W imię walki z przeszłością zaczęto więc walczyć z faktami. Niemniej trzon rasizmu jest neutralny światopoglądowo – to po prostu podział uwarunkowany obserwacjami natury antropologicznej i wcale nie musi iść za nim dyskryminacja. Zrozumienie różnic nie jest przecież grzechem, jest nim raczej zacieranie prawdy w imię jakichś politycznych interesów.

No dobrze, skąd się jednak wzięły te wszystkie rasy i typy antropologiczne? Odpowiedź jest o tyle banalna, co i skomplikowana – są efektem działania procesów ewolucyjnych. Cechy korzystne w danych warunkach bytowych (klimat, choroby, sposób zdobywania pożywienia) kumulują się w lokalnej populacji, zmieniając jej cechy takie jak wygląd, układ immunologiczny, sprawność, wytrzymałość, a także te nieszczęsne zdolności intelektualne, do których jeszcze wrócimy.

Kiedyś wszyscy byliśmy czarni. Wynika to z prostego faktu, że Homo sapiens wyewoluował na południu Afryki. Jednak wraz z migracją na północ cecha ta zaczynała nam przeszkadzać. Ciemna skóra chroni przed słońcem, ale utrudnia syntezę witaminy D, której brak prowadzi do poważnych powikłań zdrowotnych. Zatem osoby o jasnej skórze (która pojawiła się jako przypadkowa mutacja) zyskały przewagę ewolucyjną nad ciemnoskórymi i rzadziej chorowały np. na krzywicę. W konsekwencji to one zdominowały populacje, bo były lepiej przystosowane do warunków panujących na mniej nasłonecznionej północy. Nawet w obrębie rasy białej mamy przecież jasnych Skandynawów i ciemnych południowców. Biała skóra Norwegów czy dajmy na to Brytyjczyków jest wynikiem przystosowania do klimatu, który w okresie zimowym oferuje bardzo mało słońca niezbędnego do syntezy witaminy D. Ciemny pigment blokuje promieniowanie UV, ale w regionach o stałym, dużym nasłonecznieniu nie niesie to ze sobą żadnych negatywnych konsekwencji. Tam bardziej przydaje się wzmocniona ochrona przed oparzeniami słonecznymi, którą zapewnia ciemna karnacja. To często proces stopniowany – tym czarniejsza skóra, im bliżej równika dana społeczność zwykła żyć.

Ok, a skąd się w takim razie wzięła skóra żółta? Przez zwykły przypadek. Rasa żółta wyewoluowała na zimnej Syberii, gdzie także przez lwią część roku brakuje słońca. Żółtawa skóra jest tak samo dobra jak biała i to po prostu inny wariant jasnej karnacji, która chroni przed ryzykiem niedoboru witaminy D. Skośne oczy są natomiast adaptacją do… wszechobecnego zimą śniegu. Przodkowie współczesnych Chińczyków czerpali korzyści z wąskich oczu, bo ich kształt pozwalał im chronić wzrok. Słońce odbite od śniegu i lodu po prostu oślepia. Osoby o wąskich oczach były więc lepiej przystosowane do tych trudnych północnych warunków i w efekcie były skuteczniejszymi myśliwymi, co dawało im przewagę ewolucyjną na tyle silną, że ostatecznie cecha ta zdominowała całą populację. W tym odległym czasie tereny współczesnych Chin zamieszkiwały ludy miejscowe, należące do grupy Austronezyjczyków. Ich współczesnymi potomkami są typowi mieszkańcy Filipin, Malezji, Indonezji, Nowej Zelandii, Hawajów a nawet Madagaskaru. Zresztą do dzisiaj niedobitki tubylców – zwane Aborygenami Tajwańskimi – można spotkać na generalnie skośnookim Tajwanie.

Typowi przedstawiciele rasy żółtej z czasem wyparli tych ostatnich z Azji kontynentalnej z powodu swojego większego zaawansowania „technologicznego”. Prachińczycy, musząc sprostać trudnym warunkom mroźnej północy, nauczyli się wytwarzać cięższą broń, zdatną do polowania na grubego zwierza. Prawdopodobnie te umiejętności przeważyły o sukcesie ich zwycięskiego marszu na południe. Marszu, który trwał wciąż w czasach samurajów, walczących z tubylcami o władanie nad Wyspami Japońskimi jeszcze kilkaset lat temu. To mało eksponowana część historii Kraju Kwitnącej Wiśni, ale tak jak Amerykanie mieli swój dziki zachód z kowbojami i Indianami, tak Japończycy mieli swój dziki (północny) wschód. Tyle, że funkcję kowbojów przejęli samurajowie z klanu Matsumae, a w roli wybijanych Indian wystąpili miejscowi aborygeni, zwani tam Ajnami. Pochodzenie tych ostatnich do dzisiaj jest zagadką, bo nie pasują oni za bardzo ani do rasy żółtej, ani do białej czy czarnej. Jasna skóra, przy braku opalenizny praktycznie nierozróżnialna od europejskiej, okrągłe oczy, wydatne kości policzkowe, duże usta o grubych wargach i szerokie nosy są dość dziwaczną mieszanką. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Ajnowie są jakąś żywą skamieliną po czasach, kiedy rasa żółta dopiero się formowała. I co ciekawe – ich potomkowie żyją do dzisiaj w całkiem sporej liczbie na Hokkaido oraz na skrawku rosyjskiego Sachalinu.

AinuGroup.JPG

Ajnowie w tradycyjnych strojach

Skoro już wspomnieliśmy o Indianach, to należą oni do rasy żółtej i są w pewien sposób spokrewnieni ze współczesnymi Azjatami. Pierwotni mieszkańcy Ameryki przeszli po zamarzniętej Cieśninie Beringa gdzieś tak między 40 a 15 tysięcy lat temu. Dokładna data nie jest znana, ale badania genetyczne dowiodły, że Indianie generalnie wywodzą się z terenów Syberii, podobnie jak i inni przedstawiciele rasy żółtej. Z czasem grupy, które zasiedliły nowy kontynent, oczywiście też się zróżnicowały – pociemniały lub zmieniły swoje gabaryty, dostosowując się do lokalnych warunków klimatycznych.

Wróćmy jednak do rasy czarnej. To niepoprawne politycznie stwierdzenie, ale ludzie czarni są najbliżsi wyglądem naszym pradawnym przodkom. Przypominają ich nie tylko z koloru skóry, ale także pod względem budowy włosów (kręcone) oraz z… twarzy. U rasy białej i żółtej prognatyzm (wysunięcie ku przodowi kości szczęk i żuchwy) określa się jako zaburzenie. Wśród rasy czarnej jest to cecha częsta, normalna. U naszych małpich przodków – typowa. Prawdziwym kuriozum są natomiast „żywe skamieniałości”, izolowane grupy ludzi, którzy pozostali na poziomie naszych pradawnych przodków. Choć to szokujące, ale w czasach, kiedy Europejczycy zaczęli już budować urządzenia elektryczne, pewne grupy ludzi nie wynalazły jeszcze… metod krzesania ognia. Dla tych archaicznych, pigmejskich plemion czas zatrzymał się dziesiątki tysięcy lat temu. Choć świat wkraczał już w erę nowoczesności, wciąż żyły one tak, jak nasi bardzo, bardzo odlegli przodkowie, pielęgnując płomień rozpalony przez przypadkową błyskawicę. Mowa m.in. o rodowitych mieszkańcach Andamanów, wysp na Oceanie Indyjskim, którzy do dzisiaj znajdują się w epoce kamienia łupanego. Choć w ciągu wieków bywali odwiedzani przez podróżników z Persji czy Indonezji, raczej nie chcieli zaczerpnąć od nich „nowinek technologicznych”, a jedynie odwiedzających… wymordować.

A teraz niespodzianka – współcześni ludzie zafundowali rdzennym Andamanom rezerwat i każą dalej żyć w epoce kamiennej w imię… dbałości o różnorodność. W efekcie na jednej w wysp archipelagu mamy enklawę dzikich ludzi, którzy żyją sobie tak jak nasi przodkowie 30 tysięcy lat temu, choć kilkadziesiąt kilometrów dalej lądują samoloty wiozące turystów do nowoczesnych, wakacyjnych kurortów. I kiedy ci plażowicze siedzą sobie nad morzem z iPhone`ami w rękach, dosłownie 3 km dalej (tyle dzieli rezerwat od najbliższego kurortu), pozostałości po naszych przodkach latają z drewnianymi dzidami za małymi, włochatymi świniami. I żeby było śmieszniej – utrzymywanie tych odosobnionych populacji z dala od cywilizacji uważa się na humanitarne i zgodne z prawami człowieka.

 

Great_Andamanese_-_two_men_-_1875.jpg

Dwójka Andamanów

Trzeba tu jednak uczciwie dodać, że wspomniani tubylcy za gośćmi nie przepadali i na każdą próbę kontaktu odpowiadali gradem strzał i oszczepów. W latach siedemdziesiątych pewien antropolog chciał nawiązać przyjacielską relację z wciąż kompletnie dzikimi Andamanami, obdarowując ich błyskotkami i przywiązanym na sznurku świniakiem. Gest nie został przyjęty ze zrozumieniem i ciekawski badacz wrócił ze strzałą tkwiącą w udzie, co i tak było pewnym osobistym sukcesem, bo lista ubitych (i być może zjedzonych) przez wspomniane plemię jest długa. Obejmuje nieostrożnych kłusowników, robotników budujących nieodległą drogę i całą masę żeglarzy z dawnych czasów. W sumie nie zawsze dawnych, bo jeszcze w latach osiemdziesiątych marynarze ze statku, który miał pecha osiąść na mieliźnie w pobliżu wyspy, raportowali przez radio widok grupy dzikich zaopatrzonych w łuki, którzy budowali łódź, najwyraźniej w celu odbycia mało przyjacielskiej wizyty. Na szczęście rozbitków ewakuował helikopter, zanim dotarła do nich wojenna ekspedycja Andamanów. Znany jest jednak przypadek, kiedy ta izolacja została złamana. W pobliżu granicy rezerwatu znaleziono tubylca ze złamaną nogą, którego zabrano do szpitala. Wyobrażam sobie, że człowiek ten przeżył coś, co można porównać tylko do porwania przez UFO. Choć nie sądzę nawet, by hipotetyczni kosmici byli bardziej zaawansowani technologicznie od nas, niż współcześni ludzie od tubylców z Andamanów.

Dlaczego właśnie to tam ludzkość została w epoce paleolitu? Ano przez pewien zbieg okoliczności. Kiedyś Andamany były półwyspem połączonym ze stałym lądem. Morze odcięło ten skrawek świata, zostawiając zamieszkujących go ludzi na takim poziomie, na jakim wtedy byli. To ważne o tyle, że skolonizowanie tych wysp nie wymagało dość zaawansowanej przecież umiejętności żeglugi. A że wszystkie próby kontaktu owocowały próbą zjedzenia przybyszów, Andamanie nie za bardzo mieli od kogo zdobyć nowe umiejętności, o nowych genach już nie wspominając.

Jeśli chodzi o poziom rozwoju, to nowożytna historia zna jeszcze jeden przypadek plemienia, które nie potrafiło wytwarzać ognia, ani nawet… prostych narzędzi z kości. Tasmanowie także zawędrowali w dawnych czasach na ziemie, które na skutek podnoszenia się poziomu morza zamieniły się w wyspę. W efekcie mieszkańcy Tasmanii położonej u południowych brzegów Australii pozostawali odcięci od reszty ludzkości przez dziesiątki tysięcy lat. Ciekawe jest też to, że nawet ich wygląd był dość hmm… pierwotny. Co prawda do dzisiaj nie zachował się przy życiu żaden Tasman czystej krwi, wymarli oni (choć w sumie to bardziej ich wybito) jednak na tyle niedawno, by zostali uwiecznieni na zdjęciach.

616px-Truganini_and_last_4_tasmanian_aborigines

Zniewoleni Tasmańczycy

Choć ludy czarne wydają nam się typowe tylko dla Afryki, zamieszkiwały one kiedyś całą południową Azję. Jednak nawet poza odizolowanymi Andamanami dalej możemy spotkać rdzennych Azjatów o skórze w kolorze mahoniu. Czarni jak smoła Semangowie zamieszkują północna Malezję i południową Tajlandię, rdzennych Murzynów można wciąż spotkać też na Nowej Gwinei czy na Filipinach. Owszem, podziały rasowe nie są jednolite – tacy na przykład Etiopczycy są czarni, choć ich przodkowie przybili z Bliskiego Wschodu i należeli do rasy białej. Rdzenni mieszkańcy należącego do kontynentu Afrykańskiego Madagaskaru są mieszanką czarnych Afrykanów i… Azjatów (żeglarzy z Borneo, spokrewnionych ze wspomnianymi Aborygenami Tajwańskimi), którzy zasiedlili wyspę ponad tysiąc lat przed odkryciem jej przez europejskich kolonizatorów. Hindusi są dla odmiany zupełnie pomieszani – są mieszanką rasy białej, czarnej i żółtej, choć proporcje te zależą od konkretnego regionu. Na Sri Lance żyje nawet rdzenne plemię murzyńskie, które zachowało swój pierwotny wygląd i styl życia, choć jego obecnym językiem ojczystym jest dialekt przejęty niegdyś od przybyłych na ich tereny Indo-Aryjczyków. Tak więc mamy Murzynów-Azjatów gadających po „naszemu” – antropologia bywa naprawdę zaskakująca.

 

Idźmy jednak dalej. Oczywiście rasy także różnią się między sobą, ponieważ różne grupy, mimo spokrewnienia, muszą adaptować się do innych warunków. Niski wzrost przystosowuje Pigmejów do gęstych lasów Afryki równikowej. Jednak ludy mieszkające we wschodnim pasie kontynentu cechują się dla odmiany bardzo wysokim wzrostem. Są też bardzo wytrzymałymi biegaczami. To też przystosowanie, bo na terenie sawanny polowanie polegało często na „zabieganiu” ofiary na śmierć. Myśliwy tak długo gonił uciekającą antylopę, aż w końcu padała ona z wyczerpania. Nic więc dziwnego, że biegacze w krajów tego regionu święcą triumfy na maratonach – do wygrywania biegów na królewskim dystansie predysponują ich tysiące lat ewolucji.

Niestety – coś za coś. Czarni Afrykanie są ponadprzeciętnie wytrzymali, ustępują jednak… inteligencją. Wiem, że to „rasistowskie”, ale – jak już mówiłem – takie są fakty. Badania przeprowadzane w USA wykazały następujące wyniki średniego ilorazu inteligencji. Afroamerykanie – 85, Latynosi – 89, biali – 103, Amerykanie azjatyckiego pochodzenia – 106, Żydzi – 113. I trzeba przyznać, że to są bardzo zróżnicowane wyniki. Żeby to unaocznić odwołajmy się do przykładu. W społeczeństwie, w którym skala IQ byłaby dostosowana do Żydów, blisko połowa Afroamerykanów zostałaby zdiagnozowana jako „intelektualnie upośledzeni”(!), ponieważ dwa odchylenia standardowe od średniej populacyjnej, czyli 30 punktów IQ, już do takiej diagnozy predysponują. Rodzi się pytanie, na ile jest to efekt obciążenia genetycznego, a na ile dziedzictwo kultury. Różni badacze różnie się do tego ustosunkowują, panuje jednak zgoda, że prawda leży gdzieś w połowie drogi. Predyspozycje mamy zapisane w genach, ale do rozwoju naszych potencjalnych zdolności potrzeba też sprzyjającego otoczenia. Faktycznie – typowa kultura Afroamerykanów jest raczej mało intelektualna. Rap, „easy money”, kult siły fizycznej i uproszczony slangowo język raczej nie predysponują do rozwijania zdolności poznawczych, ani nawet pracowitości, niezbędnej do osiągania dobrych wyników w szkole. Być może istnieją mniej i bardziej inteligentne grupy amerykańskich Murzynów, tak jak mamy „przeciętnych” białych Amerykanów i wybitnie inteligentnych Żydów, jak dotąd nie zostało to jednak stwierdzone.

O fenomenie tej ostatniej grupy już kiedyś pisałem i wyjaśnienie wybitnej inteligencji Żydów aszkenazyjskich także prowadzi nas w stronę ewolucjonizmu. Te same procesy, które premiowały bardziej sprawnych umysłowo wyznawców Jahwe, kumulowały też wytrzymałość fizyczną u Afrykanów. Na czarnym lądzie po prostu nie wykształciły się warunki sprzyjające rozwojowi intelektu. To brutalne, ale nigdy wśród rasy czarnej nie zrodziła się zaawansowana kultura miejska, która rozwijałaby pismo, astronomię, kapłaństwo czy inne profesje wymagające myślenia. Znaczy się, pojawiały się lokalnie takie epizody, ale zawsze były one w jakiś sposób inspirowane „cywilizacją białego człowieka” – wiem, to strasznie rasistowskie, ale co ja mogę, że takie są fakty. Było dajmy na to starożytne państwo Etiopskie, które zostało założone przez emigrantów z Półwyspu Arabskiego, było Mali, założone przy współudziale Berberów z Sahary, było Wielkie Zimbabwe, które zbudowali potomkowie Żydów, były wreszcie państwa-miasta jak Zanzibar czy Mogadiszu, ustanowione przez Arabów. Buszmeni, Masajowie i reszta tubylców poszli inną drogą, która nie przewidywała premii ewolucyjnej dla osób może i mniej sprawnych fizycznie, ale za to bardziej poznawczo.

Pojawia się jednak pytanie, jak szybko działa ewolucja. Przecież cywilizacje miejskie, w których część ludzi może oddawać się „bezproduktywnemu” kapłaństwu, filozofii czy prowadzonemu na szeroką skalę handlowi, są produktem szalenie młodym, mającym góra 3-4 tysiące lat. W skali rozwoju gatunku mającego 200 tysięcy lat to przecież zaledwie ułamek sekundy. Wszystko zależy jednak od presji ewolucyjnej, czyli tego, jak bardzo obecność pewnych cech jest pożyteczna, a innych szkodliwa. Otóż okazuje się, że wystarczy 300 lat od przeprowadzki na inne terytorium, by całkowicie odmienić pewne genetyczne cechy populacji.

Zacznijmy od tego, że Afryka Zachodnia jest regionem o największym współczynniku zachorowalności na malarię. Tę często śmiertelną chorobę wywołuje pasożyt, który po wstrzyknięciu przez komara-nosiciela, przywiera do czerwonych krwinek zakażonego i upośledza ich działanie. Aby się przed tym chronić, w populacji czarnych Afrykanów wykształciła się specyficzna mutacja. Dzięki niej część czerwonych krwinek ma kształt takich małych sierpów, do których nie jest się w stanie podczepić zarodziec malarii. Niestety ma to swoją cenę. Kiedy wspomniana mutacja jest dziedziczona po obojgu rodzicach, jej konsekwencją może być choroba zwana anemią sierpowatą lub jedna z innych poważnych dolegliwości związanych ze zbyt wadliwą budową krwinek. Jednak te ostatnie choroby zwykle nie są śmiertelne – w odróżnieniu od malarii. Dlatego z punktu wiedzenia ewolucji korzystniej jest, kiedy część populacji odczuwa problemy związane z anemią, niż jest martwa w wyniku braku odporności na malarię.

Afryka zachodnia była swego czasu głównym źródłem niewolników, zmuszanych do pracy w koloniach zakładanych w Ameryce. W pewnych rejonach Nowego Świata występuje malarnia, a w innych nie. Jednymi z najstarszych kolonii były te zakładane przez Holendrów. Należała do nich wyspa Curacao leżąca na Morzu Karaibskim jak i kontynentalny Surinam. Na Curacao nie ma malarii, więc chorowanie na anemię nie niosło ze sobą żadnych korzyści, a jedynie problemy. Po 300 latach geny kodujące sierpowatość czerwonych krwinek zostały z tej populacji niemal całkowicie wyparte. Przetrwały jednak w Surinamie, gdzie ich posiadanie ratowało życie, bo w tym regionie – podobnie jak w Afryce zachodniej – malaria endemiczna występuje i jest śmiertelnie niebezpieczna.

W podobny sposób zachodziły też zapewne procesy dotyczące inteligencji, które w ciągu kilkuset lat mogły doprowadzić Żydów aszkenazyjskich do absolutnej dominacji w zakresie wysokości IQ. Znamienne jest to, że Aszenazyjczycy odstawiają nas (i Azjatów) o podobną odległość, o jaką my przewyższamy Afroamerykanów. Innymi słowy – gdyby ktoś na podstawie tych danych chciał dowodzić, że biali powinni dominować nad czarnymi, automatycznie powinien też chcieć, by nami zarządzali z kolei Żydzi. Ale zaraz… W sumie pewna grupa – związana choćby z Radiem Maryja – tak właśnie widzi nasz świat. A może w świetle tych badań, do których przecież Ojciec Dyrektor nie miał dostępu, należałoby sławnemu Redemptoryście pogratulować intuicji? W końcu psychologia poniekąd potwierdza to, co środowisko Radia Maryja głosi po cichu od lat.

