Archiwa tagu: katolicyzm

Pięć powodów, aby wycofać katechezę ze szkół

Źródło: http://mediumpubliczne.pl/2017/02/piec-powodow-aby-wycofac-katecheze-ze-szkol/

Ten artykuł nie powstał po to, by wyśmiać status Kościoła w życiu codziennym wierzących Polaków. Nie powstał też, by atakować sumiennych nauczycieli katechezy. Powstał dlatego, że bardzo trudno jest nam rozmawiać o katolicyzmie obecnym w polskich szkołach w sposób nie ubliżający nikomu – bez antyklerykalizmu lub poczucia, że porusza się temat tabu, bez zbytniej asekuracyjności, strachu przed zakwestionowaniem autorytetów. A jeśli coś jest trudne, to nierzadko oznacza, że warto (trzeba!) podjąć trud.

Postarałam się napisać ten tekst szczerze i logicznie. Mam nadzieję, że nikt z czytających nie poczuje się urażony, oraz że dostarczę merytorycznych argumentów tym, którzy czują moralny sprzeciw wobec katechezy w szkołach publicznych, ale nie chcą bazować na agresji i kpinie w stosunku do osób wierzących.

Dlatego właśnie piszę niniejszy wstęp, który wygląda jak jedno, przydługie samousprawiedliwienie. Zazwyczaj rozmowie o religii w szkołach towarzyszy lekceważenie: lekceważenie krytykujących jako osób nowomodnych i bez kręgosłupa moralnego albo lekceważenie katolików jako tych krótkowzrocznych i pozbawionych wewnątrzsterowności.

Głęboko wierzę w dyskurs pozbawiony lekceważenia.

  1. Wolna wola dzieci

Przywykliśmy myśleć o szkole jako o systemie opresyjnym. Prywatnie uważam, że to forma współczesnego niewolnictwa, chociaż na pewno nie tylko z winy nauczycieli, a często z winy rodziców – szczególnie w kontekście lekcji religii.

Pamiętam, że raz podczas rekolekcji szkolnych poproszono mnie o uciszenie grupki gimnazjalistów, którzy przeszkadzali księżom w trakcie zajęć rekolekcyjnych. Przycupnęłam więc obok nich i zaczęłam im tłumaczyć, prosić ich. „Chłopcy, czemu jesteście tak głośno, czemu zachowujecie się lekceważąco? Podjęliście zobowiązanie duchowe. Nie musieliście przecież zapisywać się na religię, mogliście wybrać etykę albo nie chodzić na żaden z tych przedmiotów”.

Bo oni tacy są. Mają swoją godność. Zachowują się odpowiednio, kulturalnie, angażują się… O ile sami wybiorą, w czym mają uczestniczyć. To naprawdę mało skomplikowany mechanizm. Każdy z Was funkcjonuje wedle identycznego. Tylko że uczniowie odpowiedzieli: „Ale proszę pani, my się na religię nie zapisywaliśmy. Rodzice nas zapisali”. Przypominam, że to są ludzie, którzy też mają swoje prawa.

Powiedzcie mi, proszę, jak można zmusić świadomego, myślącego człowieka, by uczestniczył w uroczystościach, których nie akceptuje, nie rozumie i nie chce rozumieć? Czy to jest słuszne? W imię czego? Ślubu kościelnego, który potomek być może zechce wziąć za kilkanaście lat? Rozumiem Was. Martwicie się o swoje dzieci. Ale wiedzcie, że nawet jeśli „zaliczanie” bez przekonania kolejnych sakramentów jest dla kogoś wystarczającym pretekstem, by uczęszczać na szkolne zajęcia katechetyczne, to tak się składa, że – wbrew temu, co twierdzą niektórzy proboszczowie – ocena z religii na świadectwie nie jest wymogiem przystąpienia do ślubu kościelnego. Kiedy uznacie, że Wasze dzieci są wystarczająco dorosłe, by decydować o swoim życiu duchowym? Ile muszą mieć lat? 10? 14? 18? A może 22?

Jeśli uczeń nie chce chodzić na katechezę, a jednak został na nią zapisany, zostanie zmuszony do modlitwy. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to obrzydliwe. Zapisanie dziecka na religię powinno być poprzedzone szczerą rozmową, tym bardziej, że rodzice bardzo często sami nie chodzą do kościoła. I tutaj kłania się powód drugi.

2. Poza katolicyzmem i ateizmem

W obiegowej retoryce często się zakłada, że każdy, kto nie chodzi do kościoła, jest ateistą. Więcej – osobom, które głośno mówią, że nie utożsamiają się z wykładnią Kościoła Katolickiego, odmawia się np. prawa do obchodzenia Bożego Narodzenia, które jest przecież niczym innym, jak przekształconym świętem pogańskim, utrzymującym się dziś w wielu domach jako tradycja rodzinna, a nie praktyka sakralna.

Warto tu przypomnieć, że choć przytłaczająca większość Polaków została ochrzczona, to regularnie modli się i uczestniczy w Mszach tylko jedna trzecia społeczeństwa polskiego. A ilu uczniów chodzi na religię? Prawie wszyscy. Dowodzi to, że rodzice albo są hipokrytami, albo… Albo nie mają podstawowej wiedzy religioznawczej (bo i skąd?) i nie zdają sobie sprawy, że można wierzyć w Boga, ale nie godzić się na doktrynę kościelną. Nic nie stoi na przeszkodzie.

Katolicyzm to tylko jeden z odłamów chrześcijaństwa, które zresztą w swych pierwotnych założeniach nie zawsze było zbieżne z dzisiejszymi dogmatami katolickimi. Co więcej, istnieją też agnostycyzm deistyczny, deizm, panteizm. Mamy w kulturze dorobek filozofów i teologów, którzy dowodzili, że człowiek nosi w sobie wrodzone dobro i sam posiada narzędzia moralne, by rozpoznać, co należy w życiu czynić. C. S. Lewis pisał, że jest przekonany, iż każdy człowiek przychodzi na świat świadom nieśmiertelności swojej duszy.

W takim ujęciu religia byłaby czymś rozpoznawalnym indywidualnie, intuicyjnie, bez pomocy z zewnątrz.

Nikogo nie namawiam na ten anarchizm duchowy. Uświadamiam tylko, że nikt nie jest (i nie powinien!) zmuszać innych do uznawania jakiejkolwiek drogi wyznaniowej. Tych dróg jest wiele, a wiążące się z nimi decyzje (Kto jest moim autorytetem duchowym? Czy przyjmuję gotowe wartości, czy próbuję je tworzyć sam?) trzeba podjąć samemu.

3. Kompetencje katechetów

Spotkałam w moim życiu wielu nauczycieli. Dobrych, złych, sumiennych, uprzejmych, wywyższających się. Wielu. Ale wszyscy byli nauczycielami. Nie wszyscy katecheci są nauczycielami.

Nauczyciel to osoba, która uzyskała wykształcenie i odbyła praktyki pozwalające jej na zdobycie uprawnień, dzięki którym może podjąć pracę dydaktyczną. Odbyła rozmowę o pracę, dzięki której została zatrudniona przez dyrektora danej placówki. Katecheta jest osobą oddelegowaną do nauczania przez kurię. Dyrektor nie ma nad tym pracownikiem żadnej władzy. Może wizytować lekcje, udzielać porad albo reprymend. Nie może katechety zastąpić, nie może go zwolnić.

Nie znaczy to oczywiście, że religię w szkołach prowadzą wyłącznie osoby niewykształcone, bez przygotowania pedagogicznego i merytorycznego, ale czasem tak jest. Naprawdę. Każdego dnia do szkół wpuszcza się osoby pozbawione uprawnień, które uczą Wasze dzieci. Osoby bezradne wobec wyzwań wychowawczych, nieprzygotowane merytorycznie i metodycznie, osoby, które zaniżają w oczach dzieci i rodziców status przedmiotu, który jest przecież przedmiotem wyjątkowym.

4. Status lekcji religii w szkole

W szkole dzieją się rzeczy. Uczniowie biegają, rzucają butelkami (każdy nauczyciel wie, że chodzi o tzw. flipy – rzucanie butelką w taki sposób, by upadła na zakrętkę), krzyczą, żartują. Czasem przeklinają, czasem flirtują. Uczą się, dłubią w telefonach, dokazują, śmieją się, płaczą. Istny cyrk na co dzień.