Trzeba jednak pamiętać o pewnej fundamentalnej rzeczy. Wysokość IQ czy wytrzymałość fizyczna danej populacji to cechy oparte na prawdopodobieństwie. Jasne, że więcej jest bardzo inteligentnych Żydów niż Murzynów, ale to wcale nie wyklucza możliwości istnienia czarnego Einsteina. Idąc dalej – na pewno wśród rasistowskich szowinistów upajających się myślą o swojej wyższości nad czarnymi jest spora część takich, którzy nie dorastają do pięt inteligencją niektórym ciemnoskórym myślicielom. To tylko probabilistyka, bo od średniej wartości IQ danej populacji są przecież wyjątki wybiegające daleko w obu kierunkach.

Idąc jednak dalej, napiszę coś przewrotnego. W USA podczas przyjmowania na studia stosuje się specjalne bonusy dla osób pochodzących z mniejszości etnicznych. W efekcie zdarza się, że bardziej inteligentny kandydat (mający wyższy wynik punktowy na egzaminie) zostaje odrzucony, by zrobić miejsce Murzynowi albo Latynosowi, co dzieje się dzięki tym dodatkowym punktom. Wydawałoby się, że w efekcie obniża się poziom uczelni. Ale badania potwierdziły, że wcale tak nie jest. Istnieje jakaś dolna granica IQ, która pozwala skończyć studia i to, o ile ktoś ma wynik wyższy od tych niezbędnych 115 punktów, nie robi już istotnej różnicy dla zdawalności egzaminów, ani dla odnoszenia sukcesów w późniejszej karierze zawodowej. Wyznaczono nawet granicę, która pozwala na zdobycie nagrody Nobla. Jeśli masz iloraz wyższy od 130 – możesz startować w tych zawodach. Do czego zmierzam, dodatkowe punkty dla mniejszości wcale nie rujnują poziomu uczelni, a pozwalają zachować spójność państwa. Jedyną skuteczną drogą do utrzymania jedności kraju jest asymilacja i pewne ujednolicenie kulturowe. Gdyby na studia przyjmować tylko naprawdę najinteligentniejszych, szybko mogłoby się okazać, że Ameryka podzieli się na wysoko postawionych i wykształconych białych (no i żółtych) oraz odrzuconych, sfrustrowanych czarnych i Latynosów. Kilkadziesiąt lat takiej intelektualnej dżungli sprzyjającej jeszcze większemu rozwarstwieniu i mielibyśmy murowaną wojnę domową. Temu właśnie próbuje przeciwstawiać się rząd USA poprzez wspomniane programy wyrównywania szans. Może mało to sprawiedliwe z punktu widzenia odrzuconych białych studentów, ale z punktu widzenia interesu narodowego – całkiem zrozumiałe.

Rasa to tylko jeden z podziałów ludzkości, wcale nie najważniejszy. Jestem zdania, że warto uczciwie mówić o różnicach, nawet kiedy są niewygodne. Ale nie mamy żadnych podstaw, by na podstawie tych historycznych lub statystycznych rozbieżności dzielić współczesnych ludzi na bardziej i mniej wartościowych. A już na pewno nie mamy do tego prawa my, Europejczycy. Jesteśmy typowymi średniakami. Mamy średnią inteligencję, jesteśmy średnio wytrzymali fizycznie, a nawet mamy średniej długości fiutki – seksuologia potwierdza. Wspólne pocieszanie się (poprzez szowinistyczne poczucie wyższości), że Azjaci mają jeszcze mniejsze, nie wydaje mi się szczególnie godne dojrzałego mężczyzny.

Źródło: http://3dno.pl/przewodnik-mlodego-rasisty-3-trzy-kolory/

Autor: Adam Gabryelów

 


 

CHENRYK:

Nalezy zaznaczyc ze IQ testy sa testami bazujacymi na kulturze i technologi tych co je ukladaja. To jest fakt. Testy te zostaly wymyslone na poczatku XXw we Francji by ocenic mozliwosci uczenia sie i pomoc tym ktorzy maja problemy z wchlonienciem wiedzy. Z zalozenia wiec chodzilo o kulturowe podloze. Amerykanie zastosowali je do wszystkiego, czesto przesadzajac i to ze strasznymi skutkami. Testy IQ robione w USA na Zydach na poczatku 20-ego wieku pokazywaly ze sa duzo mniej inteligentni niz anglosasi. Amerykanie wprowadzili nawet limity na emigracje Zydow do USA co mialo tragiczne skutki gdy Hitler doszedl do wladzy. Szacowanie inteligencji jest probowane od dawna. Przed wynalezieniem IQ znane historycznie jest jak to paryscy i berlinscy naukowcy udowadniali nawzajem kto jest inteligentniejszy.

Nalezy jednak uznac, w zwiazku z tym ze technologia decyduje o rozwoju, to IQ jest w jakims stopniu wskaznikiem umiejetnosci w cywilizacji technologicznej. Brzmi to niepoprawnie politycznie ale nalezy to stwierdzic.

Wracajac do Zydow. Mozna ewolucyjnie uzasadniac ze sa podstawy do tego by byli bardziej zaawasowani niz inne rasy za wyjatkiem Arabow. Otoz cywilizacja rozpoczela sie w fertile crescent (urodzajnym polksiezycu) w Azji mniejszej (Eufrat i Tygrys). To sa ziemie zamieszkiwane przez Arabow od tysiecy lat. Zydzi tez pochodza z tamtych stron. To oznacza ze rozwojowo Arabowie i Zydzi sa tacy sami. Roznice zaczela sie jak Chrzescijanstwo stalo sie dominujaca religia w Europie, a wiec nie tak dawno. Tak sie zlozylo ze od 12 wieku, a wiec zupelni niedawno, od upadku Rzymu do dwunastego wieku Arabowie dyktowali nauke i technologie – tak zwany „dark ages” w Europie. A wiec w 12 w a byc moze do 14 wieku najbardziej rozwinieci byli Arabowie (niektorym bedzie to ciezko przelknac). Zydzi wygnani z Israela byli bardzo zle traktowani w Europie, czesto masakrowani, nie wolno im bylo nic posiadac. Jedyne co mogli zdzialac to w pozyczaniu pieniedzy i innych zawodach ktore uznawano za malo istotne albo ponizajace (karczmarze bo sie klaniali wszystkim i zawod niegodny chrzescijanina). Przesladowania Zydow mogly doprowadzic do szybszego rozwoju mozgu bo stress by przezyc byl wiekszy. Trzeba sobie jednak uswiadomic ze to co najwyzej ostatnie kilkaset lat. Logicznie to intelektualnie Zydzi i Arabowie powinni byc podobnie rozwinieci.

Teraz spojrzmy na Chiny. Chinczycy wynalezli papierowe pieniadze, restauracje, budowali zaglowce wieksze od europejskich, wynalezli proch, kompas, produkcje seryjna opanowali dwa tysiace late temu. I co na to IQ testing w USA? Wyglada ze IQ bazuje na ostatnich 50, co najwyzej 100 latach.

Tak samo jak Anglicy uznali w polowie XiX w ze sa najbardziej rozwinieci (technologiczni i cywilizacyjnie niewatpliwie byl), tak samo jak berlinczycy i paryzjanie udowadniali kto jest inteligentniejszy (II polowa XIXw) tak samo jak anglosasi w USA udowadniali ze sa nainteligentniejsi w I polowie XXw (IQ tests – Zydzi wychodzili na zupelnych niedorozwojow w tych testach), tak samo ze Zydzi sa najinteligentniejsi teraz, tak samo mozna wniskowac ze to jest politycznie motywowane. To ostatnie stwierdzenie jest chyba najblizsze prawdzie.

Artykul bazuje na popularnych medialnych doniesieniach a nie naukowych badaniach. Trzeba przyznac ze, chociaz bardzo nieumiejetnie, to jednak proponuje uznanie IQ jako forme badania rozwoju cywilizacyjno-technologicznego. Pewien problem w tym ze wiadomo jaki wynik takiego testu bedzie a wiec test jest bezuzyteczny do tego celu.

Nigdy nie powinno uzywac sie IQ do mierzenia ras z innych kulturowych rejonow czy grup zamknietych przez bariery spoleczne. Dlaczego? Test jest przygotowywany przez ludzi z okreslonej grupy spoleczno kulturowej. A w roznych grupach warunki decydujace o sukcesie czy przetrwaniu zawsze sa w pewnym stopniu inne. To jest ewolucja a nie IQ.

 

JOWISZ:

Hey! Dlaczego nie mielibyśmy jako Europejczycy, traktować wielodzietne rodziny murzyńskie bądź z muzułmańskiej kultury arabskiej, żyjące na zachodzie europy z naszych podatków jak szkodniki. Kiedy szczury w spichlerzu nadmiernie się rozmnożą i wyjadają nasze ziarno czyniąc nam stratę, pozbywamy się ich zdecydowani i ostatecznie. Dlaczego mamy stosować taryfę ulgową dla innych, byś może jeszcze bardziej drenujących nasze kieszenie i szargających nasze nerwy, wreszcie zagrażających naszemu życiu. Czy z racji bycia zwierzęciem zaliczającym się do ludzi, mamy stosować dla nich taryfę ulgową?

 

Jesli chodzi o różnice razowe ktore rozpatruja cechy fizyczne (autor powiedzieal ze nie bedzie pisal o roznicach w krwi czy inteligencji ze wzgleddu na to ze te moga sluzyc jako uzasadniene do segregacji ) polecam ksiezke pisana w latach 1950-tych „The races of man” bylo to pisane w czasach kiedy nie bylo masowej nagonki do polityczne poprawnych wypowiedzi, ale i ksiazka nie nma zadnych podstaw razistowskich – polecam. Jest w jezyku angielskim.
Arni: 
Niezły tekst, ale są pewne błędy. Nie będę wszystkich wymieniał. Chwali Ci się, że założyłeś taką stronę www, napisałeś dobry artykuł.To ocena ogólna, teraz poruszę pewne kwestie z artykułu. Po pierwsze to używasz pojęć Biali i Żydzi rozłącznie. Tymczasem Biali ze 103 IQ to Indoeuropejczycy. Żydzi też są Biali, to inna odmiana białego człowieka, są jeszcze Ugrofinowie – część ludów ugrofińskich to inna odmiana Białych, a także biali Arabowie . Po drugie przesadziłeś trochę z tymi Żydami.
Pierwszy cytat : „Afroamerykanie – 85, Latynosi – 89, biali – 103, Amerykanie azjatyckiego pochodzenia – 106, Żydzi – 113.
 Drugi cytat : „Znamienne jest to, że Aszenazyjczycy odstawiają nas (i Azjatów) o  podobną odległość, o jaką my przewyższamy Afroamerykanów. Innymi słowy – gdyby ktoś na podstawie tych danych chciał dowodzić, że biali powinni  dominować nad czarnymi, automatycznie powinien też chcieć, by nami  zarządzali z kolei Żydzi.
Policzmy, 113 – 103 = 10 , 103 – 85 = 18. Jak widać, przewaga Żydów aszkenazyjskich jest około połowę mniejsza, niż Indoeuropejczyków nad Czarnymi . Dodaj do tego, że w USA żyją Mulaci zwani Afroamerykanami, mają część genów po Białych, co podwyższa ich IQ. Prawdziwi Murzyni bez genów Białych mieli by pewnie około 80 IQ w cywilizacji Białych. Murzyni w Afryce, w swojej kulturze mają średnio 67 IQ. Ponadto są jeszcze inne odmiany Żydów już nie tak inteligentne. Czyli przewaga Żydów w IQ nad Indoeu istnieje, ale nie aż taka, żeby uzasadniać ich rządy. Tylko taka, że istnieje ich nadreprezentacja w rządach. Przykład: W społeczeństwie Żyd jest jeden na 100-u, a u władzy lub w nauce jest co 20-ty. Jest jeden minus takiego podejścia. Otóż nadreprezentacja poglądów lewicowych wśród Żydów wynikająca z prześladowań, które ich spotkały przez ok. 2000 lat bycia „mniejszością” (od wypędzenia z Palestyny przez Rzymian). Lewicowe poglądy wg mnie są szkodliwe dla kraju na ogół (deficyt patriotyzmu, ekonomiczna utopia). Czyli Żydzi tacy jak Bronisław Wildstein (Polak), Woody Allen, Albert Einstein (Amerykanie) są korzystni dla swojego kraju. Dr Środa (przypuszczam, że „mieszaniec słowiańsko-żydowski”), czy Adam Michnik wg mnie przez swoją lewicowość (integracja z UE kosztem Polski – A.M, promocja aborcji i antykoncepcji w kraju gdzie rodzi się za mało dzieci – M.Środa) głoszą w wielu sprawach szkodliwe wg mnie poglądy, Lewicowi Indoeuropejczycy też szkodzą, Miller, Oleksy, Tusk („liberał”) nie są lepsi, ich szkodliwość wynika z lewicowości (u Tuska zakamuflowanej), nie z pochodzenia. Podsumowując, jeśli chodzi o Żydów należy wg mnie stosować tolerancję, zwalczać antysemityzm, i promować patriotyczną postawę u nich. Jednocześnie należy zwalczać lewicowość u Żydów, osób takich jak dr Środa nie dopuszczać do władzy. Właściwie lewicowych Indoeuropejczyków też nie należy dopuszczać do władzy. 🙂 Rządzenie Czarnymi raczej nie ma sensu, nie należy wracać do czasów niewolnictwa, nie należy krzywdzić Czarnych. Z kolei jak Czarni mężczyźni są sprowadzeni do krajów Białych jako wolni i równouprawnieni ludzie to oni krzywdzą Białych. Przyjrzyjcie się co robią Czarni mężczyźni z Białymi w RPA. Gwałty, pobicia, kradzieże, morderstwa. Biali są oblężeni. Chcecie tego samego dla Polski ? Po trzecie to nie jesteś rasistą, tylko częściowo pasujesz do definicji.
DKC: 
A bo Słowianie nie mieli swoich kapłanów? Mieli wedyminów i wiedymy (wiedzmini i wiedzmy, od Vedy, czyli Wiedzy – patrz: religia ariów, np. ramini hinduscy i Iran). Zarzucanie przodkom, że nie trudzili się filozofią jest trochę przesadne. Zresztą, Słowianie to ta sama haplogrupa co Persowie, a więc czemu mieliby się niby gorzej od tych Persów rozwijać? W Polsce jest w sumie brak źródeł z epoki słowiańskiej, ale w zagranicznych kronikach jest tego od groma. Zupełnie nie rozumiem dosrywania Słowianom i robienia z nich dzikich debili. Może weźmiemy w końcu się za pielęgnowanie swojej wartości, bo tacy Żydzi których zginęło kilka milionów w XX wieku dziś wojują antysemityzmem, a Słowian, których w tymze wieku zginęło kilkadziesiąt milionów, można bezkarnie mieszać z 💩.

Mariusz Płuciennik

Trochę przestrzał z tymi Słowianami. W okresie formowania się państw słowiańskich które znamy dzisiaj, mieszkańcy tych terenów byli na dokładnie takim samym poziomie rozwoju jak ludy germańskie (jeszcze nie Niemcy i nie Francuzi) i ludy skandynawskie. Najwymowniej świadczy o tym m.in. fakt że nie wyparli nas z zajmowanych terenów. Podpieranie się liczbą podwójną też za bardzo nie ma sensu, bo taka konstrukcja odzwierciedla inny sposób liczenia (tak można liczyć w innym systemie niż dziesiętny. Jeszcze niedawno zacofani Anglicy dzielili 1 funta na 12 szylingów, a 1 szylinga na 12 pensów). Skandynawowie założyli a raczej zdobyli 1 (słownie: jedno) państwo ruskie (Polecam lekturę „Powieść minionych lat” – można czepiać się o detale, ale daje już jakiś obraz). Co do pisma też są wątpliwości: w każdym języku słowiańskim jest słowo „pisać”, zachodnie źródła (oczywiście oprócz niemieckich) wskazują, że Słowianie posługiwali się pismem. Zresztą pierwszy „podręcznik” cyrylicy/głagolicy wspomina o fakcie posiadania pisma przed chrystianizacją. A murowane budowle? Fakt, przyszły z zewnątrz, ale dziwne byłoby gdyby mieszkańcy „nieskończonego lasu” budowali z cegły. Co modlenia się do ognia i woła: Nikt nie modlił się do ognia. Religia prasłowiańska opiera się na założeniu że świat rządzi się pewnym porządkiem: dlatego rolą człowieka jest nieprzeszkadzanie naturze w jej „bycie”. Najbardziej znanym symbolem, a jednocześnie najwięcej mówiącym był kult drzewa – dębu. Przy czym nikt nie modlił się do drzewa: drzewo (im większe tym lepsze) symbolizowało wieczny i niezmienny porządek. Jak to mówił mój teść „nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że ludy słowiańskie przyjmując chrzest, zrobiły coś na kształt wstąpienia do UE. Skończyło się to wyplenieniem rdzennej kultury i zastąpienia jej zachodnimi wzorcami. Mówienie o jakimś skoku cywilizacyjnym jest grubą przesadą, ale historię piszą zwycięzcy. Ja wiem że jest bardzo mało źródeł, ale są coraz lepiej dostępne, więc można (nikogo nie zmuszam) zdobyć trochę wiedzy, zanim się niechcący rozpocznie „gównoburzę” w internecie

Nie twierdzę że była to jakaś zaawansowana cywilizacja, ale sąsiedzi też się raczej nie wyróżniali. Dwa: akurat struktura eksportu nie świadczy o kondycji gospodarki. Przyjmując hipotetycznie, że wyraz „słowianie” to ludzie rozumiejący słowa, a wyraz „niemcy” to ludzie nie rozumiejący słów, wypada postawić pytanie: a co oni mieli tym barbarzyńcom sprzedawać? W drugą stronę widać to wyraźniej: jak bogobojni niemcy mieli utrzymywać kontakty z jakimiś barbarzyńcami? Do tego uwarunkowania historyczne: pogan można, a nawet trzeba podbijać i nawracać, ewentualnie wytępić (przykład Prusowie). No i trzy: nie system binarny tylko inny system liczenia. Piszesz, że liczba podwójna, bo mieli dwie ręce i dwoje oczu. A w systemie dziesiętnym? Bo mieli 10 palców

Radek: 
Mariuszu, bardzo słusznie piszesz, że do dziejów Słowian praktycznie nie ma źródeł. Tzn. są ale tylko archeologiczne. A te przez prawie sto lat były interpretowane na dwa sposoby. W dużym uproszczeniu:niemieccy archeolodzy twierdzili, że Słowianie to nie liczący się zupełnie dzikusy a polscy archeolodzy, że wręcz przeciwnie. Wtedy powstały te pseudoteorie o autochtonicznym pochodzeniu Słowian. A że nie byliśmy autochtonami najlepiej świadczą o tym języki słowiańskie. Są bardzo mało zróżnicowane – czyli Słowianie jako lud podzielili się stosunkowo niedawno. I dlatego Polak z Czechem od biedy się dogada ( choć raczej Czesi rozumieją nas niż my ich). No niestety, ale historia Słowian to bardzo krótka historia na tle innych ludów Europy. W każdym razie, miej świadomość, że ta nacjonalistyczna walka archeologów niemieckich i polskich jest wciąż widoczna w całej literaturze przedmiotu. Wciąż na uniwersytetach pracują i wykładają profesorowie, którzy uczestniczyli w tym boju „o słowiańskość Biskupina” itp. Wciąż ich prace są drukowane i cytowane. Dlatego jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś o początkach państwowości Słowian – musisz analizować źródła archeologiczne sam. A i to z dużą ostrożnością. Wykopaliska prowadzą często doktoranci tychże profesorów…
A system oparty na tuzinie czyli 12 to nie jest kwestia zacofania. Tak łatwiej było prowadzić handel. 12 jest podzielne przez 2,3,4,6 natomiast 10 jest podzielne tylko przez 2 i 5. Dlatego, praktycznie do XIX wieku w handlu lepiej sprawdzał się tuzin. Wiem, w dobie iphonów ciężko to zrozumieć 😉

Dlaczego ukrywa się nasze dzieje Polski ?

Dlaczego wymazano nasze dzieje, a uczymy się tzw pokrętnej historii dopiero od 966r…? Powód jest prosty, bowiem kto nie zna swojej przeszłości ten nie korzysta z doświadczenia i wiedzy przodków swoich i jest zmuszony do popełniana błędów. Dlatego dziś nie potrafimy rozpoznawać swój od obcego jak i również rozpoznawać i rozczytywać fałszywych ideologi, mechanizmów, systemów, które nas zniewalają. Z dobrej znajomości naszych dziejów znalibyśmy dokładnie swą własną kulturę , a wraz nią wiedzę przodków popartą doświadczeniem. A poprzez to jasne byłoby kto ma wrogie zamiary i intencje oraz jakimi metodami i sztuczkami się posługuje aby je realizować. A przede wszystkim znane byłoby swoje, a nie obce. Kultura słowiańska. Wiedza i doświadczenie przodków, tradycje słowiańskie, czym jest to dziedzictwo dla nas dziś?

Czytaj dalej

Europejskie Dni Dziedzictwa Narodowego

2015Tak się nazywa projekt który którzy zrzesza wydarzenia związane z historią Polski i narodów goszczących w  Rzeczpospolitej przez dziesiątki wieków.