Czy ktokolwiek naprawdę spodziewa się, że dwudziestosześcioosobowa grupa szóstoklasistów wejdzie z godnością do sali lekcyjnej, by tam się skupić, wyciszyć i podjąć dyskurs teologiczny? By szczerze odmówić modlitwę?

No właśnie.

Nieszczęsna katecheza, wrzucona gdzieś pomiędzy geografię i wychowanie fizyczne, traci na wartości. Ośmiesza sama siebie. Oceny z religii? Za co? Za serce wkładane w modlitwę na pokaz? Czy za pamięciowe opanowanie definicji sakramentu albo listy grzechów danego typu?

Wymaga się od uczniów, by odmawiali modlitwę i uczyli się o sakramentach nie dlatego, że mają taką duchową potrzebę, ale dlatego, że zadzwonił dzwonek. Religia nie jest przedmiotem. Religia jest wyzwaniem duchowym. Oczyma wyobraźni widzę zajęcia z religii: ktoś gra na gitarze, ktoś śpiewa. Szczere rozmowy o Bogu. Dzielenie się nadziejami, obawami. Wszyscy siedzą w kole, równi wobec sacrum. Może na łące? A może po prostu na plebanii, w bezpośrednim sąsiedztwie świątyni.

Mało który przewodnik duchowy jest na tyle pewny siebie, swojej wiary i swego autorytetu w oczach dzieci, by postawić to pytanie: po co nam religia? Czemu tu jesteście? Czego ode mnie oczekujecie? Odpowiedź nie byłaby dla przeznaczona niego, lecz dla samych uczniów, by mogli znaleźć w sercach inne miejsce dla religii, niż… Między geografią i wychowaniem fizycznym.

5. Uniwersalizm lekcji etyki

W tej chwili uczniowie (a w praktyce ich rodzice) stają przed wyborem: zapisać dziecko na religię, etykę, oba przedmioty lub żaden z nich.

O czym w ogóle jest ta cała etyka? Mało kto wie, a jeszcze mniej osób próbuje się tego dowiedzieć. Niesłusznie. Lekcje etyki to szlachetny, nieodzowny wkład w rozwój intelektualny i emocjonalny każdego dziecka. Każdego – ochrzczonego, nieochrzczonego, z rodziny tradycyjnej, z rodziny „niepełnej”.

Czym jest piękno? Co to znaczy „dobrze żyć”? Jak być sprawiedliwym? Jakie prawa ma człowiek? Kim jest autorytet?

Filozofowanie jest częścią życia, ale tutaj intuicję trzeba wzbogacić dorobkiem cywilizacyjnym (tekstami filozofów, poetów, wideoreportażami) oraz rozwojem umiejętności myślenia i wypowiadania się. Każdy dobry etyk uwzględnia w procesie dydaktycznym ćwiczenia z logiki, argumentacji, retoryki. Pozwalają one rozwinąć kompetencje potrzebne każdemu człowiekowi. Każdemu. I w tym tkwi przewaga etyki nad religią: etyka jest przedmiotem egalitarnym i potrzebnym każdemu uczniowi. Powinna być obowiązkowa jako element programu wychowawczego każdej placówki edukacyjnej.

Współuczestniczenie całego oddziału klasowego w lekcjach etyki przekładałoby się na integrację między dziećmi oraz budowanie grupowego systemu wartości, być może miałoby też zauważalny wpływ na zmniejszenie się liczby zachowań dyskryminujących w polskich szkołach.

Bo dyskryminacja jest naszym problemem społecznym. Ze względu na płeć, wiek, pochodzenie, wyznanie, stopień zamożności, pełnosprawności, wygląd, orientację seksualną, polityczną. Tak naprawdę każdemu z nas przydałby się solidny kurs etyki.

A religia jest kwestią intymną każdego, również niedorosłego, człowieka.

red. Natalia Wilk-Sobczak, 2017-02-16

 

Ewa Maruszak ·
Niestety odpowiada przez nie robienie nic z tym co robi kościół. Brak wyraźne sprzeciwu wierzących pozwala kościółowi na takie działanie. A co do ataku ma kościół to powiem tak na codzień spotykam się z atakami w mniejszym lub większym stopniu na wyznawców innej wiary na ateistów agnostyków zwał jak zwał robią to właśnie katolicy i nie przepraszaja za to nikogo. Przeciez oni bronia swojej wiary. To oczywiście jest generalizacja bo znam też kilku mądrych katolików ale to są akurat wyjatki. Lekceważenie arogancja brak tolerancji to powszechne praktyki wśród katolików. Wystarczy być innym. Nie mniej zgodzę się z wpisem i uważa że nie wolno się zachować w sposób który zwyczajnie jest zły tylko dlatego że druga strona tak postępuje.

 

Magdalena Ewa Bargieł
dobry tekst – choć zawsze mnie boli, że żeby podjąć taki temat trzeba przeprosić, ukorzyć się , że się „śmiało” go poruszyć – więc już na dzień dobry stawia to autorkę tekstu na pozycji proszącej o uwagę . Generalnie dobrze skonstruowane punkty – ale autorka nie wzięła pod uwagę jednego argumentu – pieniędzy z puli państwa Polskiego – a to jest argument który przesłania wszelkie logiczno- racjonalne myślenie tych którzy celowo dokonali wprowadzenia religii KK w szkołach. Zgadzam się, że dzieci powinny mieć możliwość wyboru – ale to krok dla wielu Rodziców nieosiągalny z ich emocjonalnego pułapu

 

Piotr Wróblewski ·
Pamiętam jak religia wróciła do szkoły. Ucieszyłem się, bo jako chyba 15 latek naiwnie myślałem, że to będzie nauka o religiach – czyli religioznawstwo. Jakże się pomyliłem i zawiodłem jednocześnie. Katecheza przeniesiona z salek kościelnych, która to miała taki niezapomniany klimat i na którą chodzili głównie Ci co chcieli, stała się teraz czymś tak banalnym i społecznie przymusowym.
Oszczędziłem tego swoim synom.
A jaki skutek przynosi nauka religii w szkole? W przeciągu ponad 25 lat, czyli jakby nie patrzeć okresu kiedy to pokolenie ludzi religijnych powinno wprowadzić zasady miłosierdzia w swoim otoczeniu wszystko wygląda zupełnie odwrotnie. Nietolerancja, agresja i śmierć wrogom ojczyzny wznoszone są na piedestały, a pomoc wojennym uchodźcom to lewactwo.

 

Wacław Rogulski ·
Etyka bardziej uczłowiecza nasze czyny,słowa,myśli.Jest skierowana w sronę odpowiedzialności,szacunku,godności,miłości do człowieka.Religia natomiast ubóstwia wszystko,i dobro i zło,ale nie jest skierowana na człowieka wolnego.Nie spętanego chrztem.

 

Maciej Różalski
Niestety tekst w sporej części oderwany od rzeczywistości.

1. Rodzice najczęściej dostają kwity w sprawie religii do podpisu, niejednokrotnie przekonałem się, iż podpisują je bez zaznajomienia z treścią. Szkoły działają na granicy prawa, bo wedle przepisów to rodzice świadomie mają wystąpić do szkoły o organizację religii, a nie szkoła do rodziców (tam, gdzie szkoła nie daje kwitów często reli nie ma). Ale to pikuś, bo pierwsze wywiadówki są pod koniec września / na początku października, ale rela jest już w planie, dzieciaki są na nią prowadzone pomimo, iż nie zostały na nią zapisane, co już jest złamaniem prawa, niejednokrotnie jest to przyczyną konfliktu, gdy w grupie trafi się dziecko niekatolickie. Trafiają się nawiedzone dyrekcje szkół, do tego stopnia, że robią wszystko, by niekatolikom obrzydzić życie. Polega to na choćby umieszczaniu reli pomiędzy normalnymi lekcjami. Znam przypadek, gdzie klasa ze 100% frekwencją na reli miała ją na początku i końcu, natomiast dokładnie równoległa klasa, gdzie kilkoro nie chodziło na relę, „musiała” mieć ją w środku. Oczywiście „nic się nie dało” z tym zrobić, ale tylko do czasu, gdy w sytuacji zorientowali się niekatoliccy rodzice. Oczywiście afera, tym większa, że tylko bodajże dwóch przedmiotów w tych klasach uczyli różni nauczyciele. Pierwszy efekt afery? Dyrekcja zniknęła plan lekcji z www szkoły.

2. Szkoły często organizują imprezy religijne, najczęściej msze w intencji patrona, na rozpoczęcie / zakończenie roku. Odbywa się to kosztem zajęć lekcyjnych (co jest niezgodne z przepisami), o ile na każdą inną wycieczkę poza szkołę rodzic musi wyrazić zgodę, tak o mszach najczęściej jest tylko informowany. A znam przypadek, gdzie takich „mszy w intencji” było w ciągu roku z pięć (plus jeszcze rekolekcje), ale klasa nie dostała zgody na wyjście do teatru, bo „trzeba gonić z programem”. Przy takich imprezach często znowu jest afera, bo dzieciak jest brany za wszarz i prowadzony wbrew woli swojej i rodziców. Znam przypadek, gdzie dzieciak został odesłany do domu, bo nikt w szkole nie wpadł na to, że nie wszyscy pójdą na mszę i trzeba im zapewnić opiekę – oczywiście skończyło się aferą. Rok komunijny jest wręcz groteskowy, bo dokładnie wszystko bywa podporządkowywane pod organizację komuni. Klasówki, sprawdziany, wyjścia (których często brak). Bywa, że co bardziej nawiedzeni rodzice potrafią zrobić nauczycielom awanturę o to, że ten ma czelność robić sprawdzian, a tu dzieci na próby przecież muszą chodzić.

3. Rodzice najczęściej zajmują się narzekaniem, jojczeniem, marudzeniem w szatni, po cichu, tak, by nikt nie słyszał. Nie ma żadnej solidarności między rodzicami, jest tylko wypychanie frajera, który zrobi aferę. I to często nawet w sprawach, które ocierają się o prokuratora – np znęcanie się nad dziećmi. Więc nie ma co liczyć na choćby śladową odwagę, czy choćby minimalne zainteresowanie, co się na reli dzieje (potem jest zdziwienie, że dzieciak zaczyna bzdury opowiadać, np jedynak zaczyna sie dopytywać rodziców, czy to prawda, że mu rodzeństwo zamordowali). Znam przypadek, gdzie dziewczynka zsiusiała się, bo katechetka nie wypuściła jej do ubikacji. Dziecko jest tylko dzieckiem, niemniej rodzic dziewczynki wykazał się wręcz niebywałą dojrzałością, bo nie zrobił z tym kompletnie nic. Rodzic, który zaczyna się dopytywać, grzebać, rzucać przepisami z miejsca dostaje łatkę zadymiarza. I to od innych rodziców, najczęściej tych, którym brak kręgosłupa, by zająć stanowisko w dowolnej sprawie.

4. Nie oczekiwałbym od zdecydowanej większości rodziców motywacji religijnej. Oni nie zapisują swojego dzieciaka na relę dlatego, że są wierzący. Najczęściej nie są, nie chodzą do kościoła, nie uczestniczą w obrządkach – to są „niewierzący, czasem praktykujący”. Zapisują, bo „babci będzie przykro”, „co ludzie powiedzą”, „ojtam, ojtam, co to szkodzi”, „bo wszyscy chodzą”. Takich, którzy zapisują z przekonania jest może kilkoro / kilkanaścioro na szkołę. Niejednokrotnie kwestia sprowadza się do tego, że w danej grupie trafia się kilkoro nawiedzonych i zaczyna się afera np o promocję gender za pomocą malunku tęczy w przedszkolu i tym podobne. Takie coś robi jedna do kilku osób, kilkaset siedzi cicho bojąc się wychylić – „nie chcę się konfliktować”, „ja tam każdemu dzień dobry chcę mówić”. Groteskowe? Tak.

5. Religia w szkole, to nie kwestia przekonań religijnych, tylko częściej wygodnicztwa. Znam przypadek pańci, która straszliwie protestowała przeciwko mszy w godzinach wieczornych, czyli po zajęciach w szkole. Upierała się straszliwie, by ta odbyła się w trakcie zajęć. Dlaczego? Jak się w końcu wysypała, dlatego, że zapisała dzieciaka na angielski, musiałaby to odwołać i przepadłaby jej kasa. Więc można odwołać „darmowe” zajęcia w szkole publicznej robiąc przy tej okazji zamieszanie, bo dziubdziuś pańci musi wieczorkiem potuptusiać na angielski.

Taka jest rzeczywistość. Bezrefleksyjna, chadzająca po najmniejszej linii oporu.

 

Roman Pleszyński ·
Religia powinna być ośmieszana!!! Dlaczego? Ponieważ na to zasługuje. Oburzonym na taką (z pozoru skrajną) postawę, wierzącym lub niewierzącym, opowiadającym się za dialogiem konstruktywnym przypomnę, że ateiści ośmieszają, chrześcijanie kiedyś więzili, torturowali, palili, mordowali. Jest postęp. Przytoczę słowa jednego z największych wspólczesnych naukowców, o gigantycznym dorobku, laureata Nobla, jednego z twóców Modelu Standardowego, Stevena Weinberga: „Jednym z wielkich osiągnięć nauki jest — nie tyle uczynienie wiary religijnej niemożliwą do zaakceptowania dla inteligentnych ludzi, ale przynajmniej umożliwienie im bycie niereligijnymi. Nie powinniśmy z tego rezygnować.”

 

 

Wartości pogańskie i „wartości chrześcijańskie”

Opolczyk opublikował dzisiaj kolejny artykuł, świetnie napisane porównanie wartości katolickich/chrześcijańskich/łacińskich kontra wartości słowiańskie/pogańskie.

Polecam artykuł który przedstawiam poniżej:

Wartości pogańskie i „wartości chrześcijańskie”

Jakże często słyszymy u jahwistów/krystowierców zwrot wartości chrześcijańskie. Mówią o nich przy każdej okazji, nie wyjaśniając jednak, czym owe domniemane wartości są. Dopiero przyparci do muru podają różne ich wartości. Większość z nich jest po prostu śmieszna. Mówią np. o głoszeniu i bronieniu przez nich prawdy mając na myśli różne bzdurne wymysły doktrynerów i infantylne dogmaty bazujące (albo i nie) na wyssanych z palca jewangeliach i domniemanych naukach włóczykija z Galilei. Weźmy np. dogmat odkupienia grzechów. Jest on po prostu śmieszny i naiwny – skoro obrzezany cieśla rzekomo odkupiłgrzechy, to dlaczegogrzesznicy nadal idą do piekła? A jeśli oni nadal idą do piekła to jakie i czyje grzechy ten galilejski żyd odkupił? Albo wniebowstąpienie i wniebowzięcie. Jak można fizycznym materialnym ciałem dostać się do niefizycznego, niematerialnego nieba? Tym ofiary krystowierstwa nie zawracają sobie jednak głów. Sprawia to potęga ślepej i bezrefleksyjnej wiary. Wmówiono im, że (ślepa i bezrefleksyjna) wiara w wymysły ideologów nadjordańskiej dżumy jest łaską bożą i darem bożym. I właśnie owa wiara podawana jest jako kolejna wartość chrześcijańska – jeśli wierzysz ślepo, tępo i bezrefleksyjnie w bzdurne wymysły doktrynerów jesteś obdarzonym łaską boską, a więc jesteś kimś wyróżnionym, lepszym, bardziej wartościowym, niż poganie, heretycy,niewierzący, bezbożnicy i cała reszta tego szatańskiego pomiotu. Przy czym wierzyć musisz ortodoksyjnie i nie możesz poddawać w wątpliwość nawet miejsca, w którym postawiono przecinek w dekalogu. Bo wtedy jesteś heretykiem lub niedowiarkiem skazanym na wiekuiste potępienie. Z tym wiekuistym potępieniem związany jest jeszcze inny ważny logiczny problem.