Według mnie to bardzo dobra inicjatywa ogólnopolska, bez względu z jakiego zakątka Polski jesteśmy, zawsze znajdziemy coś dla siebie, zgodne z własnymi zainteresowaniami historycznymi. Ja znalazłem takowe, ale niestety nie na wszystkie czas pozwoli pojechać lub grupa docelowa jest niewłaściwa (np. pogadanki z przedszkolakami 🙂

Jednakże zapraszam do przejrzenia katalogu i poszukania wydarzeń z własnego regionu. Zapraszam na stronę: http://edd.nid.pl/ aby obejrzeć katalog.3417

Jędrek powraca! Mury i armaty.

Surgepolonia, firma która wypromowała Jędrka z zamku Chojnik otwiera nowy sezon z tym człowiekiem o bardzo bogatej wiedzy historycznej.

Nowy odcinki regularnie będą się pokawyć w niedługim czasie a już dziś zapraszam do obejrzenia wstępnego odcinka o tym do czego służyły mury i jak broniono się w średniowieczu.

Gorąco zapraszam do obejrzenia:

ISIS planuje zniszczyć piramidy oraz Sfinksa

Terroryści z Państwa Islamskiego wzięli sobie na cel piramidy Cheopsa, Chefrena oraz Mykerinosa, które znajdują się w Gizie. Zniszczony ma również zostać Sfinks. 

Wszystko przez to, że terrroryści wyznają zasadę, iż żaden obiekt nie może być przedmiotem kultu, a niszczenie tego typu budowli jest obowiązkiem religijnym „każdego muzułmanina”. W tym tonie wypowiadał się Abu Bakr al-Bagdadi, który jest jednym z liderów dżihadystów.

Pomysł dżihadystów wspiera również radykalny duchowny Anjem Choudary z Wielkiej Brytanii. Jest przekonany, że jeśli Państwo Islamskie zdobędzie Egipt, to konieczne będzie zniszczenie wszelkich przedmiotów bałwochwalstwa, do których duchowny zaliczył piramidy oraz posąg Sfinska.

Niszczenie zabytków jest obowiązkiem religijnym każdego muzułmanina bo żadem obiekt nie może być przedmiotem kultu – stwierdził Abu Bakr al-Bagdadi, lider terrorystów z Państwa Islamskiego.

Terroryści z ISIS już wielokrotnie niszczyli cenne zabytki oraz starożytne przedmioty. Teraz pragną zrównać z ziemią kompleks wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO.

http://pikio.pl/isis-planuje-zniszczyc-piramidy-oraz-sfinksa/

travelcast-006

Sunnicki szejk, lider islamistycznej partii „Jedność Narodowa”, Abd al-Latif al-Mahmoud zaapelował do prezydenta Egiptu Mohammeda Mursiego o zburzenie piramid.

Zdaniem islamistów na egipskiej ziemi nie ma miejsca dla pomników kultury pogańskiej.

Aktywiści ruchu na rzecz ochrony zabytków wystąpili do władz kraju z propozycją utworzenia funduszu ochrony dziedzictwa kulturowego i historycznego przed radykalnymi ideami.

Źródło: Głos Rosji

szejk-morgan-salem-al-gohary-wzywa-do-2151_l

Ten człowiek – Szejk Morgan Salem al-Gohary wzywa do zburzenia piramid i Wielkiego Sfinksa w Gizie.

W 2001 r. brał udział w zburzeniu przez talibów posągów Buddy w Bamian w Afganistanie, znajdujących się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Te mające półtora tysiąca lat kilkudziesięciometrowe rzeźby wydrążone w skale zostały najpierw ostrzelane z dział, a kiedy to nie przyniosło efektu – wysadzone w powietrze.

Nikt nie wierzył, że jesteśmy zdolni zniszczyć posągi Buddy. I dlatego to zrobiliśmy. Teraz trzeba zrobić to samo z piramidami” – mówi al-Gohary. Podkreśla, że dzieła te są przykładem bałwochwalstwa i stanowią obrazę dla Allaha, ponieważ faraonowie uważali się za bogów. Poza tym przyciągają turystów, a wraz z nimi alkohol, hazard, prostytutki itd. – wszystko, czego islam zabrania.

Nie tylko ja, ale chyba miliardy ludzi są zdziwieni takimi informacjami, niszczenie zabytków to wandalizm na niespotykaną skalę. Islamiści, muzułmanie mylą się że są to obiekty kultu, to są obiekty naukowe i pomniki historii.

Najdziwniejsze jest to że islam istnieje już trochę czasu, kiedyś miał nawet monopol w tej części świata – przecież istniał już Kalifat rozciągający się przez całą Afrykę Północną, ale nigdy wtedy nie przeszkadzało im istnienie pomników dawnych ludzi-bogów, pomników historii. Wręcz przeciwnie, było to dla nich źródło pieniędzy. Turystyka to był biznes przez wiele wieków.

Jednak nie, historia niszczenia obiektów które były ważne dla obecnych wtedy ludzi. Mniejsze piramidy zostały rozebrane, a zniszczenie ówczesnej Biblioteki Aleksandryjskich było ciosem dla nauki i historii. Kalifat niszczył pisma arabskich naukowców, tych którzy byli nośnikami cyfr hinduskich których korzystamy na co dzień. Albo innej wiedzy nawet o energii atomowej. To dowód jak religia niszczy wiedzę i prawdę. Teraz ten czas powtarza się co jest najdziwniejsze.

A my właśnie możemy być pierwszym pokoleniem kiedy na naszych oczach znikną piramidy. Zniknie historia. Zburzone zostaną tajemnice i cel istnienia takich obiektów.

Trzeba pamiętać, że piramidy przez wielu, uważane są za nie tylko grobowce faraonów, ale także uważane są za narzędzia, maszyny do wysyłania energii, komunikacji lub innych rzeczy które zwykły człowiek nie potrafi uwierzyć. Ale zostały wybudowane pracą tysięcy ludzi, chronione przez rzeszę innych ludzi którzy przez tysiąc lecia ponosili śmierć w ich obronie.

Gdzie są teraz ci obrońcy? Przecież wszystkie kraje świata powinny wystosować oficjalny protest przeciwko wandalom. Powiem nawet, że powinny być wykonane działania militarne  w obronie najstarszego dziedzictwa świata. Póki co politycy pokazują nam taki gest…

glowy-czterech-amerykanskich-2901_l

A może taka jest kolej rzeczy? I wszystkie te historie o istnieniu ludzi o wysokim poziomie technologicznym przed naszymi czasami są prawdziwe, ci wcześniejsi także zniszczyli swoje zabytki, swoje domy, swoją historię, a potem był jakiś kataklizm naturalny lub spowodowany przez człowieka, lub inne istoty pochodzenia ziemskiego który spowodował wymarcie, zdegradowanie ilości mieszkańców do minimum. Wtedy cały proces ewolucji technologicznej, naukowej, religijnej człowieka zaczął się od nowa?


thumb_588_okladka_duzyZrobię reklamę, książki której przeczytałem kilka lat temu, książką zaznaczam, z kategorii fantastyki (ale nie fantasy) o tytule: „Allah 2.0” przedstawia nam dwa, jakże różniące się od siebie światy – ponury, przyszły świat w objęciach muzułmanów i Chińczyków oraz fantastyczny XIII-wieczny Damaszek. Dwa światy, pozornie odseparowane od siebie. Każdy z nich jest autonomicznym systemem bytowania ludzi.

Książka wciąga, ale pokazuje świat, Europę, Polskę jaka może się stać gdyby islam zapanował. Ciekawe czy Mieszko Zagańczyk nie przepowiedział w ten sposób świata po roku 2070.

Gdzie podziali się „odwieczni Germanie czystej krwi”, czyli o co tak naprawdę chodzi z tymi wszystkimi „germańskimi” haplogrupami?

SKRiBH

File:Frequency of R1a in Europe.png
Występowanie haplogrupy R1a w Europie wg. wikipedia.

~kew – 27.02.2012 (21:34)
….ważne jest, że haplogrupa R1a1 czyli slowiańska zamieszkuje nasze tereny od 10,7 tyś lat. Wszystko inne, to propaganda finansowana przez germanów -prawie każdego prof . w Polsce da się kupić ,żeby powiedział to co się chce ,to tylko kwestia kasy. Stąd np ta zmiana w rozumieniu historii, że np nie było Prasłowian w Biskupinie.

Mapka z występowaniem tzw. haplogrupy R1a, jak i komentarz ~kew to tytułem wstępu do pierwszego wpisu w całości poświęconego tylko genetyce, (choć w sumie to nie do końca, bo wszystko jest ze sobą powiązane). Jako wyjaśnienia do tego wstępu, powyższa mapka nie jest wg mnie mapką haplogrupy R1a, (zwanej też M420), (ja nigdzie nie widziałem mapki nie tylko tej haplogrupy, ale i wielu innych…), a raczej POŁĄCZENIA W JEDNO WYSTĘPOWANIA JEJ I WSZYSTKICH JEJ PÓŹNIEJSZYCH SYNOWSKICH „PODHAPLOGRUP”, patrz:

Z tymi mapkami haplogrup jak i ich nazewnictwem, czasem…

View original post 3 687 słów więcej

Etymologia słowa „Polska” czyli „Ziemia” – Głos Powiatu Średzkiego

[Głos Powiatu Średzkiego,
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps19-2011.pdf, cześć 1, numer 19 (86) 5 października 2011
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps20-2011.pdf, cześć 2, nr 20 (87) 19 października 2011
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps21-2011.pdf, część 3, nr 21 (88) 9 listopada 2011
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps22-2011.pdf, część 4, nr 22 (89) 23 listopada 2011]

Polska, to ziemia, kraj nasz, Polaków, nasza Ojczyzna – Macierz.

„Oni” mają swoje Ojczyzny gdzie indziej, Żydzi w Izraelu, Niemcy w Niemczech, Rosjanie w Rosji, a inne narody na innych terenach. „Oni” to wiedzą, dlatego goście nasi w Polsce (obce narody) wymyślili sobie bzdurne pojęcie „małej ojczyzny”, które stało się aktualnie bardzo modne. Stwierdzić należy jednak z całą stanowczością, że coś takiego nie istnieje, albowiem Matkę/Ojca/Ojczyznę/Macierz ma się tylko jednych. Nie można mieć dwóch Ojców/Matek/Ojczyzn/Macierzy jednocześnie, małych i dużych. I chociaż „Oni” w Polsce dobrze wiedzą, że wymysł ich, „mała ojczyzna”, nie ist nieje, bo to o czym mówią to przekręcone na ich polityczny użytek pojęcia domu rodzinnego, rodzinnych stron, miejsca ich zamieszkania, w których się samorealizują, z którymi są związani emocjonalnie (z niemiecka nazywa się to „heimat”), to jednak bzdurnymi pojęciami tymi, zatruwają umysły naszych polskich i swoich dzieci, mając w tym swój ukryty cel.

„Oni”, chcieliby w Polsce budować swoje własne, niezależne od nikogo „Ojczyzny”, ale jest to utrudnione, bo tu przecież Polska właśnie, bo tu są Polacy. Podszywają się więc pod nas (zwłaszcza Żydzi), noszą polskobrzmiące nazwiska, używają polskiej mowy, przed nami mienią się Polakami, dobrze wiedząc, że z natury i kultury swej, nimi nie są. Różne są tego ich cele i zamiary, a jednym z nich jest choćby to, żeby móc w „rozszerzonym składzie” startować i być wybieranym w wyborach do różnego typu rad, Sejmu i Senatu, zamiast zgodnie z prawem startować z list mniejszości narodowych. Stąd to w społeczeństwie naszym utarło się przekonanie, że w naszym polskim Sejmie i Senacie, wielu obywateli polskich tam zasiadających jest obcych narodowości, oraz że jest to główna przyczyna niepowodzeń gospodarczo-politycznych Polski, i postępującego upadku Polaków. Jak jest faktycznie trudno dociec, „ale coś w tym jest”, gdyż jedną z pierwszych decyzji Sejmu Solidarnościowego było zlikwidowanie w dowodach osobistych informacji o przynależności narodowej. W ten oto sposób umożliwiono obcym w Polsce, ukrycie swoich narodowości, miejsc zamieszkania i wszelkich innych danych z nimi związanych.

Dlatego jednym z nadrzędnych celów polskich (tak jak to się dokonało podczas powstania wielkopolskiego) powinna być polonizacja polskich rad, Sejmu i Senatu (i nie tylko) oraz uchylenie ustaw sejmowych, o których wspomniano powyżej. Przywrócić należy też jak najszybciej, szacunek do Polski i Polaków, dokonać systemowych reform gospodarczo-politycznych, które nie będą uszczęśliwiać tylko wąskiej grupy żywiołów pasożytniczych, ale cały ogół obywateli społeczeństwa polskiego. I choć, w nowej, nadchodzącej kadencji wyborczej to nie nastąpi, to jednak należy wzmóc wszelkie wysiłki, żeby już w następnych, selekcja wyborcza się dokonała, i społeczno-narodowo-polskie zamierzenia gospodarczo-polityczne się spełniły. Dla niezorientowanych podaję informację, że w Izraelu, do Knesetu (odpowiednik polskiego Sejmu) nie dostają się z reguły nie-Żydzi, więc dlaczego w Polsce, ponoć nie-Polacy wybierani są w tak rozległym, niczym nieograniczonym zakresie. Niedawno media podały, że znany izraelski rabin wystosował apel, w którym, twierdzi, że jedna z żydowskich członkiń Knesetu, nie powinna być jego członkiem, tylko dlatego, że zawarła mieszane małżeństwo z przedsta wi – cielem innej narodowości. Wobec tego, czy nie powinno wprowadzić się także u nas reguły, że ten kto posiada inne obywatelstwo (podwójne), nie może w Polsce być wybieranym do władz i pełnić ważnych funkcji publicznych? Czy nie powinien uznanym być za wroga, szpiega i zdrajcę Rzeczypospolitej, ten kto nie dopełnia wierności swojej Ojczyźnie, albo ten kto neguje istnienie Polski jako państwa narodu polskiego, twierdząc że Polska to kraj dwóch współistniejących z sobą narodów?

Czy wierzycie, czy jesteście przekonani, że obce dłonie, obce umysły sprzyjać będą nam – Polakom? Czy też sprzyjać będą samym sobie, swoim grupom narodowościowym w Polsce? Niestety, naiwnych ludzi w Polsce nie brakuje. Jeśli więc zarząd nad Polską i polska ziemia, i urzędy, i banki itd. przechodzi w obce ręce, jeśli spada przyrost naturalny Polaków (mniej się rodzi a więcej umiera), jeśli coraz więcej Polaków emigruje (i wynarodawia się), oznacza to, że Polacy tracą władzę nad Polską i wolność, że Polska ginie, choć nadal pozostaje w swej nazwie. Nawet historia Polski po raz kolejny jest przeinaczona, fałszowana na czarno i bladoniebiesko, na potrzeby, użytek oraz modłę obcych. Ziemi naszej bronili poprzez wieki nasi praojcowie, nie szczędząc swej krwi, pracy i bogactw, a dzisiaj na słowiańskiej, lechickiej, wendskiej, guthskiej ziemi (Wendowie, Wandalowie, Lechici a nawet Goci, to są inne, dawne nazwy Polaków), jacyś obcy przybysze i współpracujący z nimi „paniczykowie”, oraz niektóre inne typy osób, próbują tworzyć podziały, nierówne, niedemokratyczne, niesprawiedliwe społecznie systemy królewsko-cesarskie, czyli feudalnoniewolnicze, jakieś wyimaginowane, obcokulturowe, obconarodowe i pasożytnicze twory społeczno-państwowe, typu UE, „Judeopolonia”, etc.

Powoli, ale skuteczniej niż wojenną drogą, „bez jednego strzału”, odbierają Polakom – Polskę, naszą ziemię, banki, dobra i kulturę, domy, dwory i pałace, fabryki, kopalnie etc. Patrzymy w amoku na to wszystko, jak obce narody zabierają nam gaz (g)łupkowy, pieniądze, ziemię, dzieci, rodziny, zdrowie, radość życia i wszystko prawie co mamy – rozbici i słabi nie protestujemy, a czasami z bezsilności lub podpuszczeni przez obcych, skaczemy sobie do gardeł. Czy więc jesteśmy godnymi nosić sławne imię naszych polskich przodków i ojców, szczycić się ich historią, kulturą i dokonaniami? Czy jesteśmy godnymi potomkami powstańców styczniowych, listopadowych, wielkopolskich, śląskich i innych? Czy jesteśmy godnymi synami świętej polskiej ziemi? Czy zapomnieliśmy, że to my – Polacy i nikt inny, jesteśmy dziedzicami tej polskiej ziemi. Czas najwyższy nastał żeby się odmienić, odnowić, odrodzić, czas najwyższy nastał żeby wypędzić z nas, „obce nienawistne nam demony”, które zadłużają i upadlają bez umiaru naszą Polskę i zatruwają Polakom życie. Nie sprzedawajmy dalej Polski, naszej Ojczyzny, naszej Matki, dawnym naszym wrogom, i ich „obco-uzurpatorskoszlachecko-królewskim” pomocnikom, tym co ją przez wieki ruj nowali! Nie oddawajmy jej „bez jednego strzału”! Pamiętajmy o hasłach naszych ojców:

Wolność, Równość, Własność,
Sprawiedliwość i Braterstwo,
Bóg/Polski Bóg, Honor, Ojczyzna.

Nigdy jeszcze w historii naszego kraju, Polska nie była tak zadłużona, jak za teraźniejszych czasów, tzw. „postsolidarnościowych”. Nigdy nie posiadaliśmy tak olbrzymiego zadłużenia, które nadal katastrofalnie szybko rośnie. Na koniec września 2011, zadłużenie Polski wynosiło 1.581.094.348.707, 00 zł (w tym prywatnie Polacy zadłużeni są na kwotę 730.479.411.840, 00 zł). Skąd to zadłużenie? Czy tyle nas kosztuje ta niby wspaniała UE, czy przypadkiem ktoś bez społecznej zgody polskiej, nie rozpoczął wypłaty Żydom, ich urojonych żądań odszkodowawczych? Żądamy natychmiastowego ujawnienia wydatków Państwa. Pomimo to, coraz to nowi „mądrale”, mamią naród swoimi „mądrościami i ogłupiającymi wywodami”, namawiają Polaków do emigracji, żeby w miejsce nasze sprowadzać inne narody, Manipulują i indoktrynują dzieci nasze oraz młodzież polską, kaleczą i zatruwają ich szlachetne umysły, wydłużają wiek emerytalny, podnoszą wszelkiego typu podatki, opłaty, koszty i lichwy. Coraz trudniej znaleźć pracę i prowadzić działalność gospodarczą. Kto za nich spłaci, przez nich zaciągnięte długi, czy mamy spłacać je my, Polacy? Oni wyjadą za granicę, żyć tam będą w luksusach, a tym co zostaną w kraju (Polakom) pozostawią długi. Te dzisiejsze długi są nie nasze, nie polskie, Polacy ich spłacać nie będą – niechaj o tym wiedzą, władza, pożyczkodawcy, pożyczkobiorcy. To są ich rozliczenia, a nie nasze, Polaków, my obywatele polscy ich długów spłacać nie będziemy, i za nie odpowiadać! Przykładem niechaj będzie jeden z „bohaterów” afery ART-B, noszący polskobrzmiące nazwisko, który żeby uniknąć odpowiedzialnoś- ci, oddalił się do Izraela, a dzisiaj gdy zbliża się termin przedawnienia, znowu pragnie do nas powrócić. Ostatnio przed siedzibą premiera Donalda Tuska byliśmy świadkami samopodpalenia się polskiego pat rio – ty, który szykanowany był za to, że krytykował i ujawniał nieprawidłowości rządzących. Prosił on o reakcję, i pomoc rządzących z PO-PSL oraz inne ugrupowania – PiS, SLDUP, wiadomo z jakim skutkiem. Wkrótce po nim, prawdopodobnie kolejny mężczyzna, dokonał kolejnego samopodpalenia, tym razem pod budynkiem Urzędu Wojewódzkiego w Kielcach. „Oni” przed narodem czynią wielkie tajemnice, żeby naród zbyt wcześnie i zbyt wiele nie dowiedział się jaki los nam gotują. Dlatego w ostatniej chwili, znienacka, można by powiedzieć podstępnie, żeby wyciszyć sprawę i uniknąć dyskusji, na ostatnim posiedzeniu Sejmu, znowelizowali ustawę o dostę- pie do informacji publicznej. Doko – nane zmiany znacznie ograniczają dostęp Polaków do skrywanych przed narodem tajemnic. Przypuszczamy, że zmiany te są związane m.in. z planowaną budową elektrowni atomowych w Polsce. Po długim wstępie, ale potrzebnym, przystępuję do analizy etymologicznej słowa „Polska”. Czym jest „Polska”? Pojęcie to jest bardzo rozległe. Aleksander Janowski, w opracowaniu „Rzut oka na Polskę”, wyd. w 1923 roku, w Warszawie, Nakładem Biblioteczki Pogadankowej pisze, że „przez Polskę rozumieć musimy ziemie zamieszkałe przez Polaków. Na pojęcie więc Polski składają się dwa czynniki: Ziemia i Naród (dop.: władza, kultura, świadomość, suwerenność, powszechność praw i obowiązków, język, itd.). Gdyby nie było Polaków nad Wisłą i Wartą, to te ziemie nie byłyby Polską. Widzimy z tego, że oba pojęcia: Ziemia i Naród wiążą się z sobą i splatają w nierozerwalną całość, że nie byłoby Polski bez ziemi, ani też bez narodu. Czymże jest naród w stosunku do ziemi? Jest on jej dziedzicem, panem i gospodarzem”. Tradycja, legendy, ustne i pisemne przekazy, odkrycia archeologiczne i wnioski, z badań historycznych, dowodzą, że Polskę dał Polakom Bóg Słowian i Wszystkich Ludzi, Który Jest, Był i Będzie Zawsze. Dał ją Polakom, a nie Żydom, Niemcom, Chińczykom czy innym narodom. Udowodnionym jest też, że Polacy do Polski nie przybyli nie wiadomo skąd, jak nam wmawiają niektórzy, ale są jej autochtonami od samego początku, i będą po wieki wieków. Różne narody nieraz próbowały wydrzeć Polakom lechicką ziemię, ale zawsze odchodzili z niej pokonani (niech to będzie nauką dla wrogów naszych, którzy są w granicach naszych i poza jej granicami). „Polacy są Słowianami. Nazywają się jako Słowianie Winidami (dop. Wenedami, Wandalami, Wenetami…). Niemcy do dnia dzisiejszego, drobniejsze plemiona słowiańskie zwą Wenden, Wendowie, która to naz – wa szeroko rozpościera się na północy i południu Europy” (Antoni Chłoniewski, „Początki dziejów naszych”, W-wa 1923, s.1 i 2). Uczono nas też w szkole, że słowo „Polska” od naz wy plemienia słowiańskiego „Polan” powstało. Twierdzenia te są tylko półprawdami, bo „Polska i Polacy” istnieli wiele wieków przedtem, zanim powstało państwo Mszka (Mieszka).

zerca

Za moją przyczyną, na oczach czytelników Głosu Powiatu Średzkiego, upada dawna [oficjalna/współczesna] teoria dotycząca etymologii słowa „Polska”, którą karmiono nas poprzez wieki. Upadnie też etymologia nazwy naszego miasta „Środa Wielkopolska”.