Nigdy ani jeden jahwista nie wyjaśnił mi, dlaczego – skoro żydowski Jahwe jest, jak głoszą ichprawdy wiary, nieskończenie dobry i miłosierny – nie obdarzył on wszystkich ludzi łaską wiary? A tylko niektórych. Czyżby miliardów niewierzących, heretyków, bezbożników  i innowierców nie kochał – on, taki nieskończenie dobry? I dlatego poskąpił im łaski wiary. No i jak to jest, że za jedno potknięcie (tzw. grzech śmiertelny) nawet gorliwie wierzący, jeśli nie zdąży do spowiedzi i umrze tuż przed nią, na niekończącą się wieczność idzie do piekła. Zdrowy rozsądek podpowiada przecież, że gdyby żydowsko-krystowierczy bóg był tylko zwyczajnie a nienieskończenie dobry, nigdy nikogo do piekła by nie posyłał. Każdemu dałby drugą i trzecią szansę. A on jest nieskończenie dobry i miliardy skazuje na wiekuiste potępienie. Bo nie obdarzył ich łaską wiary lub nie dał dożyć kolejnej spowiedzi. I skoro jest nieskończenie sprawiedliwy, dlaczego wybrał sobie jednych i pomagał im okradać i mordować innych? Czy owi niewybrani, okradani i mordowani z jego woli mogą takiego potwora uważać za sprawiedliwego boga?

.

jahwizm

Jakie tam jeszcze mają krystowiercyi wartości? Oczywiście – obrona wiary. Gorliwi krystowiercy w obronie wciśniętych im do głów bredni gotowi są wpędzić własny kraj w krwawą wojnę religijną czy domową (wojna trzydziestoletnia, konfederacja barska, powstanie Cristero w Meksyku), gotowi są nawet do działań terrorystycznych, zwłaszcza wtedy gdy ich wiara spleciona jest z polityką (zamachy terrorystyczne katolików z IRA czy  Basków). Gotowi są nawet wpędzić do grobu ojczyznę broniąc ich wiary. Upadek Rzeczypospolitej w XVIII wieku był tego przykładem – katolicy tak zażarcie bronili wiary (czytaj – supremacji katolicyzmu w wielowyznaniowym państwie), że doprowadzili do upadku potężną i ludną Rzeczypospolitą wielu narodów i wyznań. A winę za to do dzisiaj zwalają na innych.

Inna wartość chrześcijańska to jak wiemy obrona życia poczętego. Tyle że gdy przez wieki płonęły stosy, niejedna nieszczęsna kobieta – czarownica lub heretyczka – będąca akurat wciąży spłonęła na nich. To, że nosiła w sobie życie poczęte nie miało żadnego znaczenia – było ono diabelskim pomiotem. A podczas rzezi heretyków, w czasie wojen religijnych i krucjat także niejedna wraża heretyczka czy bezbożniczka będąca w stanie błogosławionym ginęła. Była to najbardziej radykalna forma aborcji – życie poczęte zabijano wraz z noszącą je pod sercem matką. To od niedawna w sumie krystowiery tak zawzięcie bronią życia poczętego. Nie widząc, że celowo zaciągnięto ich na fałszywą barykadę.

Nie jestem zwolennikiem aborcji, ale jestem zdecydowanym przeciwnikiem narzucania przez kogokolwiek totalitarnego prawodawstwa ingerującego w tak intymne i osobiste sprawy jak ciąża. Jest wyłącznie sprawą danej kobiety i ewentualnie jej partnera czy zechce ona urodzić czy nie. Zresztą, niech kk zalegalizuje antykoncepcje to i aborcji będzie mniej.

A tak – na marginesie – w bezbożnej PRL aborcja była legalna. Mimo to w latach 1947 – 1988 ludność Polski wzrosła z 24 do 38 milionów  – czyli o 60 %. Mimo aborcji. Czy to nie daje do myślenia…?

.

Kolejną wartością chrześcijańską jest jak wiemy obrona rodziny. Tyle, że jest to  wartość przywłaszczona od pogan. Jeśli spojrzymy na jewangelie (zastrzegam się – są wyssane z palca) to stwierdzimy, że krystowierczy idol – mesjasz, zbawiciel, odkupiciel, nadjordański chrystus – był wyjątkowo antyrodzinny. Gdy np. powoływał apostołów kompletnie nie interesowało go, co bez nich poczną porzucone przez nich rodziny, a zwłaszcza starzy rodzice. Ale nie tylko to było u niego antyrodzinne. Były jeszcze gorsze sprawki. Cytuję:

.

„Gdy jeszcze przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką”
(Mt 12:46-50)

Jak widzimy garstka obszarpańców i włóczykijów związanych z nim była dla zbawicielaważniejsza niż rodzina – matka i bracia. A gdy jednemu z uczniów sekty syna bożego zmarł ojciec, ten nie pozwolił uczniowi uczestniczyć w pogrzebie ojca:

„Ktoś inny spośród uczniów rzekł do Niego: „Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca!”. Lecz Jezus mu odpowiedział: „Pójdź za Mną, a zostaw umarłym grzebanie ich umarłych!”
(Mt 8, 21-22)

Kilka innych nauk nadjordańskiego mesjasza dotyczących rodziny, obok głoszonego przez niego hasła miłości do wrogów („Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”) było zdecydowanie wrogich rodzinie:
.
„Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką,synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy.”
(Mt 10, 34-36)

„Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.”
(Łk 14,26)

W pierwszych wiekach krystowierstwa ideałem chrześcijan byli samotnicy i eremici wyrzekający się rodzin. Rodzina nie była wtedy u krystowierców czymś ważnym – ważniejsze były gminy skupiające wyznawców galilejskiego włóczykija. To im byli oni podporządkowani. Rodzina była czymś drugorzędnym. Gdyby było to możliwe, być może krystowierstwo rodzinę by zlikwidowało. Na szczęście pogańskie z natury przywiązanie do rodzin u nawracanych owieczek, wpisane nieomal w ich geny było silniejsze i liderzy gmin oraz później kler musieli to zaakceptować. A dzisiaj stroi się kler i krystowiercy w obrońców rodziny. Choć ich idol rodziny nie uznawał, lekceważył ją i wręcz rozbijał.

Przywiązanie do rodziny, a w dalszej kolejności do rodu i plemienia było cechą i wartością typową dla pogan. Jahwiści nie mogąc tego przywiązania zwalczyć, nie będąc w stanie zastąpić rodziny gminą wyznaniową, zmuszeni byli rodzinę zaadoptować. A dzisiaj ją, w jej okaleczonym współczesnym kształcie, bronią.

No i nie zapomnijmy o obronie moralności – która też jest wartością chrześcijańską. Co można o niej powiedzieć? Naturalnie, że potępianie gender czy parad równości i popagandowego promowania zboczeń jako czegoś naturalnego, fajnego i równoprawnego jest słuszne i oczywiste. Choć szykanowanie czy wręcz prześladowanie zboczeńców za to tylko, że są zboczeńcami jest tak samo złe. A lekarstwem na gender nie może być krystowiercza pruderia, która masowo produkowała i nadal produkuje nerwice i natręctwa na tle seksualnym. Tłamszenie silnego naturalnego popędu zakazami nie wychodzi na zdrowie. O wiele lepsza jest metoda złotego środka czyli nie popadanie w skrajności. Krystowierczym obrońcom moralności mogę w tym miejscu jeszcze przypomnieć o tym, że przez wieki papieski Rzym w czasach istnienia państwa kościelnego był jednym wielkim burdelem, a wpływy z nierządu zasilały papieską kasę.
https://slowianin.wordpress.com/2012/07/20/kurewski-kosciol/

Przypominam też, że moralność narzucona zewnętrznymi nakazami czy zakazami (np. dekalogowym nie kradnij) nie czyni człowieka lepszym i bardziej szlachetnym. Z wysoce moralnym człowiekiem mamy do czynienia wtedy, gdy on sam z siebie nie kradnie, bo uważa to za coś złego i niegodziwego. Jeśli nie kradnie tylko dlatego, bo jest taki zakaz (w dekalogu czy kodeksie karnym) i on boi się popełnić grzech lub iść do więzienia, wcale nie jest on człowiekiem moralnie wartościowym. Można bowiem założyć, że gdyby te zewnętrzne zakazy zniknęły i gdyby nadarzyła mu się okazja coś ukraść – zrobiłby to.
Moralność to coś znacznie więcej niż przestrzeganie zakazów i nakazów ze strachu przed konsekwencjami ich złamania.
https://opolczykpl.wordpress.com/2015/03/14/psychopatologia-religii-abrahamowych-przykazanie-piate-nie-zabijaj/

Kolejną, często też przez krystowierców podawaną ich wartością jest ich przywiązanie do wiary i tradycji ojców.  Jest to oczywista bzdura. Krystowiercy są zdrajcami i renegatami Wiary/Wiedzy i tradycji naszych pogańskich przodków. Zdradzili je i ich na rzecz przywleczonej na nasze ziemie nadjordańskiej zarazy, siłą narzucanej naszym ojcom przez Chrobrych, Odnowicieli i innych renegatów. Bo dawała im wymierne korzyści – np. apodyktyczną władzę z pominięciem wiecu i starszyzny. I pozwalała im na narzucanie własnej woli przerobionym na poddanych wolnym Słowianom.

.

I to by już były w sumie chyba wszystkie wymieniane przez krystowierców wartości chrześcijańskie. Dziwi mnie, że nie wymieniają innych, znacznie bardziej widocznych ich wartości. A więc wielowiekowego fanatyzmu, nietolerancji, zapędów do nawracania kogo się da i jak się da (w przeszłości z zamiłowaniem przy użyciu siły), hipokryzji (głosili miłość bliźniego a mordowali przez wieki milionami), kołtuńskiego kultu relikwi – różnych gwoździ, desek, szmat, kości, a nawet domniemanego napletka ich idola.
http://fakty.interia.pl/tylko-u-nas/news-wstydliwa-relikwia,nId,821615

I kultu świętych, wśród których aż roi się od neurotyków, psychotyków i psychopatów, a nawet zbrodniarzy. No i wyrzeczenie się własnej kultury i tożsamości na rzecz anty-kultury rodem znad Jordanu.

Co dziwniejsze i kompletnie załgane – krystowiercy o wiele wyżej stojące kulturowo i etycznie pogaństwo słowiańskie uważają za coś godnego pogardy, za coś złego i barbarzyńskiego. Choć jest dokładnie na odwrót. W tym miejscu muszę przyznać, że i w wielu pogańskich kulturach działy się rzeczy złe. Pogański Rzym np. był tworem imperialistycznym, żył z podboju kolejnych ziem i ludów i z pracy niewolników. Ulubioną rozrywką rzymskiego motłochu i senatorów były krwawe jatki na arenach ich cyrków. Wydaje się, że wszystkie kultury pogańskie, które weszły na drogę urbanizacji, tracąc codzienny bezpośredni kontakt z Przyrodą ulegały powolnej duchowej degeneracji. Wszędzie tam, gdzie pojawiły się miasta towarzyszyło im rozbicie spójnej rodzinno-rodowej struktury społecznej na rządzących i rządzonych, bogatych i biedotę, pojawili się niewolnicy, walka o władzę, wpływy i bogactwa, podboje i kasty kapłanów żerujących na wyznawcach. Niemniej nadal istniały kultury pogańskie, żyjące w codziennym bezpośrednim kontakcie z Przyrodą, wolne od duchowej degeneracji. Do takich pogan zaliczyć śmiało można Słowian. I to właśnie o nich i ich wartościach będzie teraz mowa.

Ukrainians wearing traditional clothing dance at a campfire while celebrating Ivan Kupala Night, a traditional Slavic holiday not far from Kiev on July 6, 2009. During the celebration, originating in pagan times, people put wreaths of flowers over their head, jump over fires, and swim naked. AFP PHOTO/ SERGEI SUPINSKY

Ukraińskie święto Kupały z 6 czerwca 2009 roku koło Kijowa. PHOTO/ SERGEI SUPINSKY

U Słowian znajdziemy wiele pozytywnych cech będących przeciwieństwem krystowierstwa (i współczesnej demokratury parlamentarnej).

Stosunek do Matki Ziemi
.

Dla Słowian była ona Boginią. Czcili ją i szanowali. Wiemy dzisiaj, że każdy atom naszego ciała otrzymujemy od niej pośrednio lub bezpośrednio. Jest rzeczywiście naszą Matką. I to Ona nas żywi i jest naszym domem. Jahwizm zdegradował Ją do przedmiotu, który należy czynić sobie poddanym.

Stosunek do Przyrody i miejsce człowieka w niej

Słowianie żyli na łonie Przyrody w codzienynm bezpośrednim kontakcie z Nią. Naturalnie i oni byli zmuszeni np. karczować lasy gdy ludzi przybywało i potrzebne były większe pola uprawne. Ale nigdy nie karczowali więcej niż potrzebowali, nie wycinali drzew na handel, z chęci zysku. Przede wszystkim nie czuli się panami Przyrody, nie chcieli nad nią panować. Wiedzieli, że są jej integralną częścią. Jahwizm postawił człowieka ponad Przyrodą (panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi). Bezwzględna eksploatacja Przyrody u Słowian była nie do pomyślenia. U wyznawców religii abrahamowych była niejako zaprogramowana w biblijnych nakazach. Przecież mieli czynić Ziemię sobie poddaną i panować nad Przyrodą. To co obserwujemy od czasu rewolucji przemysłowejzapoczątkowanej w krajach chrześcijańskich jest bezmyślnym dewastowaniem Przyrody (i Matki Ziemi). Zabrakło niestety pogańskiego ducha. A żądza zysku zaślepiła i odebrała krystowiercom resztki rozumu. Jeśli Przyrodę przyrównamy do żywego organizmu to Słowianie byli  jedną z jego komórek. Jahwiści okazali się nowotworem złośliwym.

Wiara/Wiedza

Nie jest przypadkiem, że u Słowian nie było ortodoksyjnej i jedynie słusznej wykładni prawd wiary. Ich Wiara/Wiedza pochodziła z obserwacji Przyrody i kontaktów z duchami przodków. Tak tak – Słowianie to potrafili, choć naturalnie nie wszyscy. Zdobywaną i powoli poszerzaną Wiarę/Wiedzę przekazywali sobie ustnie z pokolenia na pokolenie. Jedni rozumieli ją lepiej, inni gorzej, ale nie było przymusu pojmowania jej w jedyny jedynie dopuszczalny sposób. Czymś normalnym i naturalnym był indywidualny stosunek do Wiary/Wiedzy, zależny od indywidualnego stopnia duchowego rozwoju, predyspozycji i inteligencji. Naturalnie wszystkich wychowywano w duchu szacunku do własnych bogów i tradycji, ale nikogo nie zmuszano do ślepej wiary w wymyślone przez innych absurdalne dogmaty.

W tym miejscu na marginesie jeszcze jedna uwaga – wprawdzie w panteonie Słowian też znajdowali się bogowie niekiedy gniewni, ponadto zaświaty w ich wyobrażeniach zasiedlały różne złośliwe istoty, duchy i duszki, ale wszystkie one razem wzięte mściwością, krwiożerczością i zwyrodnialstwem nie dorównywali biblijnemu Jahwe. Nie było u Słowian boga, bóstwa czy demona, który zapędzałby ich do masowych rzezi i czystek etnicznych. Co było jednym z ulubionych zajęć biblijnego Jahwe.
http://welesowy-jar.fm.interiowo.pl/panteon_slowianski.htm
https://opolczykpl.wordpress.com/2013/09/29/biblia-ksiega-zbrodni-2/

.

Słowianie przy tym nie patrzyli na otaczający ich świat ze ślepym idealizmem. Nie nazywali go rajem, widzieli niszczycielskie siły Przyrody, doświadczali klęsk głodu, powodzi, pożarów, cierpieli od chorób, widzieli toczoną w Naturze walkę o przeżycie i towarzyszącą jej na każdym kroku śmierć. Stąd w ich panteonie obok Sił dobrych, życiodajnych, były Siły złe. Ale nigdy nie wymyślili jedynego nieskończenie dobrego boga, który nudę wiecznego istnienia urozmaica sobie zsyłaniem dopustów i kar na grzeszników. Ale i na gorliwie wierzących, chcąc sprawdzić, jak gorliwie wierzą i czy mu ślepo i wiernie służą i są mu posłuszni.

.