Słowo to nie pochodzi od targów, które jakoby odbywały się w środę. W jednym z moich artykułów rozprawię się z teoriami różnych polskich historyków i profesorów, jakoby Polacy przed „inwazją niemiecko-rzymsko-chrześcijańską” na ziemie polskie (lechickie), nie znali pisma, albo że nie posiadali swego Boga Jedynego, Pana Wszechrzeczy.

herb_przem herb_powiatu_-_krzywe-_wersja_11W którymś z artykułów udowodniłem już, że flaga i herb Środy, zostały zafałszowane i są niezgodne z polską tradycją oraz sztuką heraldyczną (pomimo to, tzw. „zamalowany heksagram” nadal powiewa nad średzkim magistratem i prawie nikomu to nie przeszkadza, zwłaszcza regionalnym działaczom oświatowo-kulturalnym i turystom, oraz tzw. „obywatelom małych ojczyzn” (- dlaczego?). Przypuszczam i zdaję sobie sprawę z tego, że moje patriotyczne i wyważone artykuły, sprzeciwianie się nieuzasadnionemu „rozdawnictwu majątku narodowego”, w tym sprzeciwianie się zwrotowi tzw. „mienia pożydowskiego”, nie są w smak niektórym moim oponentom. srodaZdaję sobie też sprawę, że mnie, polonofilowi, badaczowi polskiej i żydowskiej historii (tej będącej dotąd tabu), niektórzy moi oponenci wrogo usposobieni do mnie, próbowali będą przylepiać oszczerczo wyimaginowaną łatkę antysemity, będą próbowali mnie zaszufladkować, grozić mi i straszyć. Nie jest to nic nowego, że dzisiaj Polakom, wyrażają cym swoje niezależne, wolne zdanie, tak się czyni. Wrogowie nasi, oskarżając i obrzucając nas błotem, próbują w ten wyrafi nowany sposób nas dyskredytować w opinii społecznej, żeby ukryć swoje własne, czasami antypolskie i niecne cele, żeby przygotować sobie przedpole, do niczym nieskrępowanych działań.

Natomiast dlaczego zwykle milczą wtedy, gdy młoda artystka wiesza genitalia na krzyżu naszej wiary, albo gdy „profanuje się” bohaterów z Westerplatte, gdy w niektórych mediach, bezpardonowo atakuje się propolsko i patriotycznie usposobionych księży, a także patriotycznie usposobioną młodzież polską i osoby w starszym wieku. Moja odpowiedź dla tych „oszczerców ” jest jedna (cytuję z pamięci):

Święta miłości kochanej Ojczyzny. Czują Cię tylko umysły poczciwe! Dla Ciebie zjadłe smakują trucizny. Dla Ciebie więzy, pęta niezelżywe. Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny. Gnieździsz w umy s- łach rozkosze prawdziwe. Byle Cię można wspomóc, byle wspierać. Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać” („Hymn do miłości ojczyzny” Ignacy Krasicki, bp warmiński, a potem abp gnieźnieński).

Teraz ciąg dalszy rozważań o etymologii słowa „Polska”.

W dawniejszej literaturze panowało zgodne przekonanie o przodującej roli Polan, w procesie kształtowania się państwa polskiego, któremu zresztą pozostawili swą nazwę plemienną, pochodzącą od pól. Obecnie niektórzy uczeni podkreślają, że na terenie Małopolski, już o wiele wcześniej niż w Wielkopolsce, bo w IV i następnych wiekach, istniały twory państwowe, dość wysoko zorganizowane, które przejawiały zdolności państwowotwórcze” (zespół redakcyjny pod przewodnictwem Jerzego Topolskiego, Dzieje Polski, PWN Warszawa 1981, s. 89).

Te dwa zdania mogą być dowodem na to, że historycy polscy posiadają różnorodne poglądy dotyczące historii Polski, że spierają się oni o swoje teorie, i że odkrywają przed nami coraz to nowe tajemnice. Istnieje jednak pewna grupa ludzi, która niektórych tematów stara się nie poruszać, niewłaściwie je nazywa i interpretuje. Różne są przyczyny tego stanu rzeczy.

Jednym z tych tematów są starożytne dzieje Polski i etymologia słowa „Polska”. Badania nad etymologią słowa „Polska” podjąłem dlatego, że wśród osób interesujących się tą problematyką, nie ma co do tego zgodności, natomiast moja wiedza, poglądy i przekonania, predysponują mnie do jej opracowania. Na przekór więc wszelkim przeciwnościom, podjąłem się przekazać Wam, w skondensowanej formie, prawidłową definicję i znaczenie tego słowa, odkrywającego naszą tożsamość.

Ksiądz profesor W. Szcześniak, magister teologii, w swoim dwutomowym dziele, „Dzieje Kościoła Katolickiego w zarysie”, s. 254, wyd. przez Druk. P. Laskauera i W. Babickiego, w Warszawie, w 1902 r., napisał:

Słowianie, pochodzenia aryjskiego, na wiele wieków przed erą chrześcijańską byli ludem osiadłym na olbrzymich przestrzeniach środkowej Europy, pomiędzy Renem a Dnieprem, morzem Bałtyckim a Dunajem i Alpami (część historyków niemieckich z K. Mullenhoffem na czele, naciągając naukę do celów stronniczych, osadzają Słowian pierwotnych tylko pomiędzy Wisłą a górnym porzeczem Wołgi, Donu i Dniepru – Deutsche Alterthumskunde, Berlin 1887, t.2). Dzielili się na liczne, niezależne od siebie plemiona (dop. suwerenne państwa), złączone jednak jednością pochodzenia, języka i tradycji. Szczep to silny i wytrwały, a do ziemi swej nade wszystko przywiązany”.

Natomiast Anonim tzw. Gall, w „Kronice Polskiej” ziemie Słowian określa następująco:

…ziemia słowiańska tedy, która na północy dzieli się czy też składa z takich osobnych krain, ciągnie się od Sarmatów, którzy zwą się też Getami, aż do Danii i Saksonii; od Tracji zaś poprzez Węgry – zajęte niegdyś przez Hunów, zwanych też Węgrami – a w dalszym ciągu przez Karyntię, sięga do Bawarii; na południu wreszcie wzdłuż Morza Śródziemnego poczynając od Epiru przez Dalmację, Chorwację i Istrię dobiega do wybrzeża Morza Adriatyckiego, gdzie leży Wenecja i Akwileja, i tam graniczy z Italią…

weles2Pisarze rzymscy i aleksandryjscy jak Pliniusz, Tacyt i Klaudiusz Ptolemeusz mówią nam o Wenedach to, że siedzieli na północ od Karpat nad Wisłą nad zatoką Bałtyku, zwaną „Zatoką Wenedzką”, czyli niewątpliwie nad Zatoką Gdańską („Sinus Venedicus”), że byli ludem najliczniejszym w tej części Europy…, wreszcie, że na ziemiach przez nich zajętych znajdowały się góry zwane „Górami Wenedzkimi”, według mniemania szeregu badaczy identyczne z dzisiejszymi Górami Świętokrzyskimi. W źródłach późniejszych występują też „Venadi Sarmatae” w dorzeczu górnego Koroszu na Węgrzech wschodnich i „Venedi” na północy od delty Dunaju (III w.) oraz Wenetowie walczący gdzieś na północ od Morza Czarnego (IV w.)… Najdawniejszą wzmiankę historyczną o Wenedach w ogóle podał nam Herodot (489–425 r. p.n.e.) pisząc o kraju Enetów, mieszkających gdzieś daleko na północy nad oceanem, tam gdzie wpada doń rzeka Eridanos  (najprawdopodobniej Radunia, utożsamiana z ujściem Wisły) i gdzie znajdowały się wybrzeża bursztynodajne. Jest rzeczą oczywistą, że Słowianie od bardzo dawna poza nazwą zbiorową Wenedów, znani byli swym sąsiadom pod nazwami poszczególnych plemion i szczepów. Część z nich, jak np. nazwa poświadczonych w II w. n.e., Weltów, mieszkających wtedy nad Bałtykiem, ale na wschód od ujścia Wisły, przetrwała do czasów późniejszych pod postacią zaodrzańskich Weltów-Wielotów (lud ten zwano też Lutykami i mylnie Wilkami, a to z tego powodu, że nazwa „Wielcy” upodabnia się do „Wilcy”, ci zaś do Wilków.

Podobnie ma się rzecz z Lugiami (od „ługów, łęgów”), umiejscawianymi na podstawie źródeł z pierwszych wieków po Chr., w różnych częściach Śląska i na pograniczu łużycko-śląskim. W plemionach tych wolno dopatrywać się, mimo podnoszonych niejednokrotnie wątpliwości, późniejszych Łużyczan (Luizjan – od Luzacji) (K. Jażdżewski, „Gdzie była prakolebka Słowian”, Spółdz. Wyd. Czytelnik, W-wa, 1947, s.7,8).

1534960_615865175202318_2236411364376921205_o

Uzupełniając te przykłady, dodać należy, że słowiańskie terytoria, na przestrzeni wieków, przekraczały wzdłuż i wszerz i w każdą stronę, granice podane powyżej, a jej bijącym sercem, jej najbardziej prawdopodobną pierwotną siedzibą, jej prapoczątkiem, tym z czego Słowiańszczyzna powstała, jest Polska, w dawnych i aktualnych swych granicach. W mnogości różnorodnych teorii, opowiadań, nazw, trudno odnaleźć prawdę, ale choć prawdę z fałszem celowo niekiedy mieszano, to nadal możliwe jest oddzielenie ziaren od plew. Za Aleksandrem Janowskim podaję, że w 1923 roku obszar Polski wynosił 386.000 km2 , a w roku pierwszego rozbioru (1772) 753.000 km2 , natomiast w 1648 roku Polska posiadała 960.000 km2 . Aktualne granice Świętej Polski – Ziemi, ustalone po drugiej wojnie światowej, wynoszą 312.683 km2 . Są one swego rodzaju mistycznym objawieniem, w kształcie swoim przypominają bowiem serce (serce Polski, Słowiańszczyzny, Europy, Świata – patrz atlas geografi czny). Dawniej, określając Polskę, używano niekiedy zwrotów „Polska – Ziemia”, „Ziemia – Polska”, „w Polszcze – Ziemi”. Wg mnie zwrot ten tłumaczyć należy jako „Polska – czyli Ziemia”, „Ziemia – czyli Polska”, „w Polszcze – czyli Ziemi”.

Słowa „Pole, pola, polsko, polska – po staro – polsku” i słowo „ziemia” – znaczy to samo: ziemia.

Są tacy, którzy dowodzą, że nazwa Polacy, pochodzi od Lecha, niby po Lechu, Polechy, Polachy, Polacy. Niezawodnie wyraz Polacy pochodzi od pola”,

czyli ziemi (dop., mówimy, kupiłem ziemię/w domyśle pole, albo, kupiłem pole/w domyśle ziemię. Tutaj pole znaczy ziemia, tutaj pole = ziemia.),[przyp. red. Autor zapomina że ziemia dawniej to nie były pola, tylko przestrzenie gęsto zalesione, pole, ziemia to przestrzeń, druga połowa nieba] a Polacy to Słowianie, „którzy od niepamiętnych czasów zamieszkują Europę”. (J. Chociszewski, Dzieje Narodu Polskiego, dla Ludu i Młodzieży, Nakładem Księgarni J.K. Żupańskiego, Poznań 1892 r., s. 15,16,6).

Z ziemią związany jest wyraz ziemianie, polanie, lechici, šlachta, lędzianie, luigianie, a nawet łużyczanie i arowie (jest to stwierdzenie zaskakujące, ale prawdziwe – będzie o tym w artykule).

Dziejopis Julian Bartoszewicz przypuszcza, że wyraz ziemianie oznaczał w Polsce pias towskiej wszystkich, bez względu na stany” (Z. Glogger, Encyklopedia Sta – ropolska Ilustrowana).

Starołacińskim tego odpowiednikiem jest słowo „terrigena”, oznaczające obywatela na ziemi narodowej (ziemi należącej do narodu) zrodzonego. Jego przeciwstawieniem jest wyraz „alienigena”, oznaczający obcych przychodniów, zrodzonych na ziemi narodowej.

Szlachta (dop. ziemianie, rolnicy), – pisze Lengnich(?) w swojem Prawie Pospolitem – po wsiach swych i dobrach mieszkają, skąd też ziemianami zwanymi są, jako na ziemiach swych urodzeni, a dobra ich ziemskiemi (dop., lechickimi, od lechy – ziemia) do-brami się zowią”.

Szlachta, czyli šlachta, cały naród pochodzący s Lachcic, z Lachcic, z naszej prastarej Lechii, od Lachów, Lechów, od wspólnego przodka Lecha/Lacha pochodzący.

10750015_756001327804844_4218588415789441266_o  1908451_631344526986382_8677350810081046173_n

Poprzednią część, dotyczący etymologii słowa „Polska”, zakończyliśmy stwierdzeniem, że tak jak w Biblii, uznaje się, że naród żydowski pochodzi od Abrahama, takoż więc samo i przeciwstawnie uznaje się, że naród lechicki, czyli polski/polański/ziemski/… pochodzi od Słowa, ale i Lecha/Lęcha/Lacha,Ziemi(pola, przestrzeni), dlatego Polacy nazywani są Słowianami, Lechitami, Lęchami, Lachami, Lechami, Polanami, Ziemianami i jeszcze inaczej Wenedami, Gotami,… A jeśli Żydzi, wg Biblii uznają się za naród przez Boga wybrany, takoż samo i przeciwstawnie mają prawo uznawać się za naród przez Boga wybrany, wszystkie inne narody, w tym także Polacy. Gdyby natomiast wiary tej innym narodom zabraniano lub to kwestionowano, zachowując przy tym swój tylko pogląd, byłby to skrajny przejaw rasizmu religijnego i nacjonalizmu narodowego.

Tutaj podkreślić należy jeszcze raz, że Polacy wierzyli/wierzą, że na początku było „Słowo”, a Słowianie od Słowa pochodzą. Jest też wielce prawdopodobnym, a ja jestem przekonanym, że dawniej Polska, dzieliła się na „Ziemie” zamieszkałe przez lechickie wspólnoty rodowe, w tzw. „opolach”, „gromadach”, „kminach/gminach”, w których dominował šlachetny, polański, czyli ziemski system społeczno-gospodarczy. Ziemia w tych opolach była wspólna, gromadzka, kminna/ gminna, a każdy członek gromady, kminy/gminy, kmiet/kmiot/kmieć, każda lacka rodzina miała w niej swoją dziedzinę, wyrwaną z niwy ziemię, czyli lechę/pole/polsko/lug, którą sama uprawiała. Każda ziemska, czyli lechicka/polańska/polska rodzina miała więc swoją ziemię, czyli lechę/pole/polsko/lug, swoją dziedzinę, każdy był Ziemianinem, czyli Lechitą/Polaninem/Polakiem/Lugiem i dziedzicem, każdy człowiek rodem pochodzącym z Lachcic, z Lechii, był s/z-Lachcicem, szLachcicem, czyli szlachcicem.

Pozostała część ziemi należąca do wspólnoty rodowej, była uprawiana i wykorzystywana wspólnie (pastwiska, łąki, lasy, rzeki, jeziora, i inne). Niedowiarków odsyłam do urzędów gmin, gdzie dotąd jeszcze, cudem poprzez pańszczyźniane wieki, przetrwały i zachowały się stare przeżytki naszych dawnych, szlachetnych, šlacheckich, czyli lechickich systemów, tzw. „ziemie gromadzkie”, współwłaścicielami których dotąd są wszyscy mieszkańcy zameldowani w danej miejscowości (żeby sprzedać taką ziemię gminną, potrzebna jest zgoda każdego mieszkańca danej miejscowości. Czy o tym wiedzieliście?).

Chcą zlikwidować te ostatnie nasze słowiańsko-lechickie, wspólnotowe, ziemskie pozostałości, żeby je sprywatyzować, dlatego w tej sprawie przygotowywana jest specjalna ustawa (albo już weszła w życie). Do tematu tego kiedyś powrócimy, bo wyjaśnienia wymaga dokonana już sprzedaż szeregu „kminnych”/gminnych ziem.

Najazd wojsk feudalnych na Polskę, położył kres wszelkiego typu szlacheckim, z Lachcic pochodzących, szlachetno-demokratycznym stosunkom społecznym, opartych o zasady równości, wolności i własności wspólnej oraz indywidualnej. Położył też kres „pogańskim” wyobrażeniom wiary lechickiej. Szczątki tej wiary, przeniesione, przemycone i ochronione przez dawnych polskich księży, przetrwały i częściowo są kontynuowane w naszej dzisiejszej ojczystej, narodowej, katolickiej wierze chrześcijańskiej i należy to z pieczołowitością w niej pielęgnować, nie polskosłowiańskie wtręty, interpretacje i wyobrażenia rugować (czytaj, literatura własna). To także dlatego, z zewnątrz i wewnątrz, trwa zmasowany atak na chrześcijańską wiarę naszą, w której przeniesiono i zachowano tak wiele starodawnych pierwiastków lechickiej wiary przodków naszych, który to atak ze wszech sił należy odeprzeć, bo jest to atak na Polskę i Polaków i nasze dzieje. [przyp. red. myślę że to nie księża zachowali, ale mimo woli, społeczność wymusiła na nich aby dawne wierzenia zachowały się, ale dzięki temu można odbudować dawne wierzenia i przywrócić wiarę lechicką do świetności\świętości.]

Jak słusznie zauważyło wielu historyków, Polacy – Słowianie, znani byli pod różnymi nazwami poszczególnych plemion i szczepów (państw i państewek). To rozdrobnienie starodawnej „Polski” na różnego rodzaju plemiona, szczepy (państwa i pańs – tewka), różne tłumaczenie słowa „Polska” przez różne stare i nowe języki, spowodowały, że Polska i etymologia tego słowa, stały się na przestrzeni dziejów, przedmiotem wszelkiego typu nadużyć, zafałszowania historii i osiągnięć Polski/Polaków, na przestrzeni dziejów, a nawet przepisanie polskich osiągnięć społeczno-militarno-kulturalnych na inne, obce nam narody.

Tak jest np. w przypadku polskich Gotów i Wandali, Antów, Sarmatów, Awarów (Abarów) Prusów (nie Prusaków), Bastarnów, inaczej Peucynów, itd., co do których powinniście wiedzieć, że są to plemiona polskie, słowiańskie, a nie niemiecko-germańskie. Wzmiankował o tym dr Michał Sokolnicki, w swoim dziele, „Historia Powszechna, okres starożytny, barbarzyńcy na gruzach Rzymu”, Wydawnictwo „Kultura i Wiedza”, W-wa, 1931; dr J.S. Zubrzycki w swoim dziele „Utwór kształtu” i wielu innych autorów. W literaturze i na stronach Wikipedii, można zapoznać się z różnie zastosowanymi i przetłumaczonymi odpowiednikami nazw dotyczącymi Polski i ziem polskich, na przestrzeni dziejów. Są to m.in.:

Pole, Polje, Połe, Póło, Poli, Pali, Polija, Polna, Polsko, Polska, Poljska, Polen, Pollen, Poleni, Polanie, Poljana, Polianicus, Polania, Polenia, Polonia, Poloniae, Polanorum, Palniorum, Paliniorum, Polsza, Pologne, Poland, Polisch, Polaris, Polaries, Polanis, Polonie, Polonus, Polentia, Polo Arctico, Ara, Arya, Arowie, Aryowie, Polani, Polska – Ziemia, Polona, Pollandeu, Polos, Poles, Pólos, Pólland, Regnum Poloniae, Terra Po- loniae, Bulanes, Bulones, Gutones, Bulonia (od Polonia), Bulanda, Bolan, Ba Lan, Lechy, Lęchy, Lechowie, Lęchowie, Lechici, Lechitae, Lechia, Lehce, Lęchy, Lędowie, Lędzianie, Ledzice, Lęda, Lędjana, Lugiowie, Lugi, Lachy, Lenkija, Lehistan, Lahia, Lahestan, Lachistan, Lędzice, Lęchy, Lęchowie, Lengyel (czyt. Lendjel), Lengyelrszag, Lechastan, Sclavēnī, Sklaboi, Sthlaboi, Sclavi, Schlavi Slavonia, Slawoni, Slověni, Słowia, Sławia, Sławni, Sławenia, Sławianie, Slověni, Suobenoi, Słob(w)enoi, Swewów (Swebów, Suebī, Suevī), Słowieni, Słoweńcy, Słowacy, Skoloci, Scytowie, Słowini, Slavia, Wandalaria, Wandalia, Wenedia, Antowie, Entowie, Alanowie.

TpCueW8UFR8

Zbadałem i ustaliłem ponad wszelką wątpliwość, że słowa: – polsko(a), pole(a), pol je, poljana, ziemia, ar(y,i), wend, lech/lęch/ljech/lach(h), ług/łąg/łęg/lug/ślug/ślung, ląg/śląg/lęg/ślęg/lęd/lend/land/leng/śleng/lenk/led/lad/ląd w starodawnej oraz aktualnej pisowni i wymowie (często zniekształcanej w dialektach, gwarach i tłumaczeniach), znaczą to samo: „ziemię”, czyli „polsko(a)”, są synonimami.

Nazwa naszego państwa – „Polska”, równa jest i znaczy to samo co „Ziemia”. Ziemią jest: polsko(a), pole, ar, lecha, lęcha, lacha, lęda, lenda, leda, luga, ląga, śląga, ślunga, śląsko, lęga, ślęga, ślenga, ługa, łąga, łęga, łęża, lenga, lenka, wenda, lada, lado, ląd.

Słowo Ziemia równa się Polska(o) = Pol (e,a,je,j,us, os,en,ene,esy,and; czyt. Pole, Pola, Polje, Polja, Polus, Polos, Polen(e), Polesy, Poland) = Polen(ia) = Pol(j)ana = Pola(e)nia– = Polonia = Ar(a, ja, ija, ya, iana, inoi; Har/i/a- /y) = Lech (a,i,y,ia,ija,itae,itoi,ce,ina,eń, n,en; czyt. Lecha, Lechia, Lechija, …) =Lęch(a,y,ia,ija,itae,itoi) = Lach (a,i,y,ia,ija,itae,itoi; ch~h = Lah) = Lęd (a,y,ia,jana, ziana,ziany,zina,ziny,inoi,ina) = Lend (a,y, ja,ia,ija, ina,zina,ziny,inoi,zinoi) = Led(a,y, ina,nica,ija,na; Poledno) = Lug (a,i,y,ia,ie, iana) = Ślug/Ślung (ianie; Ślunż, Ślunsk, Ślunżanie) = Ług (a,i,ia, iana, Łu-życa/e, Luzacja) = Łąg (i,a, Łąża, Łążyca/e)=Łęg (a,i, Łężyca/e) = Ląg (g-ż) = Lęg (g-ż, ina) = Ślęga (ś-si, g-ż, ę-en; Ślęża, Silęga, Silenga, Ślężanie, Ślenga, Si-lienga)= Ślą-g(a; Śląża, Śląż, Śląsk, Śląsko, Ślążanie) = Ślunga(Ślunża) = Leng (a,i,iel,ija; Lengiel, Lenk, Lenkija) = Wend (i cała rodzina nazw: Wenda, Wene-da, Wenetia, Wendija, Wan – dea, Wandalia, Winidia…) = Lad (a,o; czyt. Lada, Lado, Łada) = Ląd(y) = (i inne).

11082632_920704911315474_1617678098741178612_nSłowa „wend, wenda, wand, wanda” są wieloznaczne. W odniesieniu do ziemi oznaczają białe(ych) ziemie położone nad wielką wędą/wądą/wodą, nad wielkim białym(ych) morzem/oceanem/rzeką, nad Bałtykiem/nad Wisłą (stąd Wenedów, Wandali znad Wisły, zwano także Wiślanami). „Morze Bałtyk” prawidłowo znaczy „Morze Bia(łe,łych)„, od starosł. „baltas”, czyli bia(łe,ły,łych,li). [przyp. red. dla równowagi jest Morze Czarne]

Bałtowie to biały, słowiański lud, siedzący nad Morzem Białych/Bałtykiem. Wisłę zwano kiedyś „Wandalus”, rzeką Wanda’lską/Białą, od zamieszkałych tam Białych Wandalów/Wendów/ czyli Słowian.

Wendos/Windos”, znaczy m.in. „biały”, tych co posiedli wedę (wiedzę).

W legendzie „O Wandzie, co nie chciała Niemca”, która wskoczyła do Wisły [przyp. red. Faktycznie wtedy nie było takiego kraju jak Niemcy, a granica ziem Słowian była na rzece Łabie], zakodowano informację o dawnej nazwie ludu polskiego (Wandalach), zamieszkującego wanda’ls ką rzekę. Przeniesiono też w niej, informację, że Polacy byli samodzielnym i suwerennym narodem, dobrze zorganizowanym, posiadającym własne lechickie zwyczaje, obyczaje, prawo, wojsko, władzę, religię, godność, że byli świadomi swej narodowej tożsamości, bardziej aniżeli teraz, że odrzucali narzucany im gwałtem, zbroją i podstępem, nowy system feudalnych, stosunków społecznych, opartych na poddaństwie, niewoli i wyzysku; zakodowano informację, że w obronie swej kultury, dawnej polskiej religii, wolności i godności, gotowi byli poświęcić swoje życie.

Autorzy Z. Gołąb, A. Heinz, K. Polański, na str. 615, książki pt. „Słownika – terminologii językoznawczej” napisali:
Wenetowie (dop. Polacy) w XII w. przed nar. Chr., przybywszy z północy (dop. z Polski) wyparli Umbrów na południe i sami zajęli dolną część doliny Padu, przyległe wybrzeże morza Adriatyckiego (geogr. śladem jest nazwa Wenecja). O języku ich daje pewne wyobrażenie kilkaset krótkich i trudnych do interpretacji napisów.”.

slowianka-wkf-2009-68943-large

Polacy (Wenetowie) kontrolowali najważniejsze ziemne, morskie i rzeczne trakty handlowe Europy, które służyły im także jako szlaki zwycięskich wypraw wojennych. Znakomici profesorowie i historycy, Jożko Savli, Maty Bor, Ivan Tomażic, uważają, że Wenetowie (dop. Polacy) to są Słowianie, którzy wynaleźli i upowszechnili wśród swojego ludu pismo, koło i wiele innych wynalazków. Uczonym tym udało się odszyfrować wenetyjskie inskrypcje (dop. polskie) oraz dowiedli, że Wendowie (czyli Polacy, czyli Arjowie, co znad Wisły pochodzą) byli twórcami europejskiego państwa (Imperium Słowiańskiego czyli aryjskiego, wendskiego czyli polskiego) o tysiące lat wyprzedzającego Cesarstwo Rzymskie.

Aryjskie te ludy, od niepamiętnych czasów zamieszkiwały rozległe równiny między Wisłą a Dnieprem i Bał- tykiem, a Karpatami. Stąd się rozszerzyły.” (K. Doliński, „Dzieje Polski”, s. 5).

Żeby tuszować sprawę, zmieniono nawet wczesno-naukowe określenie kultury, odnoszącej się do Ariów (Polaków), ludu odwiecznie zamieszkującego Europę (Äropę, Neuropę), od których na cały świat promieniowała swym blaskiem nasza bogata cywilizacja, w której życiodajnych promieniach ogrzewały się i kąpały, liczne inne narody świata, czerpiąc z niej naukę i przykład. Niewielu z Was zapewne wie, że jeszcze nie tak dawno w nauce dominował termin „kultura aryjska”, który zaanektowano, a nazwę zmieniono, na termin „kultura indoeuropejska” (stosowano też inne terminy, np. „kultura indogermańska”, itp.).

Dla osób nie interesujących się problematyką, wydaje się, że termin zastępczy „kultura indoeuropejska”, odnosi się do obszarów Europy i Indii. Nic bardziej błędnego, gdyby tak było, to powinno być „kultura indyjskoeuropejska”. Słowo „indo” znaczy „wenedzka”, a jak podają różne źródła, Wenedzi byli znani pod różnymi nazwami.

Nazwa ta w greckich i rzymskich ustach doczekała się całej masy odmian jak (w transkrypcji polskiej): Wenedi, Wenedai, Weneti, Enetoi, Winidi, Winidi, a nawet Indi, oraz szeregu innych jeszcze” (prof. dr Konrad Jażdżewski, „Z otchłani wieków”, Wyd. Muzeum Prehistoryczne, Poznań, 1946).

vv151Termin „kultura indoeuropejska” odczytywać należy więc jako „kultura wenedzka”, albo jako „kultura wenedzkoeuropejska”, albo tak jak to było przedtem w nauce, „kultura aryjska”. Jeśli więc Wenedowie i Ariowie to Polacy, Lechici znad Wisły, to terminy powyższe są synonimem „kultura polska”. Kolejnym wielkim historycznym „przekrętem”, jest wmawianie nam, że w pradziejach, obok nas Słowian, i przed nami, istniał odrębny naród „Germanie”. Owszem zaistniał, a właściwie został sztucznie stworzony, dopiero około dwa wieki przed narodzeniem się Chrytusa, powstając na ziemi słowiańskiej i z Słowian się składający. Naród germański powstał bowiem przez aneksje odwiecznych ziem słowiańskich i zniewolenie ludności słowiańskiej (wenedzkiej, czyli aryjskiej); przez wszczepienie w zdrową naszą materię (przedtem na cały świat promieniującej sławą i szlachetnością), zarodka nowej, obcej myśli i kultury niewolnej, feudalnej, zlatynizowanej, opartej na poddaństwie, wyzysku i nierówności społecznej. Zarodek ten zakiełkował, rozłożył i rozkłada, od wewnątrz, szlachetny, wolny i równy nasz organizm słowiański, a nazwany został germańskim, nordyckim, normańskim, rzymsko-niemieckim;

Słowiańskie ziemie i lud, na których wyrósł, nazwano Germanią. Słowo „Germanie” znaczy „brat rodzony”. Nazwa „Germanie” została wymyślona przez pisarzy rzymskich, i odnosi się do pradawnych ziem i ludów słowiańskich, którym wszczepiono ten zarodek (w niektórych tłumaczeniach słowo german, znaczy też zarodek). Za wschodnią granicę Germanii uznawano początkowo rzekę Wisłę lub Odrę, natomiast na zachodzie przekraczała rzekę Łabę i Ren, czyli dawne zachodnie granice imperium Słowian, na południu sięgała poza Karpaty na północy przekraczała Bałtyk. Lud Słowian i Germanów (powstałych ze Słowian), pochodzi z wspólnego pnia, od jednego ojca i matki, narody te są bratnie (aryjskie, czyli polskie, ziemskie, wenedzkie). German to Słowian brat.

Sprostować należy też błędne dotąd mniemanie jakoby Polacy, Słowianie byli ludem wyłącznie białowłosym (owszem niektórzy byli, ale nie wszyscy. Nazywani są oni ludem białym, jasnym (arinos), więc stąd utarło się potoczne, ale całkowicie błędne przekonanie, jakoby byli jasnowłosi. Jak już zauważyliście, odwiecznych mieszkańców ziem polskich, Polaków, zwie się/zwano różnie:

Ziemianami, czyli Polakami, czyli Lechitami, Lechcicami, Szlachcicami, Lechami, Lęchami, Lachami, Polanami, Polenami, Polusami, Arami, H(N)arami, Neurami (Polacy-Neu-rowie bili swoją monetę zwaną neuro), Arjami, Aryami, Hariami/Harami/Hirami (stąd jest słowo Hary, Hachary, Harnasie, Arusy, Harusy, Rusy), Lugami, Lugiami, Lugianami, Wendami, Wenedami, Wandalami, Wenetami, Enetami, Winidami, L(Ł)ędzianami, Lędziczami, Lędami, Ledami, Lednami, Ledniczanami, Lędianami, Ługiami, Łężyca-nami, Łężanami, Ślężanami, Ślążanami, Ślązakami, Ślunzakami, Silingami, Lążanami, Łużyczanami, Luzjanami, Luzakami, Lenkami, Lengielami, Lendzielami, itd..

Wszystkie te, i inne nazwy występują na terenie dawnej oraz dzisiejszej Polski, są nazwami polskich ziem i ludów, a wspólne znaczenie ich jest jedno: Ziemia i Ziemianie.

Ziemia i Ziemianie
to Polsko/a, Pole i Polacy;
to Lechia i Lechici, Lachia i Lachy (od nas pochodzi dotąd używany termin: „Laszka/Laska”, „ładna Laska, czyli ładna Polka/ładna kobieta”);
to Lada/Łada, Leda, Ledna, Lęda, Lędzicze, Lędzianie (od nas pochodzi termin „Łada, ładna” – wszystkie Ładniczanki/Ledniczanki/ czyli Polki, uznawane są za ładne/piękne);
to Lugiowie, Lugianie, Łużyca i Łużycanie, Śląsko i Ślę(ą)żanie – Dolny Śląsk to Dolne Łużyce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKról Polski, Władysław IV Warneńczyk, przez rocznik chorwacki zwany był Ledianinem, tak samo na południu określano Bolesława Wstydliwego, Bolesława Pobożnego. W starych pieśniach serbskich nazwa naszego ludu przetrwała w słowie Ledianin. Bolesław Chrobry, inaczej Chawry albo Wielki, tytułował się „Rex Slavorum, Gothorum, Wandalorum sive Polanorum”, co prawidłowo należy odczytywać jako „Król Słowian, Gotów, Wandalów, czyli/lub Polaków” (dawne znaczenie słowa sive, nie znaczy „i”, ale „czyli, lub”, i jest alternatywą do nazw poprzedzających w zdaniu).

W kilku książeczkach kościelnych pochodzących z lat 20-tych, XX wieku, spotkałem używany tam terminu „polsko” odnoszący się do „ziemi” [w słownikach innych ludów słowiańskich można spotkać powiązanie z nazwą polska z ziemią]. Napisano w nich: „Pan Bóg na początku stworzył niebo i polsko (czyli ziemię)”. Jest to kolejny dowód na to, że Polska, znaczy Ziemia, a Polacy, La(e/ę)chici, Arjowie, Polanie, to inaczej Ziemianie.

Tego kto ma ziemię, czyli pole, ary, lachę, lechę, ledę, nazywamy potocznie i odpowiednio do wymienionego słowa, pod warunkiem, że pochodzi z Lachcic/z Polski, czyli że jest Szlachcicem (S/ZLachcic), czyli Słowianinem. Z wielu źródeł wiemy, że na początku było „Słowo”, Niebo i Ziemia, wiemy też, że nazwa Słowianie/Sławianie od Słowa/Sławy pochodzą. Stąd jest moja wolna interpretacja, że na początku byli „Słowianie”, że na początku stworzono „Polskę”, czyli „Ziemię”, a Polacy, czyli Ziemianie pochodzą od Słowa, od Boga Słowian i Wszystkich Ludzi, Który Jest, Był i Będzie Zawsze, od Jesza, Jasza (Isus); że w wilgotną ziemię (w polsko, proch), w ludzki materii kształt, tchnął On cząstkę Siebie, Swego Ducha; a Ziemię (polsko), Polskę, dał On Polakom na wieczną własność, i w wieczne władanie; dał nam On lechicką, czyli polską mowę, pismo, kulturę i zwyczaje, instynkt obronno-ochronny, władzę nad Polską, i przykazał bronić, chronić, nikomu Jej nie oddawać, ani tego co jest w ziemi, ani tego co jest w wodzie i powietrzu.

10616012_595671453887023_7992235146635076063_nWiele jeszcze innych nazw i przymiotów przypisano Słowianom, Polsce i Polakom, z którymi nas utożsamiano, a potem wiele z tego nam odebrano, innym narodom przypisano, nie sposób tutaj wszystkiego wymienić i opisać. Najbardziej rażącym przykładem jest poddanie pod wątpliwość faktu, że Goci i Wandalowie to Polacy, sprawa ta jest bezdyskusyjna, Goci i Wandalowie to Polacy. Próbowano pomniejszać znaczenie nazwy Polska, twierdząc, że wzięła się z tego, że Polacy, w czasie chrztu. zostali polani wodą, albo że nie wiadomo skąd pochodzi polskie plemię, że nie znaliśmy pisma, że byliśmy zacofani kulturowo. Twierdzili razem z niektórymi uczonymi profesorami, że naród polski egzystujący w samym środku Europy, na przecięciu szlaków handlowych, był zacofany kulturowo, że pochodził niewiadomo skąd. Nie dowierzaliśmy tym ich opowiastkom, aż sami odkryliśmy prawdy, aż odkryliśmy, że to od Polan, Lechitów brały lekcje narody, od nas pochodzi cywilizacja i kultura europejska.

Odkrycie przez genetyków, polskiej haplogrupy R1a1a7 męskiego chromosomu Y-DNA, udowodniło, że Polacy to Ariowie, zamieszkujący od zawsze Polskę, swoją Ziemię, że nad Wisłą była nasza kolebka i początek wszystkiego, rojowisko i siedziba plemion polskich, słowiańskich, czyli aryjskich, że spod Wawelu, gdzie jest nasz energetyczny czakram, nasi przodkowie wyruszali w świat daleki, na wyprawy handlowe i wojenne (prewencyjne, uprzedzające, niestety bywało jednak, że i wandalskie). Po rozpadzie Słowiańszczyzny (Arji, Polski, Lechii) powstały pierwotnie z tego trzy wielkie, bratnie sobie mocarstwa:orly_lechii
– Lachia,
– Ruś (to nie Rosja)
– i Czechy (Bohemia),
które potem wskutek dalszych waśni, rozpadały się dalej, na państwa i państewka, dzieliły się, czerpiąc złe wzory nie wiadomo skąd [przyp. red. Nie waśni, acz także były, jednakże powód był inny, takie było prawo dziedziczenia, że każdy z synów ojca miał prawo do części jego ziemi]. Tymczasem na południowych obrzeżach Słowiańskiego Imperium, jeszcze przed narodzeniem Chrystusa, kształtować zaczęło się nowe mocarstwo, Cesarstwo Rzymskie. Tam nie panowały już lechickie systemy, tam zapanowały nowe urządzenia społeczne, niewolniczo-feudalne, które wieki potem, wszczepiono w ziemie północne, zachodnie i wschodnie. Pomimo osłabienia, waśni i rozdrobnienia, państwa słowiańskie (wenedzkie, aryjskie, polskie), przez około półtora tysiąca lat, odpierały napór Cesarstwa Rzymsko-Niemieckiego, ale w końcu uległo, na polskich ziemiach, siłą i podstępem zaprowadzono nowy ład społeczny, nową religię, zniewolono sławny polski lud. Przy końcu wieków średnich, sporządzono dla nowej władzy świeckiej, duchownej i królewskiej, nowe akty nadania ziem, miast i wsi, a chłopów i lud polski uczyniono swymi poddanymi, czyli ujarzmiono, wzięto w niewolę, trwającą wieki całe.