Rodzina i ród

Rodzina była fundamentem struktury społecznej u Słowian. Nad nią stał ród. Rody tworzyły plemiona. Związki rodzinne były bardzo silne. Nieznana była rodzina w okaleczonym współczesnym jej kształcie – ojciec, matka i dzieci żyjące w oderwaniu od reszty rodziny, często rozrzuconej po całej Polsce czy świecie. U Słowian pod jednym dachem żyło kilka pokoleń – dziadowie, rodzice, dzieci, wnuki. To była prawdziwa rodzina – a nie ta dzisiejsza, szczątkowa, okaleczona.
Wielopokoleniowa rodzina żyjąca razem była pogańską wartością Słowiańszczyzny. Dzięki niej Słowian cechowało poczucie wspólnoty. Spory i kłótnie pomiędzy rodzeństwem o mieszkanie i graty po zmarłych rodzicach mieszkających oddzielnie i samotnie, jakie dzisiaj spotykamy na codzień, także wśród wierzących, były u Słowian nieznane. Więcej – były wręcz niemożliwe.

.

Szacunek do przodków i własnej kultury i tożsamości

Sama pamięć o przodkach i okazywany im szacunek  podczas obrzędów zwanych Dziadami, jakie miały miejsce kilka razy w roku, gwarantowały szacunek do przekazanej przez nich z pokolenia na pokolenie tradycji. A to stanowiło o ciągłości kultury i trwaniu przy własnej tożsamości. Ten szacunek dla przodków i wynikające z niego trwanie przy własnej kulturze było dla krystowierstwa twardym orzechem do zgryzienia. Wykorzenić pamięci o zmarłych przodkach nie dało się. Użyto więc podstępu – wprowadzono święto wszystkich świętych, który poprzedzał o jeden dzień pogańskie w sumie zaduszki. Chodziło w tej manipulacji o to, abyświęci byli czczeni najpierw i bardziej uroczyście, a przez to aby byli ważniejsi niż przodkowie. Bo jeśli będą ważniejsi to i anty-kultura jaką prezentują będzie ważniejsza niż tradycja przodków. Dodatkowo owieczkom wmawiano, że osiągnięcie zbawienia jest najważniejszym jeśli nie jedynym celem życia, należy więc naśladować świętych, aby dostać się do nieba. I tak święci i ich anty-kultura zajęli miejsce przodków i ich tradycję i kulturę. Dzisiaj krystowiery idąc 1 listopada na cmentarze, choć kwiaty i znicze składają na grobach członków rodziny, świętują tego dniawszystkich świętych, których krystowierstwo stawia za wzory do naśladowania. Zaduszki czyli pamięć o zmarłych członkach własnej rodziny są następnego dnia. Wymowa jest oczywista –święci i ich wzorce mają być dla krystowiercy ważniejsze niż przodkowie i ich przedżydowska kultura. O niej zresztą krystowiercy najczęściej nie wiedzą kompletnie nic i identyfikują się z ich nadjordańską dżumą. Nie mają pojęcia, że jest ona morderczynią ich własnej kultury i tożsamości. Zostali kulturowo i tożsamościowo ograbieni przez obcą anty-kulturę i sztuczną tożsamość; są kulturowo pogrążeni w całkowitej amnezji.
Same zaduszki, choć mają rodowód pogański w niczym nie przypominają pogańskich Dziadów. Idzie się na cmentarz, poprawia kwiaty z dnia poprzedniego, zapala nowe znicze, klepie się zdrowaśkę, ojczenasz i wiecznyodpoczynekraczimdaćpanie (zwyczajowe żebranie o zmiłowanie u nieskończenie miłosiernego) – i to wszystko. A gdzie uczty, tańce, śpiewy i opowieści przy ognisku o tym jak drzewiej bywało?

.

Poczucie wspólnoty

Słowian od kołyski wychowywano do życia wspólnotowego i pracy na rzecz wspólnoty. Egoizm, sobkostwo były u nich niemile widziane i nie przysparzały egoistom (tacy niestety też się zdarzali) miru. Wspólnotowość Słowian nie oznaczała rezygnacj z własnego ja. U Słowian dobro wspólnoty i własny interes nie były ze sobą sprzeczne. Wręcz przeciwnie – życie u Słowian zorganizowane było tak, że jeśli wspólnocie dobrze się powodziło, korzystał na tym każdy członek wspólnoty. Jeśli wspólnota cierpiała, dotykało to każdego. Dlatego praca na rzecz dobra wspólnoty była u Słowian czymś jak najbardziej normalnym i oczywistym. Ale dzięki tej wspólnotowości, jeśli ktoś popadał w kłopoty, nie pozostawał sam, bez pomocy ze strony innych.

Krystowierstwo także było wspólnotą, ale jakże inną. Na czele amorficznego nowego narodu wybranego stał kler narzucający swoją wolę i kierujący się żądzą władzy i bogactwa. Dobro i interesy owieczek, zwłaszcza prostego ludu, nie liczyły się. Ważna była chwała kościoła czyli po prostu potęga kleru. Owieczki miały obowiązek ślepo wierzyć, ślepo słuchać, utrzymywać kler i ginąć za wiarę. Praw nie posiadały żadnych. Potęgę kościoła zbudowano nie tylko na wyłudzanych przywilejach, na fałszerstwach dokumentów o nadaniach i przywilejach, nie tylko na krwi pogan, heretyków i bezbożników, ale także na krwi, pocie i łzach miażdżonych kościelnym kołem historii owieczek.

Obecnie na zachodzie przy panującym uwiądzie krystowierstwa propagowany jest kult indywidualizmu, czyli po prostu egoizmu zwanego (indywidualnym) sukcesem. Wyścig szczurów, do jakiego zapędzono mieszkańców zachodu, rozbija wszystkie więzy społeczne. Wszak rozbitym, zatomizowanym stadem ludzi łatwiej jest rządzić i manipulować. A sam wyścig szczurów nie ma mety. Wszystkie szczury zdechną pędząc do niej, nigdy jej jednak nie osiągając. Bo jej po prostu nie ma.

Tu jeszcze ciekawostka – krystowiercy reklamują od jakigoś czasu personalizm odcinając się w ten sposob m.in. od (lewicowego) kolektywizmu (i tzw. liberalnego indywidualizmu). Nie jest przypadkiem, że ten nurt pojawił się u katolików w I połowie XX wieku. Wyzwaniem dlakrystowierczego kolektywizmu był kolektywizm głoszony przez marksistów, leninistów, stalinistów i innych lewicowych ideologów. Klerowi w czasach PRL nie w smak były paralele kolektywizmu w Bloku Wschodnim i w kościele. A takie widoczne były gołym okiem: papież – I sekretarz KC KPZR, prymas – I sekretarz PZPR, episkopat – Komitet Centralny PZPR, biskupi – sekretarze wojewódzcy, proboszcze – sekretarze komitetów miejskich i zakładowych, wierni – szeregowi członkowie partii (jedni i drudzy pozbawieni prawa głosu), nauka kościoła – marksizm/leninizm (jednakowo dogmatyczne i jednakowo jedynie prawdziwe), biblia – „Kapitał” Marksa. Personalizmu krystowierców ma nie tylko negować istnienie kolektywizmu w kk i nie tylko ma rzekomo stawiać osobę człowieka w centrum badań filozoficznych (choć ta osoba człowieka nadal jest owieczą w amorficznym stadzie/kolektywie wiernych i nadal ma obowiązek ślepo wierzyć i być posłuszną naukom kk), ale także ma ukazywać katolicyzm jako religię gwarantującą rzekomo osobową więź owieczki z żydowskim Jahwe i jego domniemanym synalkiem – włóczykijem z Galilei – zbawicielem i odkupicielem (zbawia on z rozumu i rozsądku i odkupuje nie wiadomo czyje grzechy, bo piekło na grzeszników nadal czeka). Tylko – po co wymyślać osobową więź osoby człowieka z żydowskimi bogami (jest ich co najmniej dwóch – ojciec i syn – jakiś taki śmieszny i nie całkiem monoteistyczny jest ten krystowierczy monoteizm). Nadal przecież obowiązuje w kk doktryna – bez kościoła nie ma zbawienia. Cóż da owieczce więc osobowa więź? I tak może pójść do piekła, mimo osobowej więzi i grzechów odkupienia. Bo bez kk nie ma zbawienia. Samo zaś odżegnywanie się od kolektywizmu u katolików jest jeszcze z innego powodu groteskowe – wystarczy obejrzeć ich procesje, a jeszcze lepiej ich gusła zwane mszą św. Jak wymusztrowany kolektyw jednocześnie wstają, siadają, klękają, znów wstają czy siadają, znów klękają. I chórem odpowiadają wykute na blachę formułki. Msza po mszy, dzień w dzień, tydzień w tydzień, rok w rok – w kółko to samo. Aż do śmierci. Gdzie w tym kolektywnym wstawaniu, klękaniu i odpowiadaniu wykutymi na pamięć formułkami jest jeszcze miejsce napersonalizm?