10636139_600100656777436_2678521334542068913_n

Dzisiaj polski lud jest „wolny” w czasie wyborów, potem robią co chcą, sprzedają nasze ziemie, zadłużają nas ponad miarę, bez pytania obciążają nas nadmiernymi podatkami, zwiększają wiek emerytalny, podnoszą ceny benzyny, za symboliczną kwotę prywatyzują, sami żyją w luksusach, a starych, schorowanych ludzi eksmitują z mieszkania, jeśli na czas nie zapłacą czynszu. Mówią jeszcze do tego, że to zgodnie z prawem (twarde prawo jeśli jest niesprawiedliwe, nieludzkie, jest bezprawiem).
Poniżej podaję niektóre inne odniesienia, do słowa „Polska”:
– moc, siła, potęga, Bogini-Ziemia (Po-lentia);
– mocno, możnie, silnie, potężnie (pollenter);
– wiele móc, sprawić być silnym (Polleo);
– biegun, niebo, punkt, koło wokół którego świat się obraca, niebo, gwiazda (Polus);
– potężny, mocny, silny, wiele posiadać, mieć, dzierżyć (Pollens);
– pierwotni mieszkańcy Grecji zwali się podobnie jak my (Polaczkowie, Pelazgowie);
– polarny (śr. łac. Polaris, n.łac. Polus);
– biegun (grec. Polos);
– Polarna gwiazda (co świeci nad Polską);
– polon (łac. Polonium, Polonia, in. Polska);
– lenno (czes. leno);
– Leda (gr. Lede, znaczy także Matka, MatkaZiemia);
– Lingowie, to Lenkas, Polacy znad Wisły (wg. dr J.S. Zubrzycki),
– lech (menhir, kamień, skała);
– Polonus (typ Polaka dawnego pokroju, prawdziwy Polak);
– polonizować (przybierać charakter i cechy polskie, polszczyć);
– Polonia (łac. nazwa Polski lub ogół Polaków mieszkających za granicą, kolonia polska);
– Polacy/Polska (Poleniorum/Polenia);
– od bieguna do bieguna, przez bieguny (Polose, Polosus);
– rolnik, ludzie dostatni z rycerskiego stanu (Arator, Aris, Aro, Oris);
– Gwiazdozbiór Orion (Aris, Orion);
– obcy, cudzoziemcy, ludzie różnego języka, nie podlegający Rzymianom (Barbari); Goci (Słowianie); Gallen, Scythos, Celtos (biały lud, słow., aryj.; słowo Celtos pochodzi od Scythos);
– Venedus (naród słow. zamieszk. w starożytności północną Germanię);
– ziemia, plac ziemi, miara ziemi, posiadacz ziemi (ar, Ar);
– śląsko (domyślnie, pole; A. Bruckner, „Słownik etymologiczny języka polskiego, s. 530); itd..
– Polo arctico – Niebo na północy (z kroniki Kadłubka i Boguchwała);

10818394_1546273132298713_1109965988613387420_o

Powyższe informacje nie wyczerpują posiadanych przeze mnie informacji dotyczących etymologii słowa „Polska”. Bardzo wiele spraw w artykule pominięto, ze względu na brak miejsca. Na koniec podaję el barinowską, moją etymologię nazwy naszego kraju, a to czy jest kontrowersyjna, prawidłowa, zdecydujcie samodzielnie, bez czyjejkolwiek podpowiedzi:

Polska, czyli Ziemia, to jest kraj nasz Polaków, nasza Ojczyzna-Macierz. Słowo pierwiastkowe „Polska” nie pochodzi od plemienia Polan, ani od słowa „ziemia”, ale znaczy „Ziemia”, tak jak inne tego słowa synonimy: pole, polsko, lach(a), lęch(a), lech(a), ług(a), łęg(a), łąg (a), lug(a), wend(a,y) ślug(a), śląg(a), śląsko, led(a), lęd(a), ląd, lad(a), ar(y, nar/nary), lenk(a), leng(a), land, itd.. Wszystkie te słowa znaczą jakąś ziemię. Z mian tych są nazwy polskiego ludu (słowiańskiego, czyli aryjskiego), państw, szczepów i plemion polskich: Polska (Polacy, czyli Ziemia (Ziemianie), czyli Lachia (Lachici), Lechia/Lęchia (Lechici, Lęchici), Wendea/ Wandalia/Wentia/Winidia/…(Wendowie/ Wandalowie/Wentowie/Wan-dalowie), Lugia (Lugiowie), Łużyca (Łużyczanie), Ślążsk/Śląsk (Ślążanie, Ślążacy), Neuria/ /Narwia/Naria (Neurowie/Narwowie/Narowie), Arya/Ara/Äro-pa (Arjowie, Ariowie, Aryowie, Oriowie, Hariowie, Harusy, Rusy), Lendia/Lędia(Lendianie/Lendzianie /Lędzianie), Leda (Ledianie), Lenkija(Lenkowie), Polania/Polenia/(Polanie/Polonia/Poleni) itd.

Wszystkie te i inne nazwy występują na terenie dawnej oraz dzisiejszej Polski, są nazwami polskich ziem i ludów, a wspólne ich znaczenie jest jedno: Ziemia i Ziemianie. Polskę i Polaków, ziemie polskie, na przestrzeni dziejów oznaczano także innymi nazwami, nie związanymi z słowem „ziemia”, np.: Gotia, Scytia, Korona, Bałtowie, Pomorzanie, Wiślanie, Nadwarcianie, Goplanie, Thadesi, Thafnezi, Kaszubi, Brusi/Prusy, Licikaviki, Lucicy, Serbowie, Chorwaci, Słowianie, nazw tych jest bardzo wiele. Wg starej lechickiej wiary naszej i wg tradycji, zgodnie z przekazami, legendami oraz podaniami, potwierdzonymi przez liczne badania historyczno-archeologiczne, Ziemia Polska została nadana Polakom i ich potomkom, na wieki, przez Boga Słowian i Wszystkich Ludzi, Jes(z)a, który nakazał ją nam zachować wolną, suwerenną, niepodległa, nakazał Ją bronić, chronić, troszczyć się o nią, nawet za cenę życia, nakazał równo i sprawiedliwie dzielić wszystko co z Niej i pracy pochodzi. Jej dzisiejszy geograficzno-historyczny kształt, przypominający serce, mówi nam, że Polska, jest centrum Europy i Świata. Nieodłączną częścią mojej etymologii są komentarze zawarte w artykule.

Sformułowane w tekście moje wnioski, chronione są prawami autorskimi. Wyrażam zgodę na ich kopiowanie, pod warunkiem każdorazowego przywołania autorstwa.

6d52ae8bb5cb

Autor: El Barin dla Głos Powiatu Średzkiego,
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps19-2011.pdf, cześć 1, numer 19 (86) 5 października 2011
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps20-2011.pdf, cześć 2, nr 20 (87) 19 października 2011
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps21-2011.pdf, część 3, nr 21 (88) 9 listopada 2011
http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps22-2011.pdf, część 4, nr 22 (89) 23 listopada 2011]

Słowianie i Słowianowierstwo

[Głos Powiatu Średzkiego, http://www.glospowiatusredzkiego.pl/numer/gps22-2011.pdf%5D

TpCueW8UFR8

Zbadałem i ustaliłem ponad wszelką wątpliwość, że słowa: – polsko(a), pole(a), pol je, poljana, ziemia, ar(y,i), wend, lech/lęch/ljech/lach(h), ług/łąg/łęg/lug/ślug/ślung, ląg/śląg/lęg/ślęg/lęd/lend/land/leng/śleng/lenk/led/lad/ląd w starodawnej oraz aktualnej pisowni i wymowie (często zniekształcanej w dialektach, gwarach i tłumaczeniach), znaczą to samo: „ziemię”, czyli „polsko(a)”, są synonimami.

Nazwa naszego państwa – „Polska”, równa jest i znaczy to samo co „Ziemia”. Ziemią jest: polsko(a), pole, ar, lecha, lęcha, lacha, lęda, lenda, leda, luga, ląga, śląga, ślunga, śląsko, lęga, ślęga, ślenga, ługa, łąga, łęga, łęża, lenga, lenka, wenda, lada, lado, ląd.

Słowo Ziemia równa się Polska(o) = Pol (e,a,je,j,us, os,en,ene,esy,and; czyt. Pole, Pola, Polje, Polja, Polus, Polos, Polen(e), Polesy, Poland) = Polen(ia) = Pol(j)ana = Pola(e)nia– = Polonia = Ar(a, ja, ija, ya, iana, inoi; Har/i/a- /y) = Lech (a,i,y,ia,ija,itae,itoi,ce,ina,eń, n,en; czyt. Lecha, Lechia, Lechija, …) =Lęch(a,y,ia,ija,itae,itoi) = Lach (a,i,y,ia,ija,itae,itoi; ch~h…

View original post 2 561 słów więcej

Roman Dmowski – “Kwestia ukraińska”

PREZENTUJEMY NIEPUBLIKOWANY DOTYCHCZAS, TEKST AUTORSTWA ROMANA DMOWSKIEGO POŚWIĘCONEGO UKRAINIE. MATERIAŁ POCHODZI Z ARCHIWUM MINISTERSTWA SPRAW WEWNĘTRZNYCH I ADMINISTRACJI !!!

*****

  1. Wyzwolenie narodowości

Jednym z ważniejszych zagadnień naszej polityki za­równo wewnętrznej, jak i zewnętrznej – jest kwestia ukra­ińska. Pojmuje się ją powszechnie jako jedną z kwestii narodowości, które się obudziły do samoistnego życia w dziewiętnastym stuleciu, podniosły swą mowę z narze­cza ludowego do godności języka literackiego, a w koń­cu osiągnęły niezawisły byt państwowy. W tym pojęciu, na mapie Europy – zjawienie się odrębnego państwa ukraińskiego – jest tylko kwestią czasu i to niedalekiego.

Jest to pojęcie zbyt proste. Kwestia ukraińska w obecnej swojej postaci daleko wykracza poza granice miejscowego zagadnienia narodowości: jako kwestia na­rodowości – jest ona o wiele mniej interesująca i mniej doniosła, niż jako zagadnienie gospodarczo-polityczne, od którego rozwiązania zależą wielkie rzeczy w przy­szłym układzie sił nie tylko Europy, ale całego świata. To jej znaczenie trzeba przede wszystkim rozumieć, aże­by móc w niej zająć jakiekolwiek świadome własnych celów stanowisko. Nie licząca się z nim polityka ukra­ińska będzie niepoczytalną.

O kwestiach narodowości, których cały szereg historia dziewiętnastego i początku dwudziestego stule­cia wysunęła i rozwiązała, trzeba w ogóle powiedzieć, że nie są one ani tak proste, ani tak podobne wszystkie do siebie, jak to się przy powierzchownym patrzeniu wydaje.

Klasyczny przykład odrodzenia narodowego i wzór dla innych narodowości przedstawiali Czesi. W kraju, w którym tylko lud wiejski mówił po czesku, a wszystkie inne warstwy były niemieckie, rozpoczął się w począt­ku XIX w. ruch narodowy czeski, który wykształcił sobie język literacki i stworzył w nim bogate piśmien­nictwo, szczycące się szeregiem dużej miary poetów i uczonych; zorganizował się świetnie w dziedzinie gos­podarczej, osiągnął przewagę w wytwórczości kraju, na tej drodze zdobył miasta i wytworzył przewodnie war­stwy społeczne; zorganizował się sprawnie do walki o swe prawa i interesy i poprowadził niezwykle ener­giczną, świadomą swych celów politykę, która dała Cze­chom pierwszorzędną rolę w monarchii habsburskiej; wreszcie przy rozbiorze tej monarchii nie tylko zdobył dla Czech niezawisły byt państwowy, ale osiągnął przy­łączenie do nich Słowacczyzny, Rusi Węgierskiej i części ziem polskich.

Taka wszakże imponująca historia odrodzenia zni­szczonego nie tylko politycznie, ale i cywilizacyjnie na­rodu jest wyjątkowa. Drugiego podobnego przykładu nie znajdziemy. Zrozumieć ją można tylko przypomniawszy sobie, że Czesi jako naród samoistny, mieli długą, pra­wie tysiącletnią historię, że cywilizacja czeska została zniszczona dopiero w XVII stuleciu, że jeszcze w wieku szesnastym, w złotym wieku naszej cywilizacji, pisarze nasi stwierdzali, że język czeski, jako starszy cywiliza­cyjnie, jest bogatszy i wyżej rozwinięty od polskiego. Taka długa i tak niedawno przerwana tradycja własnego, i to wysokiego życia cywilizacyjnego, której inne bu­dzące się narodowości nie miały, dała czeskiemu rucho­wi narodowemu treść bogatą i stała się główną podsta­wą jego potęgi.

W nawiasie trzeba dodać, że Czesi swego czasu odegrali dużą rolę w walce z Rzymem, biorąc wybitny udział w reformacji i w stojących za nią tajnych związkach. Tradycję tych związków politycy czescy odnowili w ostatnich czasach, co im dało ścisłe stosunki z wpływowymi żywiołami w Europie i Amery­ce, oraz energiczne poparcie ich sprawy przez tajne organizacje. Odbiło się to jednak silnie na ich młodym państwie i na duchu jego polityki, i przyszłość dopiero pokaże, czy nie pociągnie to za sobą wielkich dla niego trudności.

Sprawa narodowości wyrosła zarówno wśród ludów odradzających się narodowo, jak w opinii publicznej Europy, pod wpływem trzech głównie czynników: 1) rewolucji francuskiej, która wyprowadziła na widownię dziejów naród, istniejący niezależnie od państwa i bio­rący w swe ręce władzę nad państwem; 2) zajmującej w pierwszej połowie XIX w. uwagę całej Europy sprawy polskiej, sprawy narodu historycznego, cywilizacyjnie samodzielnego i posiadającego bogatą ideologię poli­tyczną, a pozbawionego własnego państwa; wreszcie 3) romantyzmu w literaturze, zwracającego się ku bo­gactwu duchowemu własnej rasy, wynoszącego wartość tradycji ludowej jako źródła poetyckiego natchnienia i duchowej siły narodu.

Jednakże nie można powiedzieć, żeby z tych źródeł wyrosły spontaniczny ruch narodowości był główną przyczyną ich emancypacji, ich, że tak powiemy, poli­tycznej kariery.

Z chwilą, kiedy idea narodowości zdobyła sobie swe stanowisko w Europie XIX w., dyplomacja wielkich mocarstw zrozumiała, że w wielu wypadkach można ją znakomicie wyzyskać w walce z przeciwnikiem. Wyzy­skano też ją przede wszystkim w kwestii wschodniej, przeciw Turcji. Narody bałkańskie zawdzięczały swoje wyzwolenie przede wszystkim temu, że potężne państwa dążyły do zniszczenia stanowiska Turcji w Europie.

Mocarstwa, które rozebrały Polskę spostrzegły też w XIX w., że budząc kwestię narodowości na obszarze dawnej Rzeczypospolitej można ogromnie osła­bić Polaków i potężnie zredukować obszar narodowy polski. Zaczęły one wytwarzać ruchy narodowości pla­nowo, własnymi środkami.

Klasyczny w tym względzie przykład stanowią po­czątki ruchu litewskiego. Po stłumieniu powstania [18]63-4 r. słynny Milutinowski plan organizacji oświaty w Królestwie Kongresowym miał na celu wydobycie spod wpływu polskiego wszystkich możliwych żywiołów w kraju, wszystkiej lud­ności mówiącej po rusku, po litewsku, nawet po nie­miecku i po żydowsku. Do tego prowadziło grupowanie tych żywiołów w oddzielnych możliwie szkołach średnich, które zresztą wszystkie były rosyjskie.

W tym planie gimnazjum w Mariampolu przezna­czone zostało dla synów mówiących po litewsku wło­ścian północnej części guberni suwalskiej. Istniejąca w szkołach dla Polaków dodatkowa nauka języka polskiego, w tej szkole została zastąpiona przez naukę języka litewskiego, którego pierwsze podręczniki zosta­ły opracowane na rozkaz rządu. Następnie utworzo­no przy uniwersytecie moskiewskim dziesięć stypendiów dla Litwinów, wychowańców gimnazjum mariampolskiego. Wszyscy pierwsi działacze narodowi litewscy wyszli z owych stypendystów. Znacznie później do­piero (już bez poparcia i wbrew widokom rządu rosyj­skiego) przenieśli oni ruch z Królestwa do Kowna, propagując go przede wszystkim w seminariach du­chownych.

Austria wcześniej już to samo mniej więcej robiła wśród ludności ruskiej we wschodniej Galicji.

Prusy w swoim czasie nawet próbowały w swej statystyce urzędowej opatentować wynalazek narodowości kaszubskiej i mazurskiej; wynalazku tego wszakże w następstwie się zrzekły.

Na każdą tedy kwestię narodowości trzeba patrzeć z dwóch punktów widzenia: 1) co dana narodowość przedstawia jako odrębna jednostka etniczna, pod względem językowym, cywilizacyjnym, tradycji historycz­nych? jaka jest jej spójność? i 2) kto, przeciw komu, w jakim celu dąży do jej zorganizowania w nowe państwo?

Z obu tych punktów widzenia kwestia ukraińska przedstawia się jako przedmiot bardzo skomplikowany, a tym samym bardzo interesujący.

kwestia-ukraic584ska-roman-dmowski

II. Ukraina jako narodowość

Wyraz “Ukraina”, który do niedawna jeszcze ozna­czał ziemie kresowe na południowym wschodzie Polski, w języku politycznym ostatnich czasów przybrał nowe znaczenie. W dzisiejszym postawieniu kwestii ukraiń­skiej przez Ukrainę rozumie się cały obszar, którego ludność mówi w większości narzeczami małoruskimi, obszar, na którym mieszka blisko pięćdziesiąt milionów ludzi.

Narzecza wschodniosłowiańskie, zwane ruskimi, z początku mało się między sobą różniące, liczebnie się bardzo rozrosły przez kolonizację słabo zaludnionych obszarów od Karpat aż do Pacyfiku, i przez asymilację ich ludności. Wyraźne zróżnicowanie ich na odłamy wielko- i małoruski – dodać jeszcze trzeba trzeci, bia­łoruski – nastąpiło dopiero po zniszczeniu i spustosze­niu Wielkiego Księstwa Kijowskiego przez koczowniczych Połowców. Język wielkoruski, rosyjski kształtował się na leśnym obszarze między Wołgą i Oką, na którym osadnicy słowiańscy zlewali się stopniowo ze szczepami fińskimi i który przez dwa stulecia pozostawał pod jarzmem mongolskim. Stał się on językiem państwa moskiewskiego, późniejszej Rosji, i wydał wielką, bogatą i oryginalną literaturę.

Natomiast mowa małoruska stała się mową południowego zachodu, który wchodził coraz bardziej w sferę panowania polskiego. Była ona mową Podkarpacia, które przez krótki czas tworzyło własne państwo, Królestwo Halickie, oraz mową osadników posuwających się pod osłoną potęgi polskiej coraz głę­biej w step, coraz dalej na wschód, za Dniepr, od Czer­wonej Rusi przez Podole, Kijowszczyznę, województwo czernihowskie i połtawskie, i wchłaniających w siebie żywioły stepowe. Po utracie tych województw przez Polskę i następnie po rozbiorze Polski posuwanie się tych osadników na wschód, poza Don, i na południe, ku Morzu Czarnemu, nie ustało i nie ustało dalsze sze­rzenie się mowy małoruskiej. Stąd olbrzymi obszar, jaki ona obecnie zajmuje.

Ludność małoruska różni się od wielkoruskiej nie tylko mową. Już sam fakt, że ostatnia kolonizowała obszary leśne i mieszała się ze szczepami fińskimi, gdy pierwsza szerzyła się na stepie, wchłaniając w siebie jego wędrownych mieszkańców, musiał wytworzyć dużą różni­cę. Jeszcze większa wynikła z różnicy w losach dziejo­wych. Gdy tamta, pozostając długo w sferze panowania mongolskiego, urabiała się pod jego wpływami, ta ule­gła silniejszym lub słabszym wpływom zachodnim, pol­skim, a nawet w znacznej swej części przez unię ko­ścielną wciągnięta została w sferę wpływu Kościoła Rzymskiego. Można nawet powiedzieć, że różnice cha­rakteru, psychologii są większe, niż różnice mowy.

Trzeba wszakże stwierdzić, że pomiędzy poszczególnymi ziemiami, na których rozbrzmiewa mowa mało­ruska, a jak dziś się mówi ukraińska, istnieją ogromne różnice warunków przyrodzonych i większe jeszcze róż­nice w losach dziejowych. Zaczynając od ziem podkar­packich, które już blisko tysiąc lat temu należały do Polski, a od Kazimierza Wielkiego do pierwszego rozbioru bez przerwy stanowiły integralną część Korony, które wreszcie nigdy nie były pod panowaniem rosyjskim, a kończąc na pobrzeżu czarnomorskim i późno kolonizowanych ziemiach na wschód od Połtawszczyzny, które nigdy nie widziały panowania polskiego, można podzielić obszar mowy małoruskiej na jakie siedem czy osiem odrębnych całości, z których każda miała inną historię. Stąd głębokie różnice duchowe, kulturalne i polityczne między poszczególnymi odłamami ludności mówiącej po małorusku, i ogromnie ubogi zapas tego, co jest wszystkim odłamom wspólne.

Kwestia ukraińska stoi w przeciwieństwie do kwestii wszystkich innych odradzających się narodowości. Tam w każdym wypadku jest to sprawa paru lub kilku milionów ludności względnie jednolitej, gdy tu chodzi o dziesiątki milionów, za to rozpadające się na bardzo różnorodne grupy terytorialne. Przy tej różnorodności mówić o istnieniu narodu ukraińskiego można tylko z wielką licencją.

Niemniej przeto sam fakt istnienia ludu odcinają­cego się wyraźnie od sąsiednich lub zamieszkujących z nim te same ziemie mową, zwyczajami, charakterem, wreszcie religią lub obrządkiem, już rodzi kwestię, która w sprzyjających warunkach zjawia się na terenie poli­tycznym, bądź na skutek dążeń działaczy wychodzących z tego ludu, bądź też przez machinację państw usiłują­cych wygrać ją w swoim interesie. To było nieuniknione i na obszarze mowy małoruskiej.

Kwestia narodziła się jednocześnie, w połowie dzie­więtnastego stulecia, w dwóch odległych od siebie punktach.

Ruch samorzutny, podjęty przez ludzi czystych i bezinteresownych, szukających odrębnego kulturalno-literackiego wyrazu dla odrębnego ducha swego ludu, zjawił się w tym czasie na Ukrainie Zadnieprzańskiej. Głównym jego przedstawicielem był poeta Szewczenko.

Nie było to przypadkiem, że kolebką jego była ta właśnie ziemia. Dawne województwa czernihowskie i połtawskie to była najbardziej stylowa Ukraina, najpiękniejsza rasowo i najbujniejsza duchowo. Ta ziemia wydała w pierwszej połowie XIX stulecia wielkiego pisa­rza Hohola (Gogola), który, choć pisał po rosyjsku, wyrażał w swej twórczości ducha Ukrainy. Ona też po­została ogniskiem ruchu ukraińskiego w państwie rosyjskim.

Rząd rosyjski nie stawiał przeszkód tej pracy kul­turalno-literackiej, aczkolwiek patrzył na nią niezbyt chętnym okiem. Traktował on ten ruch jako regionalistyczny. Natomiast Polacy, ze zrozumiałych względów, darzyli go sympatią oraz zachęcali do przekształcenia się na polityczny. Ich pragnieniem było wygrać go przeciw Rosji. Było to dążenie całkiem logiczne. W państwie, w którym żywioł rosyjski usiłował zalać wszystko, nale­żało dla własnej obrony podsycać wszelkie dążenia do narodowego przeciwstawienia się Rosji. Zaczynając od powstania [18]63 r., na którego sztandarach obok Orła i Po­goni umieszczono św. Michała, a kończąc na Dumie ro­syjskiej, w której za przykładem Koła Polskiego powstała autonomiczna grupa ukraińska, stale istnieje pewien związek sympatii między polityką polską w państwie rosyjskim a ruchem ukraińskim.

Drugim punktem, w którym kwestia się zjawia, jest zabór austriacki, Wschodnia Galicja. Tam początki są całkiem inne. Tam rząd austriacki wytwarza kwestię ruską w celu osłabienia Polaków. Jak mówiono w Ga­licji, „hrabia Stadion wynalazł Rusinów”. Stąd kwestia tego ruchu stanęła tam od razu jako kwestia polityczna, praca zaś nad odrodzeniem kulturalnym była traktowa­na raczej jako zabieg pomocniczy do polityki.

Była to kwestia czysto miejscowa, kwestia państwa austriackiego, obejmująca wschodnią Galicję i północną Bukowinę, Rusini (Ruthenen) stali się prawno-politycznie jedną z narodowości austriackich. Nie wszyscy się za takich uznali: obok nielicznych żywiołów, uważających się za Polaków (gente Ruthenus, natione Polonus), silny odłam (starorusini) uważał się za Rosjan i posługiwał się w życiu kulturalnym językiem rosyjskim, uważając mowę małoruską jedynie za gwarę ludową. Ten kieru­nek był podsycany i zasilany przez Rosję, która aż do wojny 1914 r. patrzyła na Galicję Wschodnią jako na przyszłą swą zdobycz.

Dopiero pod koniec ubiegłego stulecia zaczęto mó­wić o narodowości „ukraińskiej”, zaludniającej zarówno Galicję Wschodnią, jak południe państwa rosyjskiego, i zjawiła się kwestia „ukraińska” jako zagadnienie przy­szłości politycznej ziem przez tę narodowość zaludnio­nych. Od tego czasu w austriackim języku politycznym wyraz „Rusini” szybko jest wypierany przez nowy ter­min „Ukraińcy”.

III. Ukraina w polityce niemieckiej

Łatwość, z jaką sfery polityczne wiedeńskie z miej­scowego, wąskiego pojęcia Rusinów (Ruthenen) prze­skoczyły na szerokie pojęcie Ukraińców i wewnętrzną austriacką kwestię ruską zamieniły na międzynarodową ukraińską, była zadziwiająca. Byłaby ona wprost nie­zrozumiałą, gdyby nie głęboka zmiana, która zaszła współ­cześnie, pod koniec ubiegłego stulecia w położeniu monarchii habsburskiej.

Związane od kilkunastu lat z Niemcami przymie­rzem Austro-Węgry zamieniły pod koniec stulecia to przymierze na związek głębszy, ściślejszy, prowadzący z jednej strony do tego, żeby Niemcom i Węgrom monarchii, zagrożonym w swym panowaniu przez inne na­rodowości, dać silne oparcie w Niemcach Rzeszy, z dru­giej zaś do podporządkowania dyplomacji austro-węgierskiej polityce zewnętrznej cesarstwa niemieckiego. Już wtedy dla poruszeń polityki austriackiej, których nie można było zrozumieć w Wiedniu, znajdowało się wy­jaśnienie w Berlinie.

Otóż w owym czasie literatura polityczna wszechniemiecka zaczęła się żywo zajmować wypracowywaniem koncepcji nowego państwa — Wielkiej Ukrainy. Jednocze­śnie utworzono konsulat niemiecki we Lwowie, nie dla obywateli niemieckich, których we wschodniej Galicji właściwie nie było, ale do współpracy politycznej z Ukra­ińcami, co zresztą publicznie zostało ujawnione.

Ujawniono też żywą akcję na terenie spraw ruskich Związku Obrony Kresów Wschodnich (Ostmarkenverein), założonego w Niemczech do walki z polskością.

Okazało się, że z chwilą zamiany kwestii na ukraiń­ską środek ciężkości polityki w tej kwestii przeniósł się z Wiednia do Berlina.

Pytanie teraz, dlaczego Niemcy, nie posiadające ludności ruskiej w swym państwie, tak żywo się tą kwestią zajęły. Nie mogła to być idealistyczna, bezintere­sowna chęć popierania odradzającej się narodowości, ile że zainteresowanie kwestią wychodziło od rządu i od sfer reprezentujących zaborczą politykę niemiecką. Było to wygrywanie kwestii w interesach niemieckich. Prze­ciw komu?

W okresie poprzedzającym wojnę światową Niemcy patrzyły na Rosję jako na pole swej eksploatacji eko­nomicznej i sferę swych wpływów politycznych. Nawet poza granicami Niemiec czasami traktowano Rosję jako część szerszego imperium niemieckiego. Z tego stano­wiska dążyli oni do osłabienia jej zarówno politycznego, jak gospodarczego: chodziło im o to, żeby nie była ona zdolna do przeciwstawienia się im na żadnym polu.

Pod koniec właśnie ubiegłego stulecia Rosja, która głównie bogactwo ziem małoruskich widziała w ich nie­słychanie urodzajnym czarnoziemie, zaczęła energicznie eksploatować znajdujące się tam obficie pokłady żelaza i węgla kamiennego i na nich budować swój własny przemysł, obliczony nie tylko na zapotrzebowanie krajo­we, ale i na obce rynki wschodnie. Dla Niemiec ozna­czało to nie tylko zmniejszenie w przyszłości rynku ro­syjskiego dla ich wwozu, ale także nowe współzawod­nictwo na rynkach azjatyckich.

Z drugiej strony, Niemcy pod koniec ubiegłego stu­lecia umocniły się w Turcji i zaczęły prowadzić dzieło całkowitego jej opanowania. Tu wielką przeszkodą dla nich była pozycja Rosji na Morzu Czarnym i dostęp jej do Bałkanów.

Wszystkie te niebezpieczeństwa i te trudności usu­wał śmiały pomysł utworzenia niepodległej, wielkiej Ukrainy. Nadto, uważawszy słabość kulturalno-narodową żywiołu ukraińskiego, jego niejednolitość, obecność na pobrzeżu morskim różnorodnych żywiołów etnicz­nych, nic wspólnego nie mających z ukrainizmem, obfi­tość w kraju ludności żydowskiej, wreszcie dość znaczną ilość osadników niemieckich (w Chersońszczyźnie i na Krymie) — można było mieć pewność, że nowe państwo uda się wziąć pod silny wpływ niemiecki, ująć w ręce niemieckie jego eksploatację i całkowicie pokierować jego polityką. Niepodległa Ukraina zapowiadała się jako gospodarcza i polityczna filia Niemiec.

Natomiast Rosja bez Ukrainy, pozbawiona jej zboża, jej węgla i żelaza pozostałaby państwem wielkim terytorialnie, ale niesłychanie słabym gospodarczo, nie mającym żadnych widoków na gospodarczą samodziel­ność, skazanym na wieczną zależność od Niemiec. Od­cięta zaś od Morza Czarnego i od Bałkanów, przesta­łaby wchodzić w rachubę w sprawach Turcji i państw bałkańskich. Teren ten pozostałby całkowicie domeną Niemiec i ich pomocnicy, monarchii habsburskiej.

Z punktu widzenia celów polityki niemieckiej wzglę­dem Rosji największym niewątpliwie dziełem tej polityki byłaby wielka Ukraina.

Był wszakże jeszcze ktoś, przeciw komu Niemcy uważały plan ukraiński za zbawienny.

Gdy kwestia polska w drugiej połowie XIX w. zeszła z porządku dziennego spraw międzynarodowych i zamieniła się w wewnętrzną kwestię trzech mocarstw rozbiorczych, polityka niemiecka była jedyną, która mia­ła otwarte oczy na całość tej kwestii. Nie podzielała ona optymizmu Rosji i Austrii i nie przestała się obawiać powrotu tej kwestii na grunt międzynarodowy. Nie ukrywał tego Bismarck, a i Bülow otwarcie mówił, że Niemcy walczą nie tylko ze swymi Polakami, lecz z całym narodem polskim.

Niemcy rozumieli, iż odbywający się szybko postęp ich polityki na terenie światowym prowadzi do wielkie­go konfliktu. Chwile zaś wielkich starć między mocar­stwami mają to do siebie, że wtedy tłumione w czasie pokoju kwestie wdzierają się na teren międzynarodowy. Kwestia polska nie była tak zduszona, żeby już nigdy wypłynąć nie mogła; przeciwnie pod koniec XIX stule­cia rozpoczął się w Polsce ruch odrodzenia politycznego, tworzył się we wszystkich trzech zaborach jeden wielki obóz narodowy, świadczący, że nowe pokolenia pol­skie czegoś się nauczyły, przemawiający językiem na­prawdę politycznym, którego od dawna już w Polsce nie słyszano.

Wystąpienie Polski na widownię międzynarodową, jako wielkiego narodu, byłoby dla polityki niemieckiej wielką klęską. Jeżeli nie można było tego narodu zni­szczyć, trzeba go było zrobić małym. Na to zaś naj­prostszym sposobem było stworzenie państwa ukraiń­skiego i posunięcie jego granic w głąb ziem polskich tak daleko, jak daleko sięgają dźwięki mowy ruskiej.

Plan ukraiński tedy był sposobem zadania potężne­go ciosu jednocześnie Rosji i Polsce.

Ten plan na papierze urzeczywistniono. Tym pa­pierem był traktat podpisany w r. 1918 w Brześciu Li­tewskim przez skleconą ad hoc delegację Rzeczypospo­litej Ukraińskiej z jednej strony, przez Niemcy, Austro-Węgry, Turcję i Bułgarię z drugiej. Pozostał on na pa­pierze, bo potężne do niedawna Niemcy w owej chwili zdolne były już tylko papiery podpisywać.

Pozostał on jako testament cesarskich Niemiec, w trudnej powojennej dobie czekający na wykonawców.

IV.  Ukraina w polityce światowej

Po rewolucji rosyjskiej kwestia ukraińska weszła w nową fazę. Przy ustroju federalistycznym państwa sowieckiego, ta część jego terytorium, na której większość ludności używa mowy małoruskiej została republiką ukraińską, ze spornym zakresem samodzielności i z urzę­dowym językiem ukraińskim.

Jednocześnie, po odbudowaniu Polski na skutek wojny światowej część ziem dawnej Rzeczypospolitej z ludnością mowy ruskiej, a wśród nich dawna Galicja Wschodnia, będąca ważnym ogniskiem ruchu ukraińskie­go, weszła w skład naszego państwa.

W tym stanie rzeczy kwestia ukraińska nie została uznana za rozstrzygniętą ani przez Ukraińców, ani przez te czynniki, które się ich sprawą z tych czy innych względów opiekowały. Fermentacja na jej gruncie nie ustała i nie ustały zabiegi, skierowane ku oderwaniu ziem ruskich zarówno od Rosji sowieckiej, jak od Pol­ski. Te zabiegi wywołały nawet słynną wyprawę na Ki­jów ze strony polskiej w 1920 r., której powody i cele polityczne nie zostały dotychczas należycie wyjaśnione. Nie zmieniła ona nic zasadniczo w stanie kwestii ukra­ińskiej, tylko tyle, że pokój ryski, który po niej nastą­pił, ustalił granice Ukrainy sowieckiej na zachodzie, usu­wając Polskę ze znacznej części terytorium, które przed­tem siłą faktu zajmowała.

W tych pierwszych latach po wojnie światowej i rewolucji rosyjskiej nie przewidywano jeszcze, że kwestia ukraińska w krótkim czasie nabierze znaczenia światowego.

Jak już wszyscy dziś wiedzą, wojna 1914–18 r., która we wschodniej Europie sprowadziła przede wszystkim głębokie przewroty polityczne, dla pozostałego świata, a zwłaszcza dla zachodniej Europy, stała się wielkim przewrotem ekonomicznym. Tę rolę odegrała ona nie tylko przez to, że zniszczyła znaczną część bo­gactwa narodów i zdezorganizowała istniejący przed nią układ stosunków gospodarczych, ale także, i to w więk­szej o wiele mierze, iż znakomicie przyśpieszyła postę­pujący już przed nią proces, który polega przede wszystkim na decentralizacji przemysłowej świata. Ten pro­ces niesie katastrofę państwom, w których przemysł dotychczas się centralizował.

Te skutki wojny, nie docenione z początku należy­cie – zdawało się bowiem, że niedomagania gospodar­cze są tylko czasowe – dają się czuć coraz silniej, im dalej jesteśmy od wojny. Coraz widoczniejsze jest, iż rządy państw nie są zdolne na nie zaradzić, i sfery bez­pośrednio zainteresowane, przedstawiciele wielkiego ka­pitału, wykazują coraz większą energię i coraz większą pomysłowość w szukaniu środków ratunku.

Ulubioną ideą, nad którą pracuje dziś wiele tęgich umysłów, nie tyle politycznych, ile finansowych, jest dy­strybucja, na drodze umowy pokojowej, wytwórczości pomiędzy państwami świata, prowadząca do tego, żeby jedne pozostały producentami, inne zaś zgodziły się po­zostać konsumentami tego czy innego towaru. Ten, kto by z konsumenta chciał zaawansować na producenta, byłby uznany za wroga ustalonego porządku na świecie. Chodzi o to, żeby przodujące dziś gospodarczo i poli­tycznie państwa, produkujące coraz drożej, były zabez­pieczone od współzawodnictwa innych państw, które mogąc wytwarzać taniej, zaczęły rozwijać swój przemysł w ostatnich czasach.

Urzeczywistnienie wszakże tej niepospolitej idei, pomimo istnienia Ligi Narodów i całego szeregu innych pomocy, nie jest łatwe. Za jedną z największych prze­szkód stojących mu na drodze, uważana jest sowiecka Rosja. Wyraźnie drwi sobie ona z wysiłków kapitali­stycznej Europy i Ameryki ku ratowaniu ustalonego porządku handlowego na świecie, jak o tym świadczy chociażby ostatnia mowa Stalina w Moskwie. Te drwiny mogłyby pozostać słowami bez treści, gdyby Rosja zo­stała pozbawiona węgla i żelaza, które posiada w obfi­tości właśnie na terytorium ukraińskim. Oderwanie tedy Ukrainy od Rosji byłoby wyrwaniem jej zębów, zabez­pieczeniem się od jej współzawodnictwa i skazaniem jej na rolę. wiecznego konsumenta wytworów obcego przemysłu.

W związku z tamtą pierwszorzędne miejsce na po­rządku dziennym spraw światowych zajmuje dziś druga wielka idea.

Znaczenie, jakie dziś zdobył automobil i aeroplan w pokoju i w wojnie, oraz coraz szersze zastosowanie motorów naftowych, przede wszystkim na okrętach, sprawiło, że skromna do niedawna nafta wysunęła się na czoło surowców wydobywanych z wnętrza ziemi. Jeżeli państwa, panujące dotychczas w układzie gospodar­czym świata, zdołają skupić w swych rękach wszystką, albo prawie wszystką naftę, panowanie ich mogłoby być zabez­pieczone na długo, o ile, ma się rozumieć, jaki przewrót techniczny nie odebrałby nafcie jej dzisiejszego znaczenia.

Stąd idea podzielenia świata na skombinowanych między sobą nielicznych posiadaczy nafty, tym samym uprzywilejowanych, i na upośledzoną resztę, która to cenne paliwo może otrzymywać tylko od tamtych, albo nie otrzymywać wcale, np. w razie wojny.

Nawet ta skromna ilość nafty, która znajduje się na naszym Podkarpaciu, była główną przeszkodą w za­łatwieniu sprawy wschodniej Galicji na konferencji po­kojowej.

Przeważna ilość znanej dziś nafty znajduje się w Ameryce. Stany Zjednoczone produkują przeszło 69% wszystkiej nafty na świecie. Poza tym drugie miejsce w produkcji światowej zajmuje Wenezuela, czwarte Me­ksyk, wreszcie spore ilości wytwarzają Kolumbia, Peru i Argentyna. Na tej wszystkiej nafcie spoczywa lub ma nadzieję spocząć ręka amerykańska.

W naszym starym świecie naftę posiada w mniej­szych ilościach Europa (przede wszystkim Rumunia, potem Polska) i Azja. Persja (eksploatacja głównie w angielskich rękach) zajmuje piąte miejsce w produkcji świata, Indie Holenderskie – siódme, mniejsze ilości wy­dobywane są w Indiach Brytyjskich, w Japonii i w Chi­nach. W ostatnich latach Anglicy odkryli naftę w Iraku i rozpoczęli jej eksploatację.

Najbogatsze wszakże źródła nafty w starym świecie, przedstawiające blisko połowę produkcji całej Europy i Azji, a mogące produkować znacznie więcej, znajdują się na Kaukazie (Baku). Dzięki nim Rosja zajmuje dziś trzecie miejsce w świecie w produkcji nafty.

Tym sposobem druga wielka idea dzisiejszego pro­gramu urządzenia świata rozbija się o Rosję sowiecką.

Ukraina nie posiada nafty – mogłaby jej mieć trochę, gdyby do niej zostały przyłączone ziemie polskie z Drohobyczem i Borysławiem – ale, jeżeli dość szero­ko pojąć jej obszar, sięgnąć aż do Morza Kaspijskiego, jak to się zaczyna robić, wtedy oderwanie Ukrainy od Rosji pociąga za sobą odcięcie ostatniej od Kaukazu i wyzwolenie nafty kaukaskiej spod jej panowania.

To wiąże kwestię ukraińską z najbardziej aktualną dziś kwestią światową – kwestią nafty.

V. Perspektywy państwa ukraińskiego

Kwestii tedy ukraińskiej nie można tak traktować, jak się traktuje kwestię pierwszej lepszej narodowości, obudzonej do życia politycznego w XIX stuleciu. Zna­czeniem swoim przerasta ona wszystkie inne ze wzglę­du na liczbę ludności mówiącej po małorusku, jak na rolę obszaru przez nią zajmowanego i jego bogactw na­turalnych w zagadnieniach polityki światowej.

Już pod koniec ubiegłego stulecia zajęła ona po­czesne miejsce w planach polityki Niemiec, pod których patronatem została tak szeroko postawiona. Odbudowa­nie państwa polskiego nie zmniejszyło, ale raczej zwię­kszyło jej znaczenie w widokach polityki niemieckiej: z jej rozwiązaniem wiążą się nadzieje na zmianę granicy niemiecko-polskiej i na zredukowanie Polski do obszaru, na którym byłaby państewkiem nic nie znaczącym, od Niemiec całkowicie uzależnionym. Ekonomiczna zaś stro­na kwestii tak wielką rolę grająca w widokach mocar­stwa Hohenzollernów, dla dzisiejszych Niemiec, przy ich potężnych trudnościach gospodarczych, jest jeszcze do­nioślejsza. Niewątpliwie miał ją między innymi na myśli szef rządu niemieckiego, gdy niedawno w swej mowie wskazywał główne źródło finansowych i gospodarczych kłopotów niemieckich w układzie rzeczy politycznych na wschód od Niemiec.

W ostatnich latach, dzięki węglowi i żelazu Zagłębia Donieckiego oraz nafcie kaukaskiej, Ukraina stała się przedmiotem żywego zainteresowania przedstawicieli ka­pitału europejskiego i amerykańskiego i zajęła miejsce w ich planach gospodarczego i politycznego urządzenia świata na najbliższą przyszłość.

Do tego trzeba dodać – co nie jest wcale najmniej znaczącym – rolę, jaką Ukraina obok Polski odgrywa w zagadnieniach polityki żydowskiej.

Dzięki temu i dzięki szeregowi jeszcze innych po­mniejszych przyczyn, jak interesy dawnych wierzycieli Rosji oraz tych, których majątki przemysłowe i rolne pozostały na terytorium obecnej Ukrainy sowieckiej, wreszcie nadzieje pewnych sfer katolickich na zaprowa­dzenie unii kościelnej na Ukrainie, o kwestii ukraińskiej nie można powiedzieć, żeby cierpiała na brak sympatii w świecie.

Na pewno też, o ile by doszło do oderwania Ukra­iny od Rosji, potężne sfery użyłyby wszelkich swoich wpływów i środków na to, ażeby rzecz się nie zakończyła utworzeniem jakiegoś względnie małego państewka. Tylko wielka, możliwie największa Ukraina mogłaby prowadzić do rozwiązania tych zagadnień, które nadały kwestii ukraińskiej tak szerokie znaczenie.