Samowładztwo i autonomia lokalnych wspólnot

U Słowian spotykane były dwie główne formy organizacji plemiennej – niektóre plemiona wybierały sobie na wiecach księcia/kniazia. Inne obywały się bez niego. Niemniej jedne i drugie cechowało samowładztwo i autonomia lokalnych wspólnot (osad, wsi). Książe u Słowian nie sprawował apodyktycznej władzy, nie miał prawa narzucać swej woli niezgodnej w wolą wieców, starszyzny i sprzecznej z tradycją i zwyczajami. W każdej chwili mógł zostać przez wiec odwołany. Jedynie w wypadku wojny miał szersze uprawnienia. Na codzień u Słowian (z kniaziem czy bez niego) wspólnotami kierowała starszyzna rodowa i plemienna  – ludzie doświadczeni i cieszący się mirem i uznaniem. O najważniejszych sprawach decydował wiec. Lokalnym wspólnotom (wsiom, osadom) nikt z zewnątrz nigdy nie narzucał swej woli. Rządziły się one same i tylko one decydowały o ich życiu codziennym. Potwierdzenie tego znajdziemy w starych kronikach – np. u Prokopiusza (VI wiek n.e):

„… te plemiona, Sklawinowie [plemiona naddunajskie] i Antowie [plemiona osiadłe między Dniestrem a Dnieprem], nie podlegają władzy jednego człowieka, lecz od dawna żyją w ludowładztwie i dlatego zawsze wszystkie pomyślne i niepomyślne sprawy załatwiane bywają na ogólnym zgromadzeniu.”

Krystowierstwo, a zwłaszcza kk wytworzył scentralizowany, apodyktyczny i autokratyczny system władzy. Do dzisiaj kościół katolicki ma feudalną strukturę z nieomylnym papieżem na czele. Podlegają mu kardynałowie i biskupi, im podlega niższy kler. A jemu podlegają wierni. Nie mają oni praktycznie nic do powiedzenia. Kościół narzuca im swoje nauki strasząc ich co rusz potępieniem i gniewem bożym nieskończenie dobrego i ingeruje w najbardziej nawet intymne i prywatne ich sfery życia. Wierni są duchowymi niewolnikami kleru, nauk kk i dogmatów.
Niestety także współczesny system polityczny zachodu (demokratura parlamentarna) imitujący wolność i demokrację jest zniewoleniem. Nikt nas nie pyta, czy godzimy się na udział polskiego wojska w bandyckich wojnach i okupacjach, czy zgadzamy się na używanie obcych służb mundurowych na terenie Polski do np. pacyfikacji ludności, czy chcemy żreć GMO i czy chcemy przymusowych szczepień. Głoszona propagandowo wolność jest fikcją – jesteśmy niewolnikami systemu służącego globalnej lichwie.

 

Umiłowanie wolności

Wprawdzie u schyłku pogaństwa u Słowian, wraz z krystowierstem pojawiło się niewolnictwo, jednakże wcześniej było ono u Słowian nieznane. Sami kochali wolność i dlatego nie niewolili innych. Nawet z jeńców wojennych nie robiono niewolników.

„Plemiona Słowiańskie i Antów podobne sposobem życia i zwyczajami, i miłością ku wolności; żadnym sposobem nie można skłonić do niewolnictwa względnie podległości w swoim kraju. […]  Znajdujących się u nich w niewoli nie trzymają w niewolnictwie jak inne plemiona przez czas nieograniczony, lecz ograniczają czas terminem, dają im wybór, albo za umowny wykup wrócą do swoich lub pozostaną jako wolni i przyjaciele.”
Pseudo-Maurycjusz (VI-VII w. – pisarz bizantyjski)

Krystowierstwo nie potępiało i nie odrzuciło niewolnictwa panującego w Rzymie. Ale nie ma się czemu dziwić. Nawet tzw. Nowy Testament (a więc objawione słowo boże) akceptowało niewolnictwo i  nakazywało wręcz niewolnikom ślepe posłuszeństwo swoim panom.

„Niewolnicy, bądźcie we wszystkim posłuszni doczesnym panom, nie służąc tylko dla oka, jak gdybyście się mieli ludziom przypodobać, lecz w szczerości serca, bojąc się [prawdziwego] Pana.”
http://biblia.pismo-swiete.pl/niewolnictwo.html

.

Niewolnicy mieli naturalnie zabiegać ich posłuszeństwem o królestwo niebieskie. A tzw. święte Oficjum jeszcze w roku 1866 stwierdziło oficjalnie w deklaracji, że niewolnictwo jako takie „nie jest sprzeczne z prawem naturalnym”. Wytworzyło też krystowierstwo własną formę qusi-niewolnictwa – system pańszczyźniany, z przywiązaniem chłopa do pana/biskupa/klasztoru i pozbawieniem go praktycznie wszystkich praw.

Akceptacja niewolnictwa przez krystowierców miała korzenie w żydowskim tzw. Starym Testamencie w pełni propagującym niewolnictwo jako coś normalnego i naturalnego, istniejącego z woli nieskończenie sprawiedliwego. Który nie widział nic niesprawiedliwego w tym, że niektórzy potomkowie Adama i Ewy, stworzonych wg biblii przez niego na jego własne podobieństwo są niewolnikami, a inni ich panami. Zaiste niezwykła jest nieskończona sprawiedliwość i dobroć nieskończenie sprawiedliwego i dobrego.
http://ateista.pl/archive/index.php?thread-3625.html
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,6009
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,581

.

Krystowiercy wszelkich odprysków w przeróżny sposób starają się bronić Jahwe i pisma świętego w sprawie akceptacji w nim niewolnictwa. A więc twierdzą np. że niewolnictwo istniało już wcześniej (co się zgadza) i dlatego nieskończenie miłosierny je tolerował, akceptował i zainstalował także w narodzie wybranym – co jest już bzdurą. Mógł przecież wielokrotnie, choćby i w dekalogu, po prostu zakazać niewolnictwa. I wtedy wyznawcy musieliby go słuchać. Bo kary za nieposłuszeństwo w Starym Testamencie były okrutne, surowe i często natychmiastowe. Wymierzane bądź osobiście przez nieskończenie miłosiernego, bądź na jego rozkaz przez np. pobratymców lub dzikie zwierzęta.

https://opolczykpl.wordpress.com/2013/09/29/biblia-ksiega-zbrodni-2/

Ale jak widać niewolnictwo nie było niczym złym w oczach nieskończenie sprawiedliwego.
.
Tolerancja
.

Nigdy w ani jednej kronice nie znalazłem ani jednej informacji mówiącej o tym, że Słowianie kogokolwiek nawracali (a już tym bardziej na siłę), że napadali na sąsiadów z zamiaremnawracania napadniętych, a tym bardziej nie znalazłem najmniejszej choćby wzmianki o jednej choćby wojnie religijnej toczonej przez Słowian. Nie było u nich też nigdy instytucji odpowiadającej inkwizycji i tropiącej herezję, odstępstwo od wiary czy powątpiewanie w ten czy inny dogmat (to ostatnie było niemożliwe z braku istnienia dogmatów). Dzieje krystianizmu, od kiedy tylko zagościło na pałacach i dorwało się do władzy, było pasmem wielowiekowego stosowania siły w nawracaniu jak i ściganiu i tępieniu jakiegokolwiek nonkonformizmu i prób samodzielnego myślenia odbiegającego choćby odrobinę od obowiązującej ortodoksji. Jedynie tam, gdzie kler nie miał zaplecza w postaci władcy-krystowiercy wspierającego instytucję kościoła, nie stosował siły – z tej prostej przyczyny, że nie miał takiej możliwości. Natomiast na terenach, które były pod totalnym panowaniem rzymskiej szubienicy rzekami lała się krew prześladowanych pogan, heretyków i bezbożników. Dzisiaj zaś krystowierstwo stroi się w piórka obrońcy praw człowieka, w tym prawa do wolności sumienia i religii – zwłaszcza dla krystowierców w krajach islamu, w Chinach i Indiach. To, że samo przez prawie dwa tysiąclecia fanatycznie zwalczało wolność sumienia i wyznania próbuje pokryć mgłą zapomnienia. Albo zasłania się słuszną obroną prawdy.

Uczciwość

Słowianie byli ludem uczciwym. Potwierdzają to nawet krystowiercze kroniki:

“…taka panuje u nich uczciwość i wzajemne zaufanie, że nie znając u siebie zupełnie kradzieży i oszustw, schowki i skrzynie trzymają niezamknięte. Niezwyczajni zamknięć i kluczy, wielce się dziwowali, widząc juki i skrzynie biskupa pozamykane.”
(Kronikarz biskupa Ottona Mistelbacha)

Krystowiercy (i żydzi) chwalą się, że to ich nadjordańska dżuma, pod postacią dekalogu, dała ludzkości pierwszy uniwersalny system moralny. Ignorują przy tym kilka oczywistych faktów.

– Mimo np. przykazania nie będziesz zabijał biblia pełna jest okrutnych rzezi i masowych czystek etnicznych dokonywanych z pomocą a nawet na polecenie i z udziałem żydowskiego Jahwe –  już po wręczęniu Mojżeszowi dekalogu z przykazaniem – nie będziesz zabijał. Można i należy postawić więc pytanie – po co była cała ta farsa z dekalogiem i przykazaniami, jeśli Jahwe najpierw je daje, a następnie zagania wyznawców do łamania niektórych z nich? Czy na tym polega moralność?

– Zakazy i nakazy nie czynią człowieka lepszym. Jeśli ktoś nie kradnie ze strachu przed sankcjami (np. piekło lub więzienie) za kradzież , nie jest człowiekiem bardziej wartościowym z punktu widzenia etyki.

– Słowianie, dokąd byli poganami i nie znali dekalogu, nie znali złodziejstwa i nieuczciwości. Rozpleniło się ono wśród nich po ich nawróceniu, kiedy to ze Słowian stali się krystowiercami – duchowymi Żydami. I przy okazji złodziejami i ludźmi nieuczciwymi (na szczęście nie wszyscy).

Solidarność wspólnotowa i brak nędzy

Bez wątpienia wśród Słowian istniały różnice majątkowe. Jednakże były one w sumie nieznaczne. Na pewno nie było u nich niezmierzonego bogactwa obok nędzy. Słowiańszczyzna nie znała czegoś takiego jak żebracy.

„…nie znaleźć u nich kiedykolwiek żebraka albo kogoś w niedostatku”
Helmold, kronikarz z drugiej połowy XII w

Każda wspólnota dbała o to, aby wszystkim jej członkom nie brakowało środków do życia. Była to wspólnotowa solidarność. Krystowierstwo nie znało jej, było wręcz jej zaprzeczeniem. I gdy pojawiły się u Słowian krystowierstwo, kler i jedynie prawdziwa wiara, pojawili się nagle żebracy oraz rzesze biedoty obok garstki bogaczy i możnowładców (świeckich i „duchownych”).

Obecnie na zachodzie widzimy narastające powoli podobne zjawisko – coraz mniej liczną elitę obrzydliwie bogatych i coraz większy margines biedy, nędzy, beznadziei i bezdomności. To podobieństwo nikogo nie powinno dziwić. Wszak krystowierstwo i współczesny zachodni kapitalizm oraz globalizm mają jeden wspólny mianownik – ich prekursorzy to przedstawiciele biblijnego narodu wybranego.

.

Afirmacja życia

Była jedną z cech najjaskrawiej odróżniającą Słowian od krystowierców. Słowianie kochali życie i cieszyli się nim. Nie zamartwiali się troską o wyssane z palca zbawienie. Nie paraliżował ich strach przed wyssanym z palca wiekuistym potępieniem. Kochali życie nawet mimo tego, że było ono często znojne i cechowała je latem ciężka praca mająca zapewnić wystarczającą ilość żywności na długie miesiące zimy i przednówka. Kochali życie mimo różnych kataklizmów i klęsk naturalnych nawiedzających ich tereny. Nie gasiło to wszystko radości z życia u Słowian i dlatego w ich kalendarzu aż roiło się od świąt, a niektóre z nich, jak choćby witanie wiosny trwały tygodniami. Wszystkim świętom i obrzędom towarzyszyły u Słowian uczty, tańce i śpiewy. Nie było u nich ani jednego święta ponurego, pokutnego. Ani jeden słowiański bóg nie wymagał od Słowian umartwiania się, pokuty, cierpiętnictwa, wyrzeczeń. Nie wisiał nad nimi nieustanny topór kary bożej i gniewu bożego, które można było powstrzymać ślepym posłuszeństwem, ślepą wiarą, postami i wyrzeczeniami. Nie było umartwiania się bogom ku upodobaniu. Nie było kultu wisielca i katowskiego narzędzia. Nikt nie kaleczył ich psychiki strachem przed piekłem i nie zatruwał im radości życia poczuciem winy za śmierć galilejskiego włóczykija (to za twoje grzechy pan Jezus umarł na krzyżu).

Tutaj jeszcze ciekawostka – u Słowian, choć kochali życie, nie było tak panicznego lęku przed śmiercią, jaki często spotykamy u krystowierców. Oni wiedzieli, że śmierć jest przejściem do Nawii i połączeniem się tam z przodkami. Dla gorliwych krystowierców życie samo w sobie nie ma specjalnej wartości – liczy się tylko jako uciążliwa i trudna droga do osiągnięcia zbawienia. I choć wierzą oni (a przynajmniej mówią, że wierzą) w życie wieczne, mocno rozpowszechniony jest wśród nich paniczny strach przed śmiercią. Skąd się ten strach bierze? Ano stąd, że każdy jawista/krystowierstwa podświadomie boi się pójścia do piekła. Bo choć ich bóg jest jak wiemy nieskończenie dobry to jednak znacznie łatwiej jest u niego wylądować w piekle niż w niebie. No i stąd ten paniczny strach przed śmiercią i ewentualnym po niej piekłem, zatruwający im radość z życia. Niejeden z gorliwie wierzących krystowierców całe życie zmarnował umartwiając się na ochotnika, zadając sobie na okrągło pokuty, odmawiając sobie wszelkich radości życia. Tylko po to, aby u nieskończenie miłosiernego wyżebrać zbawienie. A przynajmniej czyściec.

Tak działa wtłoczony do ludzkiej psychiki strach przed wiekuistym potępieniem przez nieskończenie miłosiernego. Zabija radość życia.

I tu można już zakończyć porównanie wartości pogańskich z „wartościami chrześcijańskimi”.

Krystowiercy uważają ich nadjordańskie wymysły nie tylko za jedynie prawdziwą, ale także za najwspanialszą religię. Choć żadna inna nie przyniosła ludzkości tylu cierpień, prześladowań, przelanej krwi, ucisku, wyzysku i okaleczonych strachem ludzkich psychik. Jej spustoszenie sieje ona i dzisiaj. Choć jej wpływy na szczęście maleją.

Odrzucenie tej kaleczącej psychikę ludzi zbrodniczej, antyludzkiej, antyhumanitarnej i antyhumanistycznej ideologii zrodzonej nad Jordanem (niedawno pewien katolik w dyskusji mailowej pisał, że wartości humanistyczne wywodzą się z katolicyzmu – czysty obłęd)  jest pierwszym krokiem na drodze do duchowej wolności. A aby świat stał się normalny, musi odrzucić wszystkie religie abrahamowe i wszystkie inne szkodliwe wymysły żydowskie (banksteryzm, globalizm, poprawność polityczną) jako dżumy duchowe ludzkości.

Tylko świat zbudowany na wartościach pogańskich panujących u Słowian przed najazdem rzymskiej szubienicy może stać się światem lepszym i bardziej sprawiedliwym, wolnym od fanatyzmu, nietolerancji, nierówności, biedy i nienawiści.

.
.
opolczyk

https://opolczykpl.wordpress.com/2015/10/20/wartosci-poganskie-i-wartosci-chrzescijanskie/