Ukraina, oderwana od Rosji, zrobiłaby wielką karierę. Czy zrobiliby ją Ukraińcy?…

Młode, budzące się do roli dziejowej narodowości, skutkiem ubogiego zapasu tych tradycji, pojęć, uczuć i instynktów, które tworzą z gromady ludzkiej naród, oraz skutkiem braku doświadczenia politycznego i wy­ćwiczenia w rządzeniu własnym krajem, dochodząc do samodzielnego bytu państwowego, stają oko w oko z trudnościami, z którymi nie zawsze sobie umieją radzić. Nawet my, którzy nie przestaliśmy być wielkim narodem historycznym, na skutek względnie krótkiej przerwy w naszym bycie państwowym, po odbudowaniu państwa wykazaliśmy wielki brak doświadczenia i wielką nieudolność w uporaniu się z zadaniami, które na nas spadły. Na szczęście, zazwyczaj nieliczne i zajmujące niewielki obszar, tworzą one małe państewka, w których mają do rozwiązania zagadnienia mniejszego kalibru.

Ukraina wszakże to nie jest jakaś Litwa Kowieńska z dwoma i pół milionami mieszkańców, w której najtrud­niejsze zagadnienia tkwią w jej finansach i dają się roz­wiązywać na razie przez wyprzedawanie z góry poręb leśnych.

Ukraina stanęłaby od pierwszej chwili wobec wiel­kich zagadnień wielkiego państwa. Przede wszystkim stosunek do Rosji. Rosjanie musieliby być najniedołężniejszym w świecie narodem, żeby łatwo pogodzić się z utratą olbrzymiego obszaru, na którym znajdują się ich najurodzajniejsze ziemie, ich węgiel i żelazo, który stanowi o ich posiadaniu nafty i o ich dostępie do Mo­rza Czarnego. Następnie eksploatacja tego węgla i żela­za z wszystkimi jej konsekwencjami w ustroju i w życiu gospodarczym kraju. Wielkie zagadnienie przedstawia pobrzeże czarnomorskie, etnicznie nie będące ukraińskim, stosunek do ziem dońskich, do nieukraińskiego Krymu, a nawet do Kaukazu. Naród rosyjski, ze swymi tradycjami historycznymi, z wybitnymi instynktami państwowymi, stopniowo do uporania się z tymi zagadnie­niami dochodził i na swój sposób je rozwiązywał. Nowy naród ukraiński musiałby od razu znaleźć swoje sposoby sprostania tym wszystkim zadaniom i niezawodnie do­wiedziałby się, że jest to nad jego siły.

Co prawda, znaleźliby się tacy, którzy by się tym zajęli, ale tu właśnie występuje tragedia.

Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona na niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, którym dziś bardzo ciasno jest we włas­nych krajach, kapitalistów i poszukiwaczy kapitału, organizatorów przemysłu, techników i kupców, speku­lantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi lub pobliscy Rosjanie, Polacy, Ormianie, Grecy, wreszcie najliczniejsi i naj­ważniejsi ze wszystkich Żydzi. Zebrałaby się tu cała swoista Liga Narodów…

Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczycić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii.

Ukraina stałaby się wrzodem na ciele Europy; lu­dzie zaś marzący o wytworzeniu kulturalnego, zdrowego i silnego narodu ukraińskiego, dojrzewającego we własnym państwie, przekonaliby się, że zamiast własne­go państwa, mają międzynarodowe przedsiębiorstwo, a zamiast zdrowego rozwoju, szybki postęp rozkładu i zgnilizny.

Ten, kto przypuszcza, że przy położeniu geograficznym Ukrainy i jej obszarze, przy stanie, w jakim znajduje się żywioł ukraiński, przy jego zasobach ducho­wych i materialnych, wreszcie przy tej roli, jaką posiada kwestia ukraińska w dzisiejszym położeniu gospodarczym i politycznym świata, mogłoby być inaczej – nie ma za grosz wyobraźni.

Kwestia ukraińska ma rozmaitych orędowników, za­równo na samej Ukrainie, jak poza jej granicami. Między ostatnimi zwłaszcza jest wielu takich, którzy dobrze wiedzą, do czego idą. Są wszakże i tacy, którzy rozwią­zanie tej kwestii przez oderwanie Ukrainy od Rosji przedstawiają sobie bardzo sielankowo. Ci naiwni najlepiej by zrobili, trzymając ręce od niej z daleka.

VI. Rosja i Ukraina

Z tego, co tu powiedziano o kwestii ukraińskiej nie wynika, ażeby lud ukraiński i wszystko, co z niego wychodzi dążyło do oderwania się od Rosji.

Co do ludu, trzeba powiedzieć, że przy poziomie kultury, na którym znajduje się ludność tej części Euro­py, jedyną prawie jej troską są jej sprawy gospodarcze, a stosunek jej do państwa zależy od sposobu traktowa­nia tych spraw przez władzę państwową. Zresztą, nawet w najbardziej cywilizowanych krajach, dążenia politycz­ne narodu są przede wszystkim dążeniami jego warstw oświeconych.

Gdy chodzi o inteligencję, wychodzącą z ludu małoruskiego na południu Rosji, to niemała jej część uważa się po prostu za Rosjan: nie tylko zaspakaja w języku rosyjskim swe potrzeby kulturalne, ale posiada rosyjską ideologię polityczną: na mowę zaś małoruską patrzy jako na narzecze rosyjskie. Inni – a tych liczba dziś szybko rośnie – uważają się za Ukraińców, dążą do rozwinięcia ukraińskiego języka literackiego i bronią jego praw urzędowych, ale w większości uważają Ukrainę za integralną część państwa rosyjskiego. Sto­sunek do obecnej Rosji zależy od tego, kto jest bolsze­wikiem, a kto nim być nie chce, lub ma do tego drogę przeciętą.

Gdy chodzi o Rosjan, to z wyjątkiem chyba samo­bójczych doktrynerów, nie ma wśród nich takich, którzy by przyznawali Ukrainie prawo do oderwania się od Rosji i utworzenia własnego, niezawisłego od niej państwa. Jedni uważają ludność małoruską za takich samych Ro­sjan jak oni; drudzy patrzą przyjaźnie na kultywowanie przez nią swego języka literackiego; trzeci wreszcie przyznają jej prawo do takiego, czy innego stopnia od­rębności politycznej, ale wszyscy uważają Ukrainę za część państwa rosyjskiego, na zawsze z nim związaną.

Nie znaczy to, żeby kwestia ukraińska, przy wszyst­kich czynnikach, które ją tworzą i popierają, nie była dla Rosji kwestią poważną i niebezpieczną.

Ukraina, jako najpoważniejsza pod względem gos­podarczym część państwa rosyjskiego, jest ziemią, od której zależy cały jego rozwój w przyszłości. Nie mniejsze znaczenie ma posiadanie jej w wojnie.

Obecna Rosja sowiecka, tak samo jak dawna Rosja carska, jest najbardziej militarnym państwem na świecie. Na jej armię często się patrzy przede wszystkim jako na Armię Czerwoną, przeznaczoną do współdziałania z rewolucją światową. Zdaje się, że sam rząd sowiecki lubi, żeby tak się na jego militaryzm zapatrywano. Tym­czasem, gdy się bliżej rzeczom przyjrzymy, musimy stwierdzić, że to jest przede wszystkim armia rosyjska, której istnienie i rozmiary wywołane są potrzebą utrzy­mania całości państwa i obrony jego granic.

W rozmaitych swych częściach Rosja jest zagrożona powstaniami. Niedawno widzieliśmy powstanie w Azer­bejdżanie, kraju z ludnością właściwie turecką. Było to powstanie nie pierwsze i nie ostatnie. Azerbejdżan to Baku, a Baku to nafta; nafta zaś dzisiaj, o ile nie znaj­duje się w rękach angielskich lub amerykańskich, nabiera własności silnego fermentu politycznego. Coraz częściej w ślad za nią ukazuje się na powierzchni ziemi inny dziwny płyn – krew.

Nawiasem mówiąc, obok Amerykanów i Anglików, są i inne narody, a przede wszystkim Niemcy, które uważają, że umiałyby sobie z naftą poradzić.

Z tymi szczególnymi właściwościami nafty spotyka­my się i my na naszym Podkarpaciu, gdzie ferment po­lityczny jest bardzo silny w stosunku do ilości nafty. Na tym terenie naftowym mamy do czynienia z zagra­nicznymi przedsiębiorcami, nie tylko przemysłowymi, ale i politycznymi: ci, tak samo jak tamci, ożywiają ruch przy pomocy obcego kapitału.

Zresztą, nie tylko naftowy Azerbejdżan gotów jest w sprzyjających okolicznościach przyprawić Rosję so­wiecką o niemałe trudności wewnętrzne.

Sprawa obrony granic przed wrogiem zewnętrznym najpoważniej się przedstawia na Dalekim Wschodzie, w dalszej zaś przyszłości zapowiada się groźnie. Nawią­zany z Chinami kontakt, bez porównania bliższy, niż to było za carskiej Rosji, nie pozwala już w sprawach chiń­skich na zastój: trzeba albo robić bolszewizm w Chinach, albo z Chinami wojować. Z chwilą, kiedy Kuomintang, czy jakikolwiek inny rząd chiński, poradzi sobie na wewnątrz ze swoimi komunistami, zacznie on niewątpliwie naciskać na Rosję, ażeby ją wyprzeć z jej stanowisk na Dalekim Wscho­dzie. Sowiety, zdaje się, dobrze to rozumieją: stąd Chiny zajmują pierwsze miejsce wśród ich zainteresowań.

Nie tu miejsce na dłuższe zatrzymywanie się nad Chinami. Wystarczy tylko wskazać przede wszystkim, że Chińczycy, mając kraj najbardziej przeludniony na świecie, należą do najenergiczniejszych kolonizatorów. Ta energia ich wzmogła się ostatnimi czasy: w ostat­nich wprost kilku latach posunęli oni kolonizację tzw. Wewnętrznej Mongolii – co dla Rosji nie jest obojętne – tak znakomicie, że zamieniła się ona w kraj chiński. Jeszcze ważniejsze dla Rosji jest, że to samo się robi w Mandżurii.

Rosja sowiecka już miała niedawno ostry konflikt z Chinami w Mandżurii i na nowy w krótkim czasie musi być przygotowana. Wojna zaś z Chinami coraz mniej zapowiada się jako zabawka, nie tylko dlatego, że przyswajają one sobie europejską sztukę wojenną i ćwi­czą się wojskowo w swych wojnach domowych, ale także, i to przede wszystkim, ze względu na ich ewolu­cję gospodarczo-techniczną ostatnich czasów.

Chiny są wielkim krajem rolniczym. Są jednak rów­nież i były zawsze wielkim krajem przemysłowym. Tyl­ko, odcięte od świata, zapatrzone w siebie, ugrzęzły w starych chińskich metodach produkcji. Obecnie prze­chodzą one z ogromną szybkością na metody europej­skie. Mając wszystkie najważniejsze surowce w wielkiej ilości, w coraz szerszym zakresie przerabiają w zbudowanych według ostatnich wymagań techniki europejskiej fabrykach ziarno na mąkę, włókno bawełniane i jedwab­ne na tkaninę, rudę na żelazo i stal, piasek na szkło itd. Ułatwia im to fakt, że są jednym z najbogatszych w węgiel krajów na świecie.

Wojna tedy z Chinami będzie coraz bardziej wojną z państwem przemysłowym, a to brzmi bardzo po­ważnie.

Gdyby Rosja została pozbawiona Ukrainy, a przez to węgla, żelaza i nafty została pozbawiona – jej widoki na przeciwstawienie się Chinom w wojnie stałyby się wkrótce znikome. Historia bliskiej przyszłości byłaby historią posuwania się państwowego i kolonizacji chińskiej ku Bajkałowi, a po­tem niezawodnie dalej. Byłaby to zguba Rosji, z punktu widzenia niejednej polityki pożądana. Przyszedłby wszakże czas, i to może dość rychło, kiedy narody europejskie spostrzegłyby i nawet odczuły, że Chiny są za blisko.

To położenie sprawia, że Rosja, jakikolwiek rząd w niej będzie rządził, musi bronić Ukrainy jako swej ziemi, do ostatniego tchu, w poczuciu, że strata jej by­łaby dla niej ciosem śmiertelnym.

VII. Widoki realizacji

Przy całym znaczeniu Ukrainy dla Rosji i przy naj­dalej idącej gotowości Rosji do jej obrony, wreszcie przy całym militaryzmie tejże Rosji, można sobie wyo­brazić oderwanie od niej tego cennego kraju. Siła mili­tarna Rosji nie wystarczyłaby na prowadzenie pomyślnej wojny jednocześnie na dwóch frontach, i silne natarcie na nią z zachodu w razie jej wojny na Dalekim Wscho­dzie, która nawet w bliskiej przyszłości jest bardzo moż­liwa, musiałoby się dla niej skończyć fatalnie. Wtedy program ukraiński mógłby się stać rzeczywistością.

Na to wszakże, ażeby mogło nastąpić zajęcie Ukra­iny przez nieprzyjaciela, tym nieprzyjacielem musi być Polska i Rumunia. Żeby największe potęgi świata chciały oderwać Ukrainę od Rosji i gotowe były na to wiele poświęcić, ich chęci pozostaną tylko dobrymi chęciami, jeżeli głównymi wykonawcami ich woli nie będą Polacy i Rumuni, a przynajmniej sami Polacy.

Tu dopiero występuje cała trudność realizacji pro­gramu ukraińskiego.

Rumuni dobrze rozumieją, że za budowanie pań­stwa ukraińskiego zapłaciliby co najmniej Besarabią. Wie­dzą oni dobrze, iż wszelkie apetyty na Besarabię, które się ujawniają od czasu do czasu ze strony Sowietów, mają swoje źródło nie w Moskwie, ale w Charkowie i Kijowie. Gdyby nie hamulec moskiewski, sytuacja w tej sprawie byłaby o wiele ostrzejsza. Dla Rumunii bezpieczniej jest mieć za sąsiada wielkie państwo, którego polityka z musu przenosi swój środek ciężkości coraz bardziej do Azji, niż państwo mniejsze, które ześrodkuje swe interesy nad Morzem Czarnym. Stąd obudzenie w Rumunii zapału do odrywania Ukrainy od Rosji nie jest rzeczą łatwą.

Jeszcze ważniejsza w tej sprawie jest sytuacja, nie chcemy powiedzieć polityka, Polski. Jedno bowiem z największych nieszczęść Polski tkwi w tym, że dziesięcio­lecie, które upłynęło od jej odbudowania, nie wystarczyło jej do wytworzenia programu wyraźnej, konsekwentnej polityki państwowej, odpowiadającego jej położeniu i jej interesom. Jej rozdwojenie polityczne, które wystąpiło tak jaskrawo podczas wojny światowej, nie skończyło się jeszcze, aczkolwiek zbliża się szybkimi krokami ku końcowi. Polityczny absurd, który polegał na związaniu się z państwami centralnymi i na nagięciu całego programu polityki polskiej do ich widoków, nie zlikwidował się od razu. Obóz, który ten absurd reprezentował, związał ze sobą na gruncie polityki wewnętrznej różnorodne żywioły, które mu dały poparcie w sprawach po­lityki zagranicznej, nie rozumiejąc ich lub uważając je za mniej ważne. To mu dało siły do narzucenia krajowi swej polityki zewnętrznej, w której nie wiadomo, co było świadomym programem, a co po prostu przyzwy­czajeniem z ubiegłych czasów, od którego nieruchawa myśl uwolnić się nie umiała.

Stąd w polityce państwa polskiego widzimy ciągły opór przeciw temu, co się narzucało, co wynikało z lo­giki położenia, ciągłe próby wykolejenia jej, nawrócenia jej na drogi, po których szła dawniej w związku z państwami centralnymi. Odbiło się to fatalnie na pozy­cji międzynarodowej państwa polskiego i nawet wy­warło ujemny wpływ na politykę naszego sojusznika, Francji.

Na szczęście, doświadczenie dziesięciu lat i dojrze­wanie polityczne żywiołów, które do niedawna dla spraw polityki zewnętrznej nie miały komórek w mózgu, spra­wia, że myśl polska szybko się w tych sprawach ujed­nostajnia; na szczęście, powiadamy, bo żadne państwo dwóch kierunków polityki zewnętrznej długo nie znie­sie, i prędzej czy później za taki luksus drogo musi zapłacić.

I w stosunku do zagadnienia ukraińskiego opinia polska bliska jest zupełnego ujednostajnienia.

Położenie nasze w tej sprawie jest bardzo wyraźne. Choćbyśmy mieli najmętniejsze pojęcie o dążeniach ukraińskich, to przecie posiadamy pisany dokument, bę­dący oficjalnym programem państwa ukraińskiego. Jest nim traktat brzeski. Konspirujący z naszymi konspira­torami Ukraińcy mogą nawet szczerze dziś deklarować wiele rzeczy, ale zdrowo myśląca polityka nie może się przecie opierać na deklaracjach pojedynczych ludzi czy organizacji, czy nawet urzędowych przedstawicieli całego narodu. Musi ona patrzeć przede wszystkim na to, co tkwi w instynktach, w dążeniach ludów i w logice rze­czy. Jakiekolwiek byłoby państwo ukraińskie, zawsze musiałoby ono dążyć do objęcia wszystkich ziem, na których rozbrzmiewa mowa ruska. Musiałoby dążyć nie tylko dlatego, że takie są aspiracje ruchu ukraińskiego, ale także dlatego, że chcąc się ostać wobec Rosji, która by się nigdy z jego istnieniem nie pogodziła, musiałoby być jak największym i posiadać jak najliczniejszą armię.

Polska tedy o wiele większą od Rumunii zapłaciłaby cenę za zbudowanie państwa ukraińskiego.

To wszakże jest tylko jedna strona rzeczy.

Niepodległa Ukraina byłaby państwem, w którym dominowałyby wpływy niemieckie. Tak by było nie tylko dlatego, że dzisiaj działacze ukraińscy konspirują z Niemcami i mają ich poparcie; i nie tylko dlatego, że o tym marzą Niemcy i że mają na obszarze ukraińskim Niem­ców i Żydów, którzy byliby dla nich oparciem; ale także, i to przede wszystkim, dlatego, że całkowite zrealizowanie programu ukraińskiego kosztem Rosji, Polski i Rumunii, ma naturalnego, najpewniejszego protektora w Niemczech i musi Ukraińców wiązać z nimi. Polska przy istnieniu państwa ukraińskiego, znalazłaby się mię­dzy Niemcami a sferą wpływów niemieckich, można powiedzieć, niemieckim protektoratem. Nie ma potrzeby unaoczniać, jakby wtedy wyglądała.

Wreszcie, jak to wyżej powiedzieliśmy, zbudowana dziś wielka Ukraina nie byłaby w swych kierowniczych żywiołach tak bardzo ukraińska i nie przedstawiałaby na wewnątrz stosunków zdrowych. To byłby naprawdę wrzód na ciele Europy, którego sąsiedztwo byłoby dla nas fatalne.

Dla narodu, zwłaszcza dla narodu jak nasz młodego, który musi się jeszcze wychować do swych przeznaczeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny.

Z tych wszystkich względów program niepodległej Ukrainy nie może liczyć na to, żeby Polska za nim stanęła, a tym mniej, żeby zań krew przelewała. I to pol­ska opinia publiczna już dziś bardzo dobrze rozumie.

My możemy być niezadowoleni z linii granicznej pokoju ryskiego, ale to nie odgrywa w naszej polityce wielkiej roli.

Możemy żałować i niewątpliwie serdecznie żałuje­my naszych rodaków, którzy nawet w większych skupieniach dziś żyją w granicach Ukrainy sowieckiej, i dobra polskiego, które inni tam pozostawili, ale te uczucia nie mogą nas wykoleić z drogi, którą nam dyktuje dobro Polski jako całości, i jej przyszłości.

Możemy nawet współczuć wierzycielom francuskim Rosji, ale im powiemy, że ich rewindykacje, chociaż najbardziej uprawnione, nic nie mają wspólnego z wielkimi celami nie tylko Polski, ale i Francji.

Zdaje się, że na kwestię ukraińską w naszej poli­tyce zewnętrznej już niema miejsca.

Tym samym, wobec naszej pozycji jako sąsiada Rosji, a w szczególności Ukrainy sowieckiej, realizacja programu ukraińskiego przedstawia się więcej, niż wąt­pliwie.

***

Ostateczne wykreślenie kwestii ukraińskiej z pro­gramu naszej polityki zewnętrznej pociągnie za sobą dla naszego państwa jeden przede wszystkim doniosły sku­tek. Ustali się traktowanie kwestii ruskiej w państwie polskim jako jego kwestii wewnętrznej, i tylko we­wnętrznej. Zniknie pokusa do podpalania swego domu po to, żeby się od niego zajął dom sąsiada.

Koniec

Tekst pochodzi z 1930 roku.

Źródło: Archiwum MSWiA, sygn. K-458.

Udostępnił: Jan Stec

za: geopolityka.net/roman-dmowski-kwestia-ukrainska

http://gazetawarszawska.com/2013/12/01/roman-dmowski-kwestia-ukrainska/

Źródło: https://konwentnarodowypolski.wordpress.com/2013/12/02/roman-dmowski-kwestia-ukrainska